Wakacje w Szwajcarii. Segwayem przez Locarno, hulajnogą po Bernie
21.09.2009
, aktualizacja: 18.09.2009 11:58
W pięć dni widziałem trzy światy. Aż dziw, że wszystkie mieszczą się w jednym kraju. Poniedziałek - Ticino, środa - Valais, piątek - Berno...
ZOBACZ TAKŻE
- Piękne miasta Szwajcarii. Zurych - sejfy, zrazy i dada (19-07-10, 06:00)
- Szwajcaria na liście UNESCO. St. Gallen (26-04-10, 06:00)
- Obrazki z podróży - Szwajcaria. Z cyrku do igloo (01-03-10, 06:00)
Wygrzałem się na renesansowej piazza, trawersowałem lodowiec, kąpałem się w rzece u stóp parlamentu, próbowałem niemieckich piw, włoskich lodów i francuskiego koniaku. 300 km pokonałem głównie pociągiem i pontonem, ale był też kajak, rower, a nawet hulajnoga. Gdzie to wszystko było możliwe? Szwajcarzy mawiają, że gdyby wyprasować Alpy, mieliby największy kraj w Europie.
***
Lago Maggiore. W tafli wody odbijają się zielone wzgórza. Po paru godzinach wiosłowania wzdłuż nadbrzeżnego rezerwatu ptaków cumujemy kajaki w centrum miasta. Brodaty kapitan przemierza pomost leniwym krokiem. Niewielki i - mimo pięknego lata - niemal pusty wycieczkowiec opuści zaraz Locarno i odpłynie w stronę włoskiej granicy ukrytej za cyplem, kilka kilometrów stąd. A może uda się dalej - do Mediolanu, a nawet Wenecji?
W 15-tysięcznym Locarno czuć bliskość Półwyspu Apenińskiego. To najniżej położone miasto w Szwajcarii (205 m) cieszy się subtropikalnym mikroklimatem. Już w lutym zakwitają kamelie, magnolie i mimozy, spotyka się fikusy, a nawet bananowce. Także kulturowo blisko mu do Lombardii, do której należało w średniowieczu. Dopiero w 1512 r. zajęli je Szwajcarzy, a w 1803 r. przyłączyli do konfederacji wraz z całym kantonem Ticino. Dziś ten region to jeden z dwóch - obok Gryzonii - z urzędowym językiem włoskim. Choć porozumiewa się nim zaledwie 6 proc. Helwetów, spotkałem mężczyznę, który słowa nie znał po niemiecku czy francusku.
Włoski charakter ma też architektura. Ciągnące się od portu Largo Zorzi prowadzi arkadami na Piazza Grande, brukowany rynek w formie rozszerzonej ulicy. Jego renesansowa północna pierzeja układa się w nieregularny kształt. Dawniej domy stały bowiem nad brzegiem jeziora, ale rzeka Maggia usypała tu deltę, z czasem zabudowaną. Na placu królują kawiarniane parasole. Tylko w sierpniu ustępują miejsca tysiącom gości plenerowego festiwalu filmowego, którzy przed olbrzymim ekranem 26x14 m oklaskują kandydatów do Złotego Lamparta (www.pardo.ch ).
Cała starówka leży na pagórkach. Bardziej dla kaprysu niż z lenistwa rezygnujemy z tradycyjnego spaceru i w punkcie informacji turystycznej wypożyczamy segwaye (www.maggiore.ch/segway ). Dzięki pięciu żyroskopom te z pozoru niestabilne dwukołowce utrzymają każdego, kto poświęci kwadrans na naukę. Śmigać można nawet 30 km na godz., ale - uwaga - w Szwajcarii nie wolno poruszać się nimi po chodnikach.
Pierwszy przystanek: barokowy kościół Santa Maria Assunta (Wniebowzięcia). Surowa bryła z szarego kamienia kryje zaskakująco jasne wnętrze. Sklepienie jedynej nawy pokrywają freski ze scenami z życia Matki Boskiej przeplatane misternymi stiukami. W bocznej kaplicy straszy szkielet św. Hermana. Ciekawy jest granitowy ołtarz - żywe kolory abstrakcyjnych wzorów nie są naturalne, to efekt wielokrotnego barwienia i suszenia kamienia.
Świątynię ufundował w 1636 r. Cristoforo Orelli, potomek cesarskiego najemnika, który w XII w. zdobył miasto. Cristoforo żył bez ślubu z dużo młodszą kuzynką, w dodatku byłą zakonnicą. W końcu jednak nawrócił się i ożenił. W ramach zadośćuczynienia postawił kościół, a przylegającą doń trzypiętrową rezydencję zapisał w testamencie papieżowi (dziś to jedyne w Szwajcarii obiekty należące do Watykanu, pozostałe upaństwowiono). Siebie samego kazał zaś sportretować w obliczu św. Krzysztofa, pięciometrowej rzeźby u wejścia do świątyni.
