Wakacje z dziećmi w austriackim Tyrolu. Boberki z gondolki
24.08.2009
, aktualizacja: 21.08.2009 12:37
To był kaprys, ale i chęć zaspokojenia ciekawości - jak się jeździ latem na nartach. Rowery zabraliśmy przeczuwając, że deski nie wystarczą...
ZOBACZ TAKŻE
- Austria. Tyrol. dwa kroki w chmurach (28-11-11, 06:00)
- Z dzieckiem na narty. Rabka i Rohacze (22-02-10, 06:00)
- Innsbruck. Skocznia Bergisel - na brzuchu ryby (08-02-10, 06:00)
- Narty z dziećmi. Dolina Zillertal - żaba na śniegu, knedel na talerzu (01-02-10, 10:00)
- Smaki Austrii. Vorarlberg - Alicja w krainie smakołyków (05-10-09, 12:00)
- Cyklady - przygoda smakuje figą. Wakacje z dziećmi. (11-05-09, 06:00)
- Polska z dziećmi. Inwałd - Park Miniatur, Mini Zoo i Dinolandia (01-08-11, 10:30)
- Wakacje z dziećmi. Wyścig z chmurami (10-08-09, 06:00)
- Wakacje z dziećmi. Na toskańskiej wsi (22-06-09, 06:00)
- Wakacje z dziećmi. W Disneylandzie - krainie inżynierów wyobraźni (01-06-09, 06:00)
Jasiek lat 15, zapalony narciarz i miłośnik downhillu, upierał się przy stacji Les 2 Alpes - jazda na wysokości 3600 m i jakie widoki! (w internecie jest mnóstwo filmów o kolarstwie górskim). Francja odpadła jednak z uwagi na odległość - obawiałam się, że ponad tysiąc kilometrów to będzie za wiele dla niespełna 8-letniego Jurka, któremu dłuży się nawet krótka podróż. Wybraliśmy więc nieco bliższy Hintertux - jedyny całoroczny ośrodek narciarski w Austrii, ok. 900 km z Bielska-Białej, skąd wyruszaliśmy.
Letnie trasy zjazdowe liczą tam 8 km. System trzech kolejek dowozi na wysokość 3250 m, pod szczyt Gefrorene Wand (3288 m). Przy czym ta ostatnia - Gletscherbus 3 - jest najwyżej poprowadzoną kolejką gondolową w Europie. Można też korzystać z dwuosobowych krzesełek, podziwiając przy okazji zawodników, którzy w pięknym stylu i zawrotnym tempie pokonują ustawione przez trenerów slalomy. Bo Hintertux również poligon treningowy - amatorzy napotkają tu drużyny z Rosji, Ukrainy, Hiszpanii czy Grecji.
***
Dolina Zillertal ciągnie się i ciągnie - od zjazdu z autostrady do Innsbrucka w Fugen, przez słynny kurort Zell am Zeller, urocze Mayrhofen do położonej u stóp lodowca wioski Hintertux. 40 km coraz bardziej krętą i stromą drogą...
O losie! Kiedy zerkam teraz na prognozy pogody, zawsze widzę na "naszym" lodowcu i poniżej piękne słońce. My nie mieliśmy tyle szczęścia. Pierwszego dnia (był to 6 lipca) padało tak, że stchórzyliśmy. Zamiast udać się w strugach deszczu do kolejki śladem narciarzy śmiałków, pojechaliśmy na basen do Mayrhofen. Jest tam miniaquapark z widokiem na Penkenbahn - kolejkę z dreszczykiem, bo gondolki suną ponad miasteczkiem na linie bez podpór.
Drugiego dnia nie było już tak mokro, więc podjęliśmy ryzyko kupna czterodniowych skipassów. We mgle dotarliśmy do Tuxer Fernerhaus (2260 m). Ponieważ - wyjątkowo - nie działał Gletscherbus 3, dalej trzeba było wjechać krzesełkami. Niestety, pogoda psuła się coraz bardziej, w końcu lunęło. I tak lodowiec poddał nas próbie wytrzymałości: znikoma widoczność, zacinający z niewielkimi tylko przerwami deszcz, smagający bezlitośnie wiatr. Muszę powiedzieć z dumą, że przeszliśmy ją wszyscy, bez marudzenia (prawie).
Nagrodą były kolejne dni. Temperatura na górze zeszła poniżej zera, spadło dużo świeżego śniegu, zza chmur wyjrzało słońce. Zobaczyliśmy zielone łąki w dole i przyprószone bielą szczyty dookoła. Z gondolki liczyliśmy świstaki. Trzeba mieć oko, żeby wypatrzyć te sympatyczne zwierzątka. Futerko mają w odcieniach szarości zbliżonych do skał, często siedzą bez ruchu przy norkach. Zwykle udawało się nam dostrzec ze trzy sztuki. Przodował Jurek, wołając za każdym razem gromko: - Boberek! (boberkami nazwała świstaki uczestniczka naszej wyprawy Ola, koleżanka Jasia z klasy; rzeczywiście są podobne do bobrów, przynajmniej z góry).
Mnie, Jurkowi i mojemu tacie najlepiej jeździło się na łagodnych stokach Olperera (3476 m). Cztery niebieskie trasy obsługują tam orczyki. Co prawda działał tylko jeden (drugi remontowano, maszynowo i ręcznie wykuwając zapadające się w lód podpory, czemu przyglądaliśmy się z zainteresowaniem), ale narciarzy było niewielu, więc i kolejki się nie tworzyły. Jaś z Olą woleli trasę czarną, na zboczu Gefrorene Wand, gdzie prócz orczyków jest też podwójne krzesełko.
Latem nie działa niestety schronisko Gletscherhutte (3075 m). By coś przekąsić i skorzystać z toalety, trzeba zjeżdżać do Tuxer-Ferner-Haus (2660 m). Podają tam m.in. przepyszne ciasta. Dorośli nie potrafili sobie odmówić apfelstrudla czy sernika w sosie waniliowym, dzieciom zaś najbardziej odpowiadał Almdudler, oranżada o smaku lekarstwa, którą popijały talerze ulubionych frytek. Posilaliśmy się zwykle między godz. 10 a 11, po ponad dwóch godzinach jeżdżenia, a przed następnymi dwiema. Około południa śnieg staje się bowiem coraz trudniejszy, cięższy. Ratraki walczą z muldami, ale to daremny trud, zaraz tworzą się nowe. Orczyki i krzesełka działają do 13.30.
- To o której wstawaliście? - zapytała przyjaciółka, słuchając mojej opowieści po powrocie z Tyrolu. - No, o 7 najpóźniej. - Tak myślałam. Harówka, a nie wypoczynek!
***
Połączenie narciarstwa z rowerową pasją udało się tylko nastolatkom. Ola z Jasiem po nartach prędko wskakiwali w rowerowe wdzianka i pędzili do którejś górskiej kolejki. Zazwyczaj wybierali te najbliższe, tym bardziej że kursują do godz. 17, a czasem tylko do 16.
Z tuzina kolejek w dolinie Zillertal jedynie dwie nie zabierają rowerów - startująca w Mayrhofen Ahornbahn oraz krzesełka Furstalmbahn. Czasem obsługa zastrzega, że nie załaduje "downhillów", ale Jasiowi który mawia, że ma rower "z pogranicza", za każdym razem udało się przetransportować go na górę.
Okolice przecina wiele dość szerokich ścieżek wspólnych dla pieszych i rowerzystów. Są dobrze oznakowane i trudno na nich zabłądzić. Łatwo natomiast o spotkanie ze stadem krów, czasem w towarzystwie byka. Słