7 godzin na zdrojostradzie
21.09.2009
, aktualizacja: 17.09.2009 16:43
Ta część Beskidów wciąż zachowuje niepowtarzalny urok
Jadąc autobusem do Wysowej Zdroju, największej bazy turystycznej w zachodniej części Beskidu Niskiego, nastawiam się na widok zielonozłocistych stoków nietkniętych ludzką ręką. Wyobrażenia materializują się już przy Zalewie Klimkówka, który z powodzeniem odegrał rolę Dniepru w "Ogniem i mieczem" Jerzego Hoffmana. Zagospodarowywanie tych terenów postępuje bardzo wolno, dzięki czemu ta część Beskidów wciąż zachowuje niepowtarzalny urok. Kiedy wysiadam pod XVIII-wieczną cerkwią św. Michała Archanioła, na myśl przychodzą mi skojarzenia z prozą Andrzeja Stasiuka. Uzdrowisko w niczym nie przypomina zatłoczonych kurortów w Beskidzie Sądeckim czy w Sudetach...
***
Wydaje się, że bezpański pies odpoczywający pod leciwą remizą i stary drwal powoli sunący wozem to obrazy niezależne od pory dnia, tygodnia, a nawet roku. To miejscowa codzienność. Brakuje jedynie pałętającego się ducha Kościejnego, bohatera "Opowieści galicyjskich" Stasiuka, który zapewne od czasu do czasu przechadza się po parku Zdrojowym.
Tuż za drewnianą świątynią biegnie zielony szlak im. Wincentego Pola prowadzący ze Stróży, przez Magurę Małastowską, Wysową, aż do Krynicy-Zdroju. Dziś interesuje mnie jego końcowy fragment zwany "zdrojostradą", czyli licząca 25 km legendarna trasa łącząca dwa uzdrowiska.
Szeroka bita droga łagodnie prowadzi na zbocza Cigelki (805 m), jednego z wielu granicznych szczytów na trasie. Po chwili rozgałęzia się do sanktuarium na Świętej Górze Jawor. W tym miejscu jedna z czterech Łemkiń wracających ze Słowacji doznała objawienia. W 1929 r. w obecności tłumu wiernych poświęcono nowo powstałą kaplicę. Nieopodal wytrysnęło źródełko, co miejscowi odczytali jako boski dar o uzdrawiającej mocy.
Wchodzę do gęstego lasu, gdzie widok świeżej wycinki powoduje chwilę dezorientacji. Penetrując kilka dróg, odnajduję jednak zielone znaki. Po niespełna trzech kwadransach od Wysowej staję na szczycie Cigelki. Szlak prowadzi grzbietem, więc słupy graniczne i charakterystyczne słowackie oznaczenia z "kapturkami" będą mi towarzyszyły przez większą część dnia. Widoki zasłaniają rozłożyste buki. Raz po raz spomiędzy drzew wyłania się panorama Sivej Skaly (840 m) i Busova (1002 m), najwyższego szczytu Beskidu Niskiego. W dolinie, pomiędzy soczyście zielonymi stokami migoczą dachy niewielkiej Cigelki.
Przede mną słowackie znaki czerwone biegnące równolegle do polskich zielonych. Wyjątkiem jest odcinek, którym maszeruję, łączący Cigelkę z Ostrym Wierchem (938 m), gdzie szlak zielony schodzi nieco poniżej grzbietu. Od tego ostatniego szczytu dzieli mnie 260 m przewyższenia, rozłożone na trzy kilometry. Idąc szeroką ścieżką wyznaczoną wśród potężnych drzew, zdobywam wysokość niemal niezauważalnie. Pod Ostrym Wierchem przystaję na skrzyżowaniu szlaków. Strudzonym wędrowcom PTTK Gorlice proponuje zejście żółtymi znakami przez Białą Skałę (903 m) do Ropek. Ciągle wierzę, że zdążę wrócić przed zmrokiem.
- Witamy żywą duszę! - słyszę nagle zza pleców.
Mając nadzieje, że Kościejny nie zapuszcza się tak wysoko, odwracam się i widzę troje studentów z plecakami. Cieszymy się ze spotkania w głuszy, wymieniamy uwagi, dzielimy się czekoladą, i, nie tracąc czasu, rozchodzimy się w przeciwne strony. Wypieki na twarzy turystów zwiastowały ostre zejście w kierunku Przełęczy Pułaskiego (743 m). Moje kolana wyraźnie nie są zadowolone z zaistniałej sytuacji. Gdyby wiedziały, co je czeka dalej...
