Rafting, rower i Sella Ronda. Południowy Tyrol dla aktywnych

Nigdy nie przypuszczałam, że objadę Sella Ronda na rowerze!
Co prawda nie zrealizowaliśmy planu w stu procentach (na przeszkodzie stanęły m.in. zbyt późny start, awaria jednego z naszych sześciu rowerów, ulewa po drodze), ale i tak w jeden dzień pokonaliśmy blisko 50 km wokół masywu Gruppo del Sella. To wspinając się mozolnie pod górę, to pędząc - niemal na łeb na szyję - w dół po serpentynach. Usiłowaliśmy zatoczyć kółko zgodnie z ruchem wskazówek zegara, wśród bajecznych krajobrazów.

O tej porze roku (był początek sierpnia) Dolomity prezentują pełnię swej letniej urody. Majestatyczne nagie skały o niezwykłych kształtach (mnie przypominały zamki i wieże) wyrastają z soczystej zieleni. Gdzieniegdzie mignie turkusowe jeziorko, zaszumi strumyk czy kaskada, a wysoko w górze błysną jęzory lodowców...

***

Zaczynamy od stromego podjazdu w południowym upale - z centrum Selva di Val Gardena (niem. Wolkenstein, 1563 m n.p.m.) do wyciągu powyżej kurortu. Przewóz rowerów to tutaj żaden problem - pojadą w gondolkach z nami lub same.

Wysiadamy na Dantercepies (2298 m). Widok zapiera dech. Ale jak tu zjechać w dół? W dodatku wymijając wędrowców i innych rowerzystów. Szlak jest nawet szeroki, ale dla niewprawnych górskich cyklistów dość trudny: żwir, kamienie, koleiny, czasem mostek. Trasy są oznakowane, jednak lepiej mieć przewodnika. Nam towarzyszy sympatyczny Oswald (w Południowym Tyrolu prócz włoskiego powszechnie używa się niemieckiego, co "słychać" także w imionach).

Zjeżdżamy do Corvary (1568 m), największej miejscowości w dolinie Alta Badia, z widokiem na szczyt Sassongher. Na ulicach bannery z napisem: "Rowerzyści są u nas mile widziani". Tu korzystamy z wyciągu krzesełkowego, by udać się na Col Alt (1980 m).

Przed nami długi i trudny odcinek - niemal wciąż pod górę, często schodzimy z siodełek. Mijamy Bioch - chatę/schronisko w alpejskim stylu. Oswald mówi, że minionej zimy spędzali tu wakacje Tom Cruise z żoną Katie Holmes.

Wtem zaczyna padać. Największy deszcz udaje nam się przeczekać w schronisku Pralongia, gdzie postanawiamy zjeść obiad (ja zamawiam pyszne ravioli ze szpinakiem i serem ricotta). Ściany z grubych bali, dach kryty trzema warstwami deseczek, olbrzymi taras z drewna. Pełno tu (dla ozdoby) dawnych narzędzi - grabi, sierpów, stągwi. Moją uwagę zwracają duże płytkie półki ze szczebelkami - to stary sposób na suszenie chleba, którego kawałki wkładało się między te przegródki (ponoć i dziś tak się to robi).

Deszcz ustaje, więc jedziemy dalej, coraz to węższą ścieżką przez sosnowy las, po niezłych wądołach. Okolica wygląda jak z bajki - dużo porośniętych mchem wykrotów i powalonych drzew, kwitną żółte i fioletowe kwiatki. Wszędzie bardzo czysto, żadnych papierków czy butelek. Co jakiś czas mijamy drewniane kapliczki i krzyże.

Z lasu wyskakujemy na asfaltową drogę. Pędzimy serpentynami w dół, do Arabby (1602 m), u stóp masywu Sella, który z tej perspektywy wygląda niczym forteca. Sporo tu starych domów, niektóre ozdobione malowidłami. Wiele z nich przypomina obszerne drewniane stodoły na kamiennych podmurówkach. Moją uwagę zwraca zabytkowy budynek Posta-Ristorante, z małymi okienkami o drewnianych okiennicach. Nieco zapuszczony, ale przywołujący na myśl atmosferę XIX-wiecznych kurortów.

W Arabbie dosłownie w ostatniej chwili łapiemy ostatnią gondolę (bardzo duży kwadratowy wagonik pozbawiony siedzeń), która wiezie nas na szczyt Porta Vescovo (2478 m). Mamy stąd cudowny widok na słynną Marmoladę, najwyższą górę Dolomitów (3342), pokrytą skrzącym się w słońcu lodowcem. U jej stóp migocze turkusowe jeziorko. Ale my nie pojedziemy w tamtą stronę, wybieramy inny kierunek (tzn. Oswald wybiera go za nas).