Przystanek numer dwa: klasycystyczny kościół św. Antoniego Pustelnika. Niewielki placyk tętni życiem w dni targowe oraz podczas lokalnych świąt. Chwilę później rozpędzone segwaye mijają renesansowy konwent św. Franciszka (w remoncie) i zatrzymują się nieco niżej, na skraju starego miasta, przed Castello Visconteo. Z oryginalnej XII-wiecznej twierdzy Orellich pozostały tylko fundamenty. W 1260 r. przeszła w ręce gibelinów (stronnicy cesarza, w opozycji do popierających papieży gwelfów), a niecałe stulecie później - Viscontich, ówczesnych władców Mediolanu, którzy dokonali zasadniczej przebudowy. Autorem projektu miał być Leonardo da Vinci. Dziś resztki renesansowej fortecy mieszczą muzeum archeologiczne z kolekcją rzymskich monet i naczyń (od IV w. p.n.e.). Można tu też zobaczyć m.in. porcelanową zastawę z międzynarodowej konferencji zakończonej traktatem lokarneńskim (1925 r.; przypomnijmy, że bardzo nieszczęśliwym dla Polski - Niemcy odmówiły potwierdzenia nienaruszalności swych wschodnich granic).
Meta to dolna stacja miniaturowej kolejki szynowej, która wiezie nas na wzgórze z pielgrzymkowym kościołem Madonna del Sasso. Powstał w miejscu, gdzie w 1480 r. franciszkańskiemu mnichowi ukazała się Matka Boska. XVI-wieczny klasztor zachwyca przede wszystkim roztaczającym się stąd pięknym widokiem na jezioro i miasto. Do centrum wrócić można w pół godziny szerokimi, zatopionymi w zieleni schodami.
***
Najkrótsza droga do kantonu Valais prowadzi przez włoską Domodossolę. Pociąg z obitymi boazerią wagonami turkocze po krętych torach biegnących malowniczymi zboczami poprzecinanymi strumieniami. 50-kilometrowy odcinek pokonujemy w dwie godziny. Kolejny, podobnej długości - tunelem - w 20 minut. To już Brig w szerokiej dolinie Rodanu, rzeki wypływającej na wschodzie Valais i uchodzącej do Jeziora Lemańskiego na jego zachodzie. Jeszcze dwie zsynchronizowane jak w szwajcarskim zegarku przesiadki i z kolejki linowej oglądamy wyłaniający się zza horyzontu charakterystyczny szczyt Matterhorn (4478 m) oraz masyw Mischabel (4545 m).
Tak docieramy do Bettmeralp (2000 m, www.bettmeralp.ch ). Od Locarno dzielą je lata świetlne. Osadę tworzy kilkadziesiąt drewnianych chat położonych na halach, wzdłuż dwóch czy trzech równoległych ulic. Temperatura bliska zera. W ciszy (zakaz wjazdu samochodów) dźwięczą krowie dzwonki. Inny jest też język - nazwa kantonu francuska, ale w tej części dominuje dialekt niemiecki. Inna kuchnia - zamiast polenty, spaghetti i nalewek mamy zupy, fondue i obowiązkowy koniak.
Zimą Bettmeralp zamienia się w ośrodek narciarski (99 km tras). Nie tak duży jak Verbier i nie tak znany jak Zermatt, przyciąga przede wszystkim rodziny z dziećmi. Są zaledwie dwa bary, nie brakuje za to wypożyczalni sprzętu dla maluchów, przedszkoli i śnieżnych parków z mnóstwem atrakcji.
Gondole i koleje linowe działają także latem, postanawiamy jednak wdrapać się na górę o własnych siłach. Mijamy oczko wodne wypełnione deszczówką i po godzinie docieramy na grań. Z drugiej strony zejście prowadzi zakosami przez sosnowy zagajnik. Słychać świstaki, udaje nam się też wypatrzyć jelenia. Niebawem naszym oczom ukazuje się Aletsch, najdłuższy lodowiec Alp (ponad 20 km). Tworzą go trzy mniejsze jęzory łączące się w miejscu zwanym konkordią, gdzie lód ma ponad kilometr grubości. Środkiem zsuwają się dwa pasma moreny. Zakładamy raki i wędrujemy gęsiego między błękitnymi szczelinami. Natrafiamy na wąski przerębel z wetkniętym kijem do pomiaru tempa topnienia lodu - latem to nawet kilkanaście centymetrów w ciągu doby. Gorzej, że w ciągu ostatnich 30 lat ubyło kilkadziesiąt metrów lodowca. W drodze powrotnej oglądamy kamienny piec, w którym Anglicy (jako pierwsi badali te regiony w połowie XIX w.) wyrabiali gips z granitowych łupków. Ma z pięć metrów średnicy i jest w rozsypce. Dawniej stał na granicy lodowca, teraz dzieli go odeń kwadrans marszu.
***
Pora na stołeczny kanton berneński. Granicę Valais przekraczamy na przełęczy Grimsel (2165 m), gdzie topniejący śnieg spływa do małego Totensee (w 1799 r. pod kruchym lodem utonęli francuscy żołnierze nacierający na armię Suworowa).