***
Zbaczam nieco ze szlaku w poszukiwaniu upragnionych widoków. Przedarłszy się przez zarośla, odkrywam polankę ogrodzoną skorodowaną siatką. Pozostałości cywilizacji, która w Beskidach niejednokrotnie przegrywa z przyrodą, stanowią idealny pierwszy plan dla otaczających mnie Gór Hańczowskich.
Beskid Niski to jedne z tych gór, gdzie przykładając ucho do ziemi, słyszymy głosy historii. Wystarczy chłonąć każdy widok, kamień i drzewo wszystkimi zmysłami. Każdy, kto choć raz odwiedzi te okolice, wierzy, że tu wróci, spoglądając na zdjęcia w domowym zaciszu. Na Przełęczy Pułaskiego i ja miałem taką nadzieję...
Jej nazwa jest nieprzypadkowa. Tędy przebiegała najkrótsza droga łącząca obozy konfederatów w Blechnarce i nad Izbami, gdzie stacjonował Kazimierz Pułaski. Pod względem geograficznym oddziela ona dwa najwyższe szczyty polskiej części Beskidu Niskiego. Schodząc stromym zejściem, równie stromo trzeba się wdrapać na kolejny szczyt. "Konfederatom nie wypadało dezerterować" - myślę, patrząc na nachylenie stoku przede mną.
Rozpoczynam podejście na Lackową (997 m), królową Beskidu Niskiego, nazywaną z powodu swej wysokości "górą policyjną". Na wąskim wypłaszczeniu tuż przed szczytem. buczyna się przerzedza, wieje nieco bardziej niż pod Ostrym Wierchem. Wreszcie staję pod tabliczką informacyjną i uwieczniam ten moment na zdjęciu. W końcu to jedna z pereł w Koronie Gór Polski! Widoki są ograniczone, ale za to słupki graniczne idealnie pełnią rolę ministolików. Posilając się, słyszę głosy: - Pan jest odważny, skoro schodzi na zachód - wita mnie z podziwem młode małżeństwo. - Jest aż tak źle? - pytam. - Ja bym tamtędy nie zszedł, wystarczy mi podejście na czworakach - odpowiada zmęczony turysta.
Zachodni stok Lackowej jest bowiem najbardziej stromy w Beskidzie Niskim, a biegnąca nim trasa należy do najtrudniejszych w całych Beskidach. Przewodnicy określają ten fragment mianem "ściany płaczu". Ponieważ chodzi o zejście z góry nieprzekraczającej 1000 m może to wzbudzać uśmiech politowania. Kiedy jednak jestem zmuszony rzucić kije 30 metrów w dół, zsuwając się sna czworakach i nerwowo wypatrując drzew, dociera do mnie powaga sytuacji.
***
Wreszcie jest przełęcz Beskid (644 m). Tutaj dochodzi droga (bez oznakowania) z pobliskich Izb, dając możliwość zdobycia Lackowej w niespełna 2 godz.
Znaki czerwone i zielone rozdzielone słupami granicznymi wiodą mnie dalej na zachód. Krótkim podejściem zdobywam Czerteż (792), gdzie napotykam chusty znakujące trasę maratonu MTB (Mountain Terrain Bike). Tuż za szczytem, po prawie 5 godz. wędrówki, słupy graniczne znikają mi z oczu, skręcając nagle na południe. Idę teraz za znakami zielonymi do doliny Mochnaczki. Wyszedłszy z lasu, podziwiam panoramę nieomal całego Popradzkiego Parku Krajobrazowego rozświetloną przez popołudniowe słońce.
Po chwili jestem na asfaltowej drodze łączącej Tylicz i Mochnaczkę Niżną. O tej porze nic już stąd nie złapię, a do Krynicy zostało niespełna 2 godz. Wędruję więc dalej szlakiem biegnącym przez kamienne koryto Mochnaczki (w czasie ulewy lub roztopów przejście może okazać się prawdziwym wyzwaniem). Łatwo poznać, że to już Beskid Sądecki: las iglasty, inna gleba, inne zapachy. Idąc zielonym szlakiem, powoli nabieram wysokości, zmierzając na Huzary (864 m). Końcowe podejście gwarantuje sporą zadyszkę. Na szczycie krzyżują się znaki czerwone, zielone, żółte i czarne, łączące Tylicz, Krynicę-Zdrój i Mochnaczkę Niżną. Wybieram wariant żółty przez przysiółek Roma i Palenicę, osiągając w końcu popularną Górę Parkową (741).