Zaczyna się niewinnie - zjazd jest dość szeroki, jak polna droga. Po chwili jednak staje się coraz bardziej żwirowo-kamienisty, coraz bardziej stromy, z coraz większą liczbą zakrętów. To naprawdę karkołomny czarny szlak! Paweł, który jest najlepszym wśród nas cyklistą (Oswald jest poza konkurencją), zalicza wywrotkę i rozcina kolano na jakimś głazie. Kilkadziesiąt metrów niżej koziołkuję ja (na szczęście Oswald ma apteczkę, pojadę dalej z zabandażowaną lewą nogą).

Szlak zamienia się teraz w wąską koleiną pełną garbów i wystających kamieni, biegnącą skrajem stromego, mocno zarośniętego zbocza. Nadaje się bardziej dla kóz i osiołków niż dla cyklistów. Niemal cały czas prowadzimy rowery, tylko Oswald pedałuje...

Wreszcie jest Passo Pordoi. Zanim jednak zdobędziemy tę przełęcz (2239 m), musimy się nieźle namęczyć, jadąc pod wiatr i pod górę.

Za to z przełęczy wspaniały zjazd! I jakie widoki! Szkoda, że nie ma dość czasu, by je podziwiać. Zapada zmierzch, zaczyna padać, żadne gondolki już nie kursują. Ostatni odcinek pokonujemy więc bagażową taksówką, która odstawia nas pod drzwi hotelu Val Pudra w Plan de Gralba (ok. 2 km od Selvy). Stoi tu tylko kilka małych hoteli krytych dachówką, z drewnianymi balkonikami, w otoczeniu majestatycznych gór. Z okien Val Pudry widać wyciąg, który zimą wozi narciarzy w stronę "karuzeli" Sella Ronda. Cisza i spokój. Wydaje się, że jesteśmy gdzieś na końcu świata...

***

I pomyśleć, że dzień wcześniej byliśmy wśród wielotysięcznych tłumów! Nocny bieg wokół jeziora Resia (Reschensee) gromadzi w Curon Nuova zawodowców i amatorów z całych Włoch i z zagranicy. W tegorocznym, dziesiątym, startowało ponad 3 tys. biegaczy i chodziarzy.

Z naszej grupy dzielnie stanęli w szranki Joanna i Paweł, my tylko kibicowaliśmy wraz z niezliczoną rzeszą fanów, rodzin i przyjaciół. I choć nie lubię masowych imprez, tu nie czułam się źle. Tym bardziej że okolica jest piękna - wokół jeziora zielone łąki, parę wiosek, w tle malownicze szczyty.

Bieg zorganizowano znakomicie: powstały tymczasowe parkingi dla mnóstwa samochodów, trasę oświetlało 2 tys. pochodni, a w gigantycznym namiocie zastawionym ławami i stołami oraz stoiskami z jedzeniem i piciem starczyło miejsca dla wszystkich. Tu również wyznaczono metę - rozradowani biegacze z uśmiechem szczęścia na twarzach wpadali na podest, odbywając honorowy finisz przy aplauzie publiczności. W tle wybuchały fajerwerki. Rekordzista, Marco Mazza z Neapolu, pokonał 15,3 km w trudnym terenie (sporo pagórków, jezioro leży ok. 1500 m n.p.m.) w 50.04 min.

Tymczasem przez cały niemal wieczór na scenie w głębi namiotu występowały rockowe kapele. Atmosfera była tak znakomita, że - słyszałam na własne uszy - wiele osób podjęło mocne postanowienie: od jutra zaczynam biegać!

Jezioro Resia to sztuczny zbiornik powstały w 1950 r. "Pamiątką" po zatopionych terenach jest romańska wieża, która sterczy z wody w Curon, tuż obok mety biegu. Po sąsiedzku, na dużej łące nad brzegiem jeziora, spotykają się miłośnicy kitesurfingu.

***

Ja nad biegi przedkładam kajak, a teraz także i rafting. Zwłaszcza w Południowym Tyrolu...

Ośrodek przy Sporthotel Quellenhof w San Martino w dolinie Passiria ma dla aktywnych turystów wiele propozycji: konie, kajaki, pontony, rowery, nordic walking... Popłyniemy dwoma pontonami. Na jednym może znajdować się maksymalnie sześć osób plus przewodnik/sternik. Ja płynę pod komendą Felixa, z Włochem Maxem Alberem z Organizacji Turystycznej Południowego Tyrolu i młodą szwajcarską parą.

Rzeka Passirio (Passer) jest tu szeroka na 15-20 m. Spływa się po niej od połowy maja do końca lipca, ale w tym roku poziom wody jest na tyle wysoki, że i w sierpniu jest to możliwe. Najpierw krótka instrukcja na sucho, tj. na brzegu. Wskakujemy do gumowej łódki i wyskakujemy z niej, uczymy się siadać na jej wypukłej krawędzi, trzymać wiosła i blokować nogi w przytwierdzonych do podłogi "strzemionach", by nie wypaść za burtę. Mamy na sobie pianki, kaski, wodoodporne kurtki i kamizelki ratunkowe. Okażą się bardzo przydatne, gdy wylądujemy w zimnej, rwącej Passirio.