Przed nami długa i stroma dolina rzeki Aare spiętrzonej systemem tam. Dziewięć hydroelektrowni produkuje tu energię dla ponad miliona ludzi. Zapora Räterich ma ponad 70 m wysokości. Ze szczytu zostajemy spuszczeni na linach. To początek wycieczki zorganizowanej przez firmę KWO, właściciela niemal całej infrastruktury w dolinie (www.grimselwelt.ch). Etap drugi - wilgotne korytarze wewnątrz betonowej konstrukcji utrzymującej 25 mln m sześc. wody. Teraz przesiadamy się na rowery. Trzykilometrowy tunel (mieszczą się autobusy) wiedzie do elektrowni pod dnem jeziora. Przestronną halę wypełnia jarzeniowe światło i huk przelewającej się przez turbiny wody. Przewodniczka wręcza mi dżojstik sterujący elektrownią. Moje zadanie - uchronić Szwajcarię przed katastrofą energetyczną... W czasie porannego szczytu jest naprawdę ciężko, oddech łapię w porze lunchu. Udało się! Na szczęście to tylko model edukacyjny.
W drodze powrotnej zaglądamy do obsypanej naturalnymi kryształami groty, odkrytej podczas drążenia tunelu. Tysiące sześciokątnych bryłeczek skrzą się tęczą barw, w zależności od minerału, z którego powstały. Przywodzą mi na myśl kolonię nietoperzy zamienionych przez złego czarnoksiężnika w kostki cukru.
Na świeżym powietrzu czekają inne atrakcje. Najpierw spacer wiszącym mostem ponad wodospadami Aare, a potem podróż niezwykłą kolejką linowo-terenową. W latach 20. XX w. transportowała robotników i materiał do budowy tamy. Przez resztę stulecia rdzewiała, aż osiem lat temu uruchomiono ją dla turystów, zachowując oryginalny mechanizm. Pojedynczy wagonik pnie się pod kątem prawie 48 stopni. 400 m różnicy poziomów pokonuje w dziesięć minut. To najbardziej stromy funikular w Europie. Rzeczywiście, momentami czujemy się jak w windzie. Na górze (1860 m) spacer po zaporze z panoramą lodowców i zalewu Gelmer o mętnej, zielonej wodzie.
Nim wpadnie do jeziora Brienz, Aare rzeźbi widowiskowy przełom (www.aareschlucht.ch ). Ma do 180 m głębokości i niemal półtora kilometra długości. Cały odcinek można pokonać krętą drewnianą kładką przytwierdzoną do skał (dostępną także dla osób niepełnosprawnych). Kanion odkrył w XIX w. angielski podróżnik - górale co prawda wcześniej spławiali rzeką drewno, ale nie badali jej biegu. Kiedy w 1888 r. zbudowano pierwszy pomost, przełom odwiedziło od razu 12 tys. turystów! Mimo nieustającej popularności tego miejsca spotykamy raptem parę osób. Początkowo szeroki jak szosa, ku zachodowi kanion zwęża się na wyciągnięcie ramion. Bujna roślinność zamyka drogę promieniom słonecznym. W dole spieniony nurt drąży zakola, których nie pokonał jeszcze żaden śmiałek. Gdy po trzech kwadransach docieramy do wyjścia (restauracja, parking), zroszone mgłą ubrania przez chwilę chronią nas przed upałem.
Z Meiringen (główna atrakcja to wodospad Reichenbach, przy którym Conan Doyle próbował uśmiercić Sherlocka Holmesa) pociąg zabiera nas do Thun. 40-tysięczne miasto leży u ujścia Aare z jeziora Thun. XII-wieczny zamek spogląda na solidne mury domów, czerwone, spadziste dachy i drewniane mosty obwieszone pelargoniami. Ulice pełne są rowerzystów, cukiernie kuszą ciastkami. Pędzimy na umówione spotkanie z Oppim, specjalistą od raftingu (www.siestaoppi.ch). Na przyczepie jego landrovera już czekają kapoki i wiosła. Kilka zdań instrukcji i możemy spuszczać nasz dziewięcioosobowy ponton na rzekę. Alpy zostają za plecami, Aare się rozszerza, ale nurt pozostaje bystry. Siedzimy okrakiem na burtach, częściej mocząc nogi niż wiosła. Najwięcej roboty ma sternik, reszta wysilić się musi tylko na niewielkiej katarakcie i przy cumowaniu na piknik. Zalesione brzegi zaludniają się, w miarę jak zbliżamy się do stolicy. Spieczeni słońcem po czterech godzinach i 30 km spływu z radością wskakujemy do zimnej wody. Niesieni prądem podziwiamy wyłaniającą się stromą skarpę z parlamentem, katedrą i resztą starówki.