Schodząc spacerowymi zakosami, docieram do pijalni. Przejście całej "zdrojostrady" zajęło mi ok. 7 godz.
***
Wydaje się, że bezpański pies odpoczywający pod leciwą remizą i stary drwal powoli sunący wozem to obrazy niezależne od pory dnia, tygodnia, a nawet roku. To miejscowa codzienność. Brakuje jedynie pałętającego się ducha Kościejnego, bohatera "Opowieści galicyjskich" Stasiuka, który zapewne od czasu do czasu przechadza się po parku Zdrojowym.
Tuż za drewnianą świątynią biegnie zielony szlak im. Wincentego Pola prowadzący ze Stróży, przez Magurę Małastowską, Wysową, aż do Krynicy-Zdroju. Dziś interesuje mnie jego końcowy fragment zwany "zdrojostradą", czyli licząca 25 km legendarna trasa łącząca dwa uzdrowiska.
Szeroka bita droga łagodnie prowadzi na zbocza Cigelki (805 m), jednego z wielu granicznych szczytów na trasie. Po chwili rozgałęzia się do sanktuarium na Świętej Górze Jawor. W tym miejscu jedna z czterech Łemkiń wracających ze Słowacji doznała objawienia. W 1929 r. w obecności tłumu wiernych poświęcono nowo powstałą kaplicę. Nieopodal wytrysnęło źródełko, co miejscowi odczytali jako boski dar o uzdrawiającej mocy.
Wchodzę do gęstego lasu, gdzie widok świeżej wycinki powoduje chwilę dezorientacji. Penetrując kilka dróg, odnajduję jednak zielone znaki. Po niespełna trzech kwadransach od Wysowej staję na szczycie Cigelki. Szlak prowadzi grzbietem, więc słupy graniczne i charakterystyczne słowackie oznaczenia z "kapturkami" będą mi towarzyszyły przez większą część dnia. Widoki zasłaniają rozłożyste buki. Raz po raz spomiędzy drzew wyłania się panorama Sivej Skaly (840 m) i Busova (1002 m), najwyższego szczytu Beskidu Niskiego. W dolinie, pomiędzy soczyście zielonymi stokami migoczą dachy niewielkiej Cigelki.
Przede mną słowackie znaki czerwone biegnące równolegle do polskich zielonych. Wyjątkiem jest odcinek, którym maszeruję, łączący Cigelkę z Ostrym Wierchem (938 m), gdzie szlak zielony schodzi nieco poniżej grzbietu. Od tego ostatniego szczytu dzieli mnie 260 m przewyższenia, rozłożone na trzy kilometry. Idąc szeroką ścieżką wyznaczoną wśród potężnych drzew, zdobywam wysokość niemal niezauważalnie. Pod Ostrym Wierchem przystaję na skrzyżowaniu szlaków. Strudzonym wędrowcom PTTK Gorlice proponuje zejście żółtymi znakami przez Białą Skałę (903 m) do Ropek. Ciągle wierzę, że zdążę wrócić przed zmrokiem.
- Witamy żywą duszę! - słyszę nagle zza pleców.
Mając nadzieje, że Kościejny nie zapuszcza się tak wysoko, odwracam się i widzę troje studentów z plecakami. Cieszymy się ze spotkania w głuszy, wymieniamy uwagi, dzielimy się czekoladą, i, nie tracąc czasu, rozchodzimy się w przeciwne strony. Wypieki na twarzy turystów zwiastowały ostre zejście w kierunku Przełęczy Pułaskiego (743 m). Moje kolana wyraźnie nie są zadowolone z zaistniałej sytuacji. Gdyby wiedziały, co je czeka dalej...
***
Zbaczam nieco ze szlaku w poszukiwaniu upragnionych widoków. Przedarłszy się przez zarośla, odkrywam polankę ogrodzoną skorodowaną siatką. Pozostałości cywilizacji, która w Beskidach niejednokrotnie przegrywa z przyrodą, stanowią idealny pierwszy plan dla otaczających mnie Gór Hańczowskich.
Beskid Niski to jedne z tych gór, gdzie przykładając ucho do ziemi, słyszymy głosy historii. Wystarczy chłonąć każdy widok, kamień i drzewo wszystkimi zmysłami. Każdy, kto choć raz odwiedzi te okolice, wierzy, że tu wróci, spoglądając na zdjęcia w domowym zaciszu. Na Przełęczy Pułaskiego i ja miałem taką nadzieję...
Jej nazwa jest nieprzypadkowa. Tędy przebiegała najkrótsza droga łącząca obozy konfederatów w Blechnarce i nad Izbami, gdzie stacjonował Kazimierz Pułaski. Pod względem geograficznym oddziela ona dwa najwyższe szczyty polskiej części Beskidu Niskiego. Schodząc stromym zejściem, równie stromo trzeba się wdrapać na kolejny szczyt. "Konfederatom nie wypadało dezerterować" - myślę, patrząc na nachylenie stoku przede mną.
Rozpoczynam podejście na Lackową (997 m), królową Beskidu Niskiego, nazywaną z powodu swej wysokości "górą policyjną". Na wąskim wypłaszczeniu tuż przed szczytem. buczyna się przerzedza, wieje nieco bardziej niż pod Ostrym Wierchem. Wreszcie staję pod tabliczką informacyjną i uwieczniam ten moment na zdjęciu. W końcu to jedna z pereł w Koronie Gór Polski! Widoki są ograniczone, ale za to słupki graniczne idealnie pełnią rolę ministolików. Posilając się, słyszę głosy: - Pan jest odważny, skoro schodzi na zachód - wita mnie z podziwem młode małżeństwo. - Jest aż tak źle? - pytam. - Ja bym tamtędy nie zszedł, wystarczy mi podejście na czworakach - odpowiada zmęczony turysta.
Zachodni stok Lackowej jest bowiem najbardziej stromy w Beskidzie Niskim, a biegnąca nim trasa należy do najtrudniejszych w całych Beskidach. Przewodnicy określają ten fragment mianem "ściany płaczu". Ponieważ chodzi o zejście z góry nieprzekraczającej 1000 m może to wzbudzać uśmiech politowania. Kiedy jednak jestem zmuszony rzucić kije 30 metrów w dół, zsuwając się sna czworakach i nerwowo wypatrując drzew, dociera do mnie powaga sytuacji.
***
Wreszcie jest przełęcz Beskid (644 m). Tutaj dochodzi droga (bez oznakowania) z pobliskich Izb, dając możliwość zdobycia Lackowej w niespełna 2 godz.
Znaki czerwone i zielone rozdzielone słupami granicznymi wiodą mnie dalej na zachód. Krótkim podejściem zdobywam Czerteż (792), gdzie napotykam chusty znakujące trasę maratonu MTB (Mountain Terrain Bike). Tuż za szczytem, po prawie 5 godz. wędrówki, słupy graniczne znikają mi z oczu, skręcając nagle na południe. Idę teraz za znakami zielonymi do doliny Mochnaczki. Wyszedłszy z lasu, podziwiam panoramę nieomal całego Popradzkiego Parku Krajobrazowego rozświetloną przez popołudniowe słońce.
Po chwili jestem na asfaltowej drodze łączącej Tylicz i Mochnaczkę Niżną. O tej porze nic już stąd nie złapię, a do Krynicy zostało niespełna 2 godz. Wędruję więc dalej szlakiem biegnącym przez kamienne koryto Mochnaczki (w czasie ulewy lub roztopów przejście może okazać się prawdziwym wyzwaniem). Łatwo poznać, że to już Beskid Sądecki: las iglasty, inna gleba, inne zapachy. Idąc zielonym szlakiem, powoli nabieram wysokości, zmierzając na Huzary (864 m). Końcowe podejście gwarantuje sporą zadyszkę. Na szczycie krzyżują się znaki czerwone, zielone, żółte i czarne, łączące Tylicz, Krynicę-Zdrój i Mochnaczkę Niżną. Wybieram wariant żółty przez przysiółek Roma i Palenicę, osiągając w końcu popularną Górę Parkową (741).
Schodząc spacerowymi zakosami, docieram do pijalni. Przejście całej "zdrojostrady" zajęło mi ok. 7 godz.
1
2
następne »
- hotele
- loty
- Oferty Booking.com
- Oferty FRU.PL
Podróże.gazeta.pl na Facebooku
Aktualna oferta

Podróżuj z nami co tydzień.
Przykładowy newsletterZaplanuj wakacje
Polska na weekend
Kontakt z redakcją
- ul. Czerska 8/10
- 00-732 Warszawa
- redakcja.podroze@gazeta.pl


