Woda ma barwę akwamaryny i wartki nurt. Z białej piany sterczą wielkie głazy, brzegi zazwyczaj strome. Na komendę wiosłujemy to do przodu, to do tyłu, to znów "chowamy się" na dnie pontonu, starając się wypełniać rozkazy pokrzykującego wciąż Felixa. Gdzieś w połowie drogi ładujemy się na potężny kamień, który sterczy z wody niemal pionowo, płaski jak stół. Udaje nam się nań wdrapać - przytrzymując kurczowo ponton - ale Szwajcar Marco znika nam z pola widzenia. Porywa go bystry prąd. Złapie go kilkaset metrów dalej Johannes, sternik drugiego pontonu.

Postój przy wysokich skałach. Cumujemy pontony i wspinamy się na górę, by... skoczyć do kotłującej się wody (jest tu głęboko, miejsce wybrane nieprzypadkowo). Wcale nie mam na to ochoty, ale tylko w ten sposób dostaniemy się na powrót do pontonów.

Po jakichś 9 km kończymy przygodę z raftingiem. Pora na obiad w tradycyjnym Gasthaus Lamm z 1777 r. (trattoria storica - głosi też napis po włosku). Jemy na podwórku pod drzewem: rosół z wątrobianymi knedlami, domowej roboty tagliatelle z sosem łososiowym z "naszej" rzeki, na deser obowiązkowo strudel.

***

Południowy Tyrol, kraina Dolomitów (26 czerwca tego roku zostały wpisane na listę UNESCO), znajduje się na samej północy Włoch i ma status autonomicznej prowincji. Do 1919 r. należał do Austrii. Prócz niemieckiego i włoskiego w użyciu nadal jest ladyński - liczący sobie ponad 2 tys. lat retoromański dialekt języka włoskiego. Jak mnie zapewniała mnie w rozmowie Irene Delazzer z ośrodka turystycznego Val Gardena, lokalne władze starają się, by nie zanikł. Dzieci uczą się go w szkołach, są też ladyńskie szyldy, pisma i audycje.

Stolicą prowincji jest liczące ponad 100 tys. mieszkańców Bolzano. Wokół miasta czarowny krajobraz - niewysokie góry całe w zieleni, każdy wolny skrawek ziemi zajmują winnice i sady, w których jabłonie uginają się od jabłek. Szeregi drzewek i krzewów rosną w równiutkich szeregach, jak pod linijkę (wina, zwłaszcza białe, jabłka i sezonowana szynka speck - to lokalne produkty najwyższej jakości, chronione prawem, prawdziwa duma regionu). Wszystko zadbane, podobnie jak domy i drogi. Bardzo czysto, porządnie, można by rzec - mało włosko. Na wzgórzach sterczą wieże kościołów i zamczyska z różnych epok (w zasięgu wzroku mamy nieraz kilka twierdz i baszt, a w całym Tyrolu doliczono się ponad 800 podobnych budowli).

Domy w górach są zazwyczaj dwupiętrowe, rozłożyste, z gankami i małymi okiennicami, kryte dachówkami lub gontem. Te drewniane stoją na wysokich podmurówkach. Na balkonach biegnących wzdłuż całej fasady i w donicach u wejścia - mnóstwo kwiatów, wprost kwitnące kaskady. Ale i je zaplanowano, sadząc na przemian odpowiednie kolory.

W menu królują knedle - z serem, zieloną pietruszką, ze szpinakiem, z wątróbką - pyszne i bardzo sycące. Mogą pływać w rosole, wystąpić jako drugie danie czy nawet deser. Choć ten to zazwyczaj strudel z jabłkami bądź wiśniami. Wiele zup ma postać lekkiej pianki - na bazie białego wina i śmietanki, do tego cieniutkie grzanki crostini. Zanim zasiądziemy do stołu, skuśmy się na popularną tu venezianę: musujące prosecco, jasnoczerwony aperitif aperol, woda mineralna, lód, plaster pomarańczy. Wyborny!

Sella Ronda Mountainbike

Trasa zgodnie z ruchem wskazówek zegara liczy 58 km, pokonuje się różnicę wzniesień 3,4 tys. m (w odwrotnym kierunku - 53 km i 3 tys. m). Bilet i opłata za przewodnika - ok. 40 euro/os. Rowery zapewnił nam Scott Bike Test Center - Dolomiti Adventures z Selvy, www.dolomiti-adventures.com, www.sellaronda-mtb.com

Giro Lago di Resia

Przed biegiem trzeba się zarejestrować - dostaje się numer, przydatne sportowe drobiazgi, kupon na jedzenie/picie oraz symboliczne nagrody (te już po ukończeniu biegu), www.reschenseelauf.it, www.kiteschool.it

Rafting

Ok. 40-46 euro/os., w tym sprzęt i ubranie, www.acquaterra.it

www.suedtirol.info