***
Historia Berna sięga końca XII w. Książę Bertold V von Zähringen miał tu wówczas upolować niedźwiedzia (niem. Bär), a że zakole rzeki stwarzało naturalne warunki obronne, postanowił obrać cypel na swoją siedzibę. W 1353 r. kanton przyłączył się do konfederacji i przez wieki opierał się naciskom Habsburgów z jednej, a Walezjuszów i Burbonów z drugiej strony. W 1848 r. po wojnie domowej między katolikami i protestantami ważyły się losy szwajcarskiej stolicy (dotychczasowy system rotacyjny był nie do utrzymania ze względów praktycznych). Faworytem był Zurych, ale frankofoni, bojąc się niemieckiej dominacji, zagłosowali na mniejsze i położone bliżej Berno.
Mimo takiej rangi 130-tysięczne miasto pozostaje kameralne. Obcy jest mu zuryski pośpiech czy genewski kosmopolityzm. Od blisko 500 lat rytm dnia wyznacza spóźniający się zegar na średniowiecznej bramie miejskiej. Tarczowy mechanizm wskazuje m.in. dzień tygodnia, fazę Księżyca i znak zodiaku, pełną godzinę uświetnia zaś ruch figurek (Kronos, dzwonnik, kogut i inne). Pozostałe dwie bramy wyburzono w XIX w. - przeważyło dosłownie kilka referendalnych głosów. Dziś być może berneńczycy żałują decyzji, ale na pewno mogą być dumni ze swojej demokracji. Jej symbolem jest neoklasycystyczny gmach parlamentu federalnego z zieloną kopułą zwieńczoną równoramiennym krzyżem. Południową fasadę skierowaną ku rzece zdobią herby 20 kantonów i 6 półkantonów (pozostawiono też miejsce dla innych regionów, które chciałyby się przyłączyć...). Północny fronton z łacińską nazwą państwa - Curia Confoederationis Helveticae - wychodzi na plac ze strzelającą wprost z trotuaru fontanną. Dzieciaki harcują między strumieniami wody, dorośli się wylegują. W głębi przechodnie w milczeniu kibicują szachistom grającym figurami wielkości człowieka. A za ich plecami rejwach nieustającego targu na Barenplatz.
Atmosferę Berna tworzą kawiarnie i butiki w niekończących się arkadach (ktoś policzył, że to w sumie 6 km). Nad nimi wznoszą się bliźniaczo podobne kamienice o spiczastych dachach, trzypiętrowe, z piaskowca. Niemal cała zabudowa powstała w XV w. po wielkim pożarze, który strawił drewniane miasto. Ozdobą brukowanych ulic są barokowe fontanny. Obok dudziarza, strzelca czy posłańca znaleźli się na nich historyczni berneńczycy, a także m.in. Mojżesz i Samson. Przy jednej z takich ulic (Kramgasse 49) mieszkał Albert Einstein. W 1905 r. właśnie w Bernie opublikował szczególną teorię względności. W kamienicy zgromadzono pamiątki po genialnym uczonym, zaś większą wystawę poświęcono mu w muzeum historycznym po drugiej stronie rzeki (www.einsteinmuseum.ch ). Berno docenili też Goethe („to najpiękniejsze miasto, jakie widzieliśmy”) i Hermann Hesse („nigdzie nie znajdziesz takiego spokoju”). W pobliskim Münchenbuchsee w 1879 r. urodził się wspaniały malarz Paul Klee, a jego berneńskie muzeum zaprojektował słynny Włoch Renzo Piano.
W sercu starówki wznosi się późnogotycka katedra św. Wincentego. Stumetrowa wieża (ukończona dopiero w 1823 r.) czyni ją najwyższym sakralnym budynkiem Szwajcarii. Tympanon głównego wejścia dekoruje "Sąd Ostateczny" westfalskiego rzeźbiarza Erharda Künga (1420-1507). W centrum widzimy Michała Archanioła wypruwającego wnętrzności szatanowi. Wyżej mamy Temidę - bez przepaski, gdyż ostatnie słowo i tak należy do umieszczonego u szczytu Chrystusa. Wśród 234 piaskowych figur, które w cudowny sposób przetrwały reformację, dostrzeżemy burmistrzów Berna (w niebie) i Zurychu (w piekle). Ikonoklaści ogołocili doszczętnie wnętrze kościoła, uchowały się tylko figury w chórze, bo prawdopodobnie stały zbyt wysoko. Kamienne, puste nawy doświetlają 12-metrowe witraże. Najciekawszy ukazuje Śmierć porywającą do tańca przedstawicieli różnych stanów.
***
Na koniec trochę doczesnych przyjemności. Najpierw runda po starówce na hulajnogach (www.berninfo.com ). Zadanie nie takie trudne, na jakie wygląda. Jadąc w dół, trzeba tylko pilnować równowagi, w górę... wciągnie nas funikular. Stajemy w dzielnicy Matte. W niepozornym budynku nad samą rzeką Rudolf Lindt w 1879 r. - jako pierwszy na świecie - wyprodukował rozpuszczającą się czekoladę. Dziś do Matte ściągają młodzi. Modny stał się dzielnicowy dialekt, ponoć dość odmienny od berneńskiej wersji niemieckiego. Na przeciwległym brzegu bezpretensjonalna restauracja w starym browarze. Próbujemy rösti (smażone plasterki ziemniaków) i berneńskiego talerza mięs. Z okien widać modernizowane zoo - już wkrótce wrócą tu niedźwiedzie, potomkowie zwierząt sprowadzonych jeszcze w XVI w. Berno bez niedźwiedzi byłoby jak Szwajcaria bez Alp.
***
Lago Maggiore. W tafli wody odbijają się zielone wzgórza. Po paru godzinach wiosłowania wzdłuż nadbrzeżnego rezerwatu ptaków cumujemy kajaki w centrum miasta. Brodaty kapitan przemierza pomost leniwym krokiem. Niewielki i - mimo pięknego lata - niemal pusty wycieczkowiec opuści zaraz Locarno i odpłynie w stronę włoskiej granicy ukrytej za cyplem, kilka kilometrów stąd. A może uda się dalej - do Mediolanu, a nawet Wenecji?
W 15-tysięcznym Locarno czuć bliskość Półwyspu Apenińskiego. To najniżej położone miasto w Szwajcarii (205 m) cieszy się subtropikalnym mikroklimatem. Już w lutym zakwitają kamelie, magnolie i mimozy, spotyka się fikusy, a nawet bananowce. Także kulturowo blisko mu do Lombardii, do której należało w średniowieczu. Dopiero w 1512 r. zajęli je Szwajcarzy, a w 1803 r. przyłączyli do konfederacji wraz z całym kantonem Ticino. Dziś ten region to jeden z dwóch - obok Gryzonii - z urzędowym językiem włoskim. Choć porozumiewa się nim zaledwie 6 proc. Helwetów, spotkałem mężczyznę, który słowa nie znał po niemiecku czy francusku.
Włoski charakter ma też architektura. Ciągnące się od portu Largo Zorzi prowadzi arkadami na Piazza Grande, brukowany rynek w formie rozszerzonej ulicy. Jego renesansowa północna pierzeja układa się w nieregularny kształt. Dawniej domy stały bowiem nad brzegiem jeziora, ale rzeka Maggia usypała tu deltę, z czasem zabudowaną. Na placu królują kawiarniane parasole. Tylko w sierpniu ustępują miejsca tysiącom gości plenerowego festiwalu filmowego, którzy przed olbrzymim ekranem 26x14 m oklaskują kandydatów do Złotego Lamparta (www.pardo.ch ).
Cała starówka leży na pagórkach. Bardziej dla kaprysu niż z lenistwa rezygnujemy z tradycyjnego spaceru i w punkcie informacji turystycznej wypożyczamy segwaye (www.maggiore.ch/segway ). Dzięki pięciu żyroskopom te z pozoru niestabilne dwukołowce utrzymają każdego, kto poświęci kwadrans na naukę. Śmigać można nawet 30 km na godz., ale - uwaga - w Szwajcarii nie wolno poruszać się nimi po chodnikach.
Pierwszy przystanek: barokowy kościół Santa Maria Assunta (Wniebowzięcia). Surowa bryła z szarego kamienia kryje zaskakująco jasne wnętrze. Sklepienie jedynej nawy pokrywają freski ze scenami z życia Matki Boskiej przeplatane misternymi stiukami. W bocznej kaplicy straszy szkielet św. Hermana. Ciekawy jest granitowy ołtarz - żywe kolory abstrakcyjnych wzorów nie są naturalne, to efekt wielokrotnego barwienia i suszenia kamienia.
Świątynię ufundował w 1636 r. Cristoforo Orelli, potomek cesarskiego najemnika, który w XII w. zdobył miasto. Cristoforo żył bez ślubu z dużo młodszą kuzynką, w dodatku byłą zakonnicą. W końcu jednak nawrócił się i ożenił. W ramach zadośćuczynienia postawił kościół, a przylegającą doń trzypiętrową rezydencję zapisał w testamencie papieżowi (dziś to jedyne w Szwajcarii obiekty należące do Watykanu, pozostałe upaństwowiono). Siebie samego kazał zaś sportretować w obliczu św. Krzysztofa, pięciometrowej rzeźby u wejścia do świątyni.
Przystanek numer dwa: klasycystyczny kościół św. Antoniego Pustelnika. Niewielki placyk tętni życiem w dni targowe oraz podczas lokalnych świąt. Chwilę później rozpędzone segwaye mijają renesansowy konwent św. Franciszka (w remoncie) i zatrzymują się nieco niżej, na skraju starego miasta, przed Castello Visconteo. Z oryginalnej XII-wiecznej twierdzy Orellich pozostały tylko fundamenty. W 1260 r. przeszła w ręce gibelinów (stronnicy cesarza, w opozycji do popierających papieży gwelfów), a niecałe stulecie później - Viscontich, ówczesnych władców Mediolanu, którzy dokonali zasadniczej przebudowy. Autorem projektu miał być Leonardo da Vinci. Dziś resztki renesansowej fortecy mieszczą muzeum archeologiczne z kolekcją rzymskich monet i naczyń (od IV w. p.n.e.). Można tu też zobaczyć m.in. porcelanową zastawę z międzynarodowej konferencji zakończonej traktatem lokarneńskim (1925 r.; przypomnijmy, że bardzo nieszczęśliwym dla Polski - Niemcy odmówiły potwierdzenia nienaruszalności swych wschodnich granic).
Meta to dolna stacja miniaturowej kolejki szynowej, która wiezie nas na wzgórze z pielgrzymkowym kościołem Madonna del Sasso. Powstał w miejscu, gdzie w 1480 r. franciszkańskiemu mnichowi ukazała się Matka Boska. XVI-wieczny klasztor zachwyca przede wszystkim roztaczającym się stąd pięknym widokiem na jezioro i miasto. Do centrum wrócić można w pół godziny szerokimi, zatopionymi w zieleni schodami.
***
Najkrótsza droga do kantonu Valais prowadzi przez włoską Domodossolę. Pociąg z obitymi boazerią wagonami turkocze po krętych torach biegnących malowniczymi zboczami poprzecinanymi strumieniami. 50-kilometrowy odcinek pokonujemy w dwie godziny. Kolejny, podobnej długości - tunelem - w 20 minut. To już Brig w szerokiej dolinie Rodanu, rzeki wypływającej na wschodzie Valais i uchodzącej do Jeziora Lemańskiego na jego zachodzie. Jeszcze dwie zsynchronizowane jak w szwajcarskim zegarku przesiadki i z kolejki linowej oglądamy wyłaniający się zza horyzontu charakterystyczny szczyt Matterhorn (4478 m) oraz masyw Mischabel (4545 m).
Tak docieramy do Bettmeralp (2000 m, www.bettmeralp.ch ). Od Locarno dzielą je lata świetlne. Osadę tworzy kilkadziesiąt drewnianych chat położonych na halach, wzdłuż dwóch czy trzech równoległych ulic. Temperatura bliska zera. W ciszy (zakaz wjazdu samochodów) dźwięczą krowie dzwonki. Inny jest też język - nazwa kantonu francuska, ale w tej części dominuje dialekt niemiecki. Inna kuchnia - zamiast polenty, spaghetti i nalewek mamy zupy, fondue i obowiązkowy koniak.
Zimą Bettmeralp zamienia się w ośrodek narciarski (99 km tras). Nie tak duży jak Verbier i nie tak znany jak Zermatt, przyciąga przede wszystkim rodziny z dziećmi. Są zaledwie dwa bary, nie brakuje za to wypożyczalni sprzętu dla maluchów, przedszkoli i śnieżnych parków z mnóstwem atrakcji.
Gondole i koleje linowe działają także latem, postanawiamy jednak wdrapać się na górę o własnych siłach. Mijamy oczko wodne wypełnione deszczówką i po godzinie docieramy na grań. Z drugiej strony zejście prowadzi zakosami przez sosnowy zagajnik. Słychać świstaki, udaje nam się też wypatrzyć jelenia. Niebawem naszym oczom ukazuje się Aletsch, najdłuższy lodowiec Alp (ponad 20 km). Tworzą go trzy mniejsze jęzory łączące się w miejscu zwanym konkordią, gdzie lód ma ponad kilometr grubości. Środkiem zsuwają się dwa pasma moreny. Zakładamy raki i wędrujemy gęsiego między błękitnymi szczelinami. Natrafiamy na wąski przerębel z wetkniętym kijem do pomiaru tempa topnienia lodu - latem to nawet kilkanaście centymetrów w ciągu doby. Gorzej, że w ciągu ostatnich 30 lat ubyło kilkadziesiąt metrów lodowca. W drodze powrotnej oglądamy kamienny piec, w którym Anglicy (jako pierwsi badali te regiony w połowie XIX w.) wyrabiali gips z granitowych łupków. Ma z pięć metrów średnicy i jest w rozsypce. Dawniej stał na granicy lodowca, teraz dzieli go odeń kwadrans marszu.
***
Pora na stołeczny kanton berneński. Granicę Valais przekraczamy na przełęczy Grimsel (2165 m), gdzie topniejący śnieg spływa do małego Totensee (w 1799 r. pod kruchym lodem utonęli francuscy żołnierze nacierający na armię Suworowa).
Przed nami długa i stroma dolina rzeki Aare spiętrzonej systemem tam. Dziewięć hydroelektrowni produkuje tu energię dla ponad miliona ludzi. Zapora Räterich ma ponad 70 m wysokości. Ze szczytu zostajemy spuszczeni na linach. To początek wycieczki zorganizowanej przez firmę KWO, właściciela niemal całej infrastruktury w dolinie (www.grimselwelt.ch). Etap drugi - wilgotne korytarze wewnątrz betonowej konstrukcji utrzymującej 25 mln m sześc. wody. Teraz przesiadamy się na rowery. Trzykilometrowy tunel (mieszczą się autobusy) wiedzie do elektrowni pod dnem jeziora. Przestronną halę wypełnia jarzeniowe światło i huk przelewającej się przez turbiny wody. Przewodniczka wręcza mi dżojstik sterujący elektrownią. Moje zadanie - uchronić Szwajcarię przed katastrofą energetyczną... W czasie porannego szczytu jest naprawdę ciężko, oddech łapię w porze lunchu. Udało się! Na szczęście to tylko model edukacyjny.
W drodze powrotnej zaglądamy do obsypanej naturalnymi kryształami groty, odkrytej podczas drążenia tunelu. Tysiące sześciokątnych bryłeczek skrzą się tęczą barw, w zależności od minerału, z którego powstały. Przywodzą mi na myśl kolonię nietoperzy zamienionych przez złego czarnoksiężnika w kostki cukru.
Na świeżym powietrzu czekają inne atrakcje. Najpierw spacer wiszącym mostem ponad wodospadami Aare, a potem podróż niezwykłą kolejką linowo-terenową. W latach 20. XX w. transportowała robotników i materiał do budowy tamy. Przez resztę stulecia rdzewiała, aż osiem lat temu uruchomiono ją dla turystów, zachowując oryginalny mechanizm. Pojedynczy wagonik pnie się pod kątem prawie 48 stopni. 400 m różnicy poziomów pokonuje w dziesięć minut. To najbardziej stromy funikular w Europie. Rzeczywiście, momentami czujemy się jak w windzie. Na górze (1860 m) spacer po zaporze z panoramą lodowców i zalewu Gelmer o mętnej, zielonej wodzie.
Nim wpadnie do jeziora Brienz, Aare rzeźbi widowiskowy przełom (www.aareschlucht.ch ). Ma do 180 m głębokości i niemal półtora kilometra długości. Cały odcinek można pokonać krętą drewnianą kładką przytwierdzoną do skał (dostępną także dla osób niepełnosprawnych). Kanion odkrył w XIX w. angielski podróżnik - górale co prawda wcześniej spławiali rzeką drewno, ale nie badali jej biegu. Kiedy w 1888 r. zbudowano pierwszy pomost, przełom odwiedziło od razu 12 tys. turystów! Mimo nieustającej popularności tego miejsca spotykamy raptem parę osób. Początkowo szeroki jak szosa, ku zachodowi kanion zwęża się na wyciągnięcie ramion. Bujna roślinność zamyka drogę promieniom słonecznym. W dole spieniony nurt drąży zakola, których nie pokonał jeszcze żaden śmiałek. Gdy po trzech kwadransach docieramy do wyjścia (restauracja, parking), zroszone mgłą ubrania przez chwilę chronią nas przed upałem.
Z Meiringen (główna atrakcja to wodospad Reichenbach, przy którym Conan Doyle próbował uśmiercić Sherlocka Holmesa) pociąg zabiera nas do Thun. 40-tysięczne miasto leży u ujścia Aare z jeziora Thun. XII-wieczny zamek spogląda na solidne mury domów, czerwone, spadziste dachy i drewniane mosty obwieszone pelargoniami. Ulice pełne są rowerzystów, cukiernie kuszą ciastkami. Pędzimy na umówione spotkanie z Oppim, specjalistą od raftingu (www.siestaoppi.ch). Na przyczepie jego landrovera już czekają kapoki i wiosła. Kilka zdań instrukcji i możemy spuszczać nasz dziewięcioosobowy ponton na rzekę. Alpy zostają za plecami, Aare się rozszerza, ale nurt pozostaje bystry. Siedzimy okrakiem na burtach, częściej mocząc nogi niż wiosła. Najwięcej roboty ma sternik, reszta wysilić się musi tylko na niewielkiej katarakcie i przy cumowaniu na piknik. Zalesione brzegi zaludniają się, w miarę jak zbliżamy się do stolicy. Spieczeni słońcem po czterech godzinach i 30 km spływu z radością wskakujemy do zimnej wody. Niesieni prądem podziwiamy wyłaniającą się stromą skarpę z parlamentem, katedrą i resztą starówki.
***
Historia Berna sięga końca XII w. Książę Bertold V von Zähringen miał tu wówczas upolować niedźwiedzia (niem. Bär), a że zakole rzeki stwarzało naturalne warunki obronne, postanowił obrać cypel na swoją siedzibę. W 1353 r. kanton przyłączył się do konfederacji i przez wieki opierał się naciskom Habsburgów z jednej, a Walezjuszów i Burbonów z drugiej strony. W 1848 r. po wojnie domowej między katolikami i protestantami ważyły się losy szwajcarskiej stolicy (dotychczasowy system rotacyjny był nie do utrzymania ze względów praktycznych). Faworytem był Zurych, ale frankofoni, bojąc się niemieckiej dominacji, zagłosowali na mniejsze i położone bliżej Berno.
Mimo takiej rangi 130-tysięczne miasto pozostaje kameralne. Obcy jest mu zuryski pośpiech czy genewski kosmopolityzm. Od blisko 500 lat rytm dnia wyznacza spóźniający się zegar na średniowiecznej bramie miejskiej. Tarczowy mechanizm wskazuje m.in. dzień tygodnia, fazę Księżyca i znak zodiaku, pełną godzinę uświetnia zaś ruch figurek (Kronos, dzwonnik, kogut i inne). Pozostałe dwie bramy wyburzono w XIX w. - przeważyło dosłownie kilka referendalnych głosów. Dziś być może berneńczycy żałują decyzji, ale na pewno mogą być dumni ze swojej demokracji. Jej symbolem jest neoklasycystyczny gmach parlamentu federalnego z zieloną kopułą zwieńczoną równoramiennym krzyżem. Południową fasadę skierowaną ku rzece zdobią herby 20 kantonów i 6 półkantonów (pozostawiono też miejsce dla innych regionów, które chciałyby się przyłączyć...). Północny fronton z łacińską nazwą państwa - Curia Confoederationis Helveticae - wychodzi na plac ze strzelającą wprost z trotuaru fontanną. Dzieciaki harcują między strumieniami wody, dorośli się wylegują. W głębi przechodnie w milczeniu kibicują szachistom grającym figurami wielkości człowieka. A za ich plecami rejwach nieustającego targu na Barenplatz.
Atmosferę Berna tworzą kawiarnie i butiki w niekończących się arkadach (ktoś policzył, że to w sumie 6 km). Nad nimi wznoszą się bliźniaczo podobne kamienice o spiczastych dachach, trzypiętrowe, z piaskowca. Niemal cała zabudowa powstała w XV w. po wielkim pożarze, który strawił drewniane miasto. Ozdobą brukowanych ulic są barokowe fontanny. Obok dudziarza, strzelca czy posłańca znaleźli się na nich historyczni berneńczycy, a także m.in. Mojżesz i Samson. Przy jednej z takich ulic (Kramgasse 49) mieszkał Albert Einstein. W 1905 r. właśnie w Bernie opublikował szczególną teorię względności. W kamienicy zgromadzono pamiątki po genialnym uczonym, zaś większą wystawę poświęcono mu w muzeum historycznym po drugiej stronie rzeki (www.einsteinmuseum.ch ). Berno docenili też Goethe („to najpiękniejsze miasto, jakie widzieliśmy”) i Hermann Hesse („nigdzie nie znajdziesz takiego spokoju”). W pobliskim Münchenbuchsee w 1879 r. urodził się wspaniały malarz Paul Klee, a jego berneńskie muzeum zaprojektował słynny Włoch Renzo Piano.
W sercu starówki wznosi się późnogotycka katedra św. Wincentego. Stumetrowa wieża (ukończona dopiero w 1823 r.) czyni ją najwyższym sakralnym budynkiem Szwajcarii. Tympanon głównego wejścia dekoruje "Sąd Ostateczny" westfalskiego rzeźbiarza Erharda Künga (1420-1507). W centrum widzimy Michała Archanioła wypruwającego wnętrzności szatanowi. Wyżej mamy Temidę - bez przepaski, gdyż ostatnie słowo i tak należy do umieszczonego u szczytu Chrystusa. Wśród 234 piaskowych figur, które w cudowny sposób przetrwały reformację, dostrzeżemy burmistrzów Berna (w niebie) i Zurychu (w piekle). Ikonoklaści ogołocili doszczętnie wnętrze kościoła, uchowały się tylko figury w chórze, bo prawdopodobnie stały zbyt wysoko. Kamienne, puste nawy doświetlają 12-metrowe witraże. Najciekawszy ukazuje Śmierć porywającą do tańca przedstawicieli różnych stanów.
***
Na koniec trochę doczesnych przyjemności. Najpierw runda po starówce na hulajnogach (www.berninfo.com ). Zadanie nie takie trudne, na jakie wygląda. Jadąc w dół, trzeba tylko pilnować równowagi, w górę... wciągnie nas funikular. Stajemy w dzielnicy Matte. W niepozornym budynku nad samą rzeką Rudolf Lindt w 1879 r. - jako pierwszy na świecie - wyprodukował rozpuszczającą się czekoladę. Dziś do Matte ściągają młodzi. Modny stał się dzielnicowy dialekt, ponoć dość odmienny od berneńskiej wersji niemieckiego. Na przeciwległym brzegu bezpretensjonalna restauracja w starym browarze. Próbujemy rösti (smażone plasterki ziemniaków) i berneńskiego talerza mięs. Z okien widać modernizowane zoo - już wkrótce wrócą tu niedźwiedzie, potomkowie zwierząt sprowadzonych jeszcze w XVI w. Berno bez niedźwiedzi byłoby jak Szwajcaria bez Alp.
- hotele
- loty
- noclegi
- Oferty Booking.com
- Oferty FRU.PL
- Oferty Meteor
Podróże.gazeta.pl na Facebooku
Aktualna oferta

Podróżuj z nami co tydzień.
Przykładowy newsletter















