Grzegorz Lindenberg, dziennikarz, współautor przewodnika "Toskania, Umbria i okolice"

Serce zostało...we Włoszech, ale co rok przenosi się w inne miejsce tego kraju. Jeszcze nie tak dawno powiedziałbym, że w Toskanii, potem - że w Umbrii, a teraz musi się chyba powiększyć albo podzielić, bo ostatnio polubiłem Południe
Doceniłem to, że jest mniej turystyczne, a tamtejsze brzoskwinie i melony nie mają sobie równych. W tym roku mniej się też stresowałem, jeżdżąc po Sycylii samochodem. Zrozumiałem, że Sycylijczycy to znakomici kierowcy, którzy co prawda nie przestrzegają zasad pierwszeństwa przejazdu, ale prowadzą samochody bardzo uważnie. Nikt nie trąbił ani nie świecił światłami, nawet gdy jakaś kobieta jechała pod prąd, wszyscy spokojnie ją omijali.

Gdybym miał umierać z jakimś obrazem przed oczami, to byłoby to Trani w Apulii. Biała katedra na brzegu morza, błękit nieba i granatowo-zielony Adriatyk. Ale gdybym miał gdzieś zamieszkać, to tylko w Lukce, w Toskanii. W ogóle mam w tym regionie kilka ukochanych miast: Pienzę, Urbino, Spoleto (mury tego miasteczka pokazują ciągłość dziejów we Włoszech: głazy tuż przy ziemi pochodzą z czasów etruskich, kolejny pas tworzą kamienie z epoki starożytnego Rzymu, potem mamy mur średniowieczny i w końcu cegły sprzed 400 lat). W Toskanii architektura nie zakłóca krajobrazu, a konserwatorzy pilnują, co się buduje.

Moim ulubionym toskańskim malarzem

jest Piero della Francesca. Największe wrażenie zrobiła na mnie jego "Madonna Brzemienna" w Monterchi, gdzie 10 lat temu specjalnie dla tego jednego fresku zbudowano muzeum. Budynek ma tylko trzy pomieszczenia: kasę biletową, archiwum dokumentujące historię renowacji fresku i salę, w której się on znajduje. Jest oświetlony słabym światłem i na zawsze zapisuje się w pamięci. Wszystkie obrazy Toskanii (np. te z Galerii Uffizi, z której wyszedłem z chaosem w głowie) powinny być tak prezentowane!

Uwielbiam Fra Angelico i jego freski w klasztorze San Marco we Florencji - choć jestem niewierzący, zawsze robią na mnie ogromne wrażenie. Ociekają złotem, ale nie tym barokowym, tylko jakimś świetlistym, które nie oszałamia bogactwem, ale pięknem.

Najlepsza restauracja...

to toskańska La Botte Piena w Montefollonico niedaleko Montepulciano. Po raz pierwszy byliśmy tam sześć lat temu i od tego czasu wracamy co rok. Opisaliśmy ją w przewodniku i teraz zaglądają tam Polacy, którzy nam uwierzyli. Obecni właściciele nie mieli żadnego doświadczenia, gdy otwierali restaurację. Gotować uczyła ich babcia. To najlepsza kuchnia na świecie. Specjalnością restauracji są bruschettini (aż dwadzieścia rodzajów), czyli małe bruschetty, ale nie podawane tradycyjnie z pomidorami i bazylią, tylko np. z purée z... cebuli albo ziemniaków. Proste, pyszne jedzenie. Nigdy nie zapomnę też ręcznie robionych klusek pici z okruchami chleba, oliwą i ziołami. To przykład na to, jak z niczego można zrobić dzieło sztuki. Żaden szczyt wyrafinowania, ale smakuje genialnie!

Właściciele traktują nas już jak swoich. Kiedyś poszliśmy zapłacić za posiłek i przy kasie zastaliśmy Belgijkę, która chciała kupić trzydzieści butelek wina. Składanie zamówienia trwało bardzo długo. Kiedy turystka zorientowała się, że czekamy tylko na rachunek, poprosiła właściciela, by najpierw obsłużył nas. A ten tylko machnął ręką i powiedział: "To nie goście, to przyjaciele". Znaczy, że możemy poczekać...

Niezapomniany hotel...

znaleźliśmy w małej miejscowości Amalia w Umbrii. Było to schronisko młodzieżowe w XV-wiecznym więzieniu. Grube mury, kraty w oknach, ciężkie drzwi z otworem do podawania posiłków - budynek nie zmienił się od wieków. Za niewielką sumę wynajęliśmy... celę. Chyba byliśmy tam wtedy zupełnie sami. Zresztą turyści do Amalii nie zaglądają. Kiedy przyjechaliśmy, skwar lał się z nieba (temperatura sięgała 54 st. C), miasteczko było ciche, wyludnione. Wieczorem trafiliśmy na święto jednej contrady i zostaliśmy zaproszeni na poczęstunek - byliśmy jedynymi obcokrajowcami. A następnego dnia zobaczyliśmy rzymskie cysterny. Kto by przypuszczał, że zbiorniki na wodę mogą być tak ogromne. Przypominały podziemne hale o wysokości 5-6 metrów. Podobno używane były do lat 20. XX w., a więc działały dwa tysiące lat! I pewnie nadal można by z nich korzystać, gdyby nie zbudowano wodociągu.

Nigdy nie wrócę do...

do Pizy. Byłem tam już dwa razy. To, co jest do zobaczenia, zobaczyłem, i starczy. Te tłumy pod baptysterium, turyści fotografujący się pod Krzywą Wieżą... Nie, nie muszę tego oglądać ponownie. Ale gdybym np. nie mógł pojechać po raz kolejny do Lukki, byłoby mi przykro.

Wymarzony cel podróży...

to Afryka - Namibia. Znalazłem kiedyś broszurę angielskiej firmy, która organizuje wyprawy po tym kontynencie. Najdłuższa trwa pół roku, a szlak prowadzi od Kairu do Kapsztadu. Ale na razie nie mam wolnego pół roku. Poza tym Włochy tak wciągają, tyle jest jeszcze do zobaczenia... Nie znam w ogóle północnej części tego kraju: Mediolanu, Genui, Bolonii, Padwy. Szkoda byłoby tam nie pojechać, nie odwiedzić ponownie Toskanii, nie zjeść ulubionej bruschettiny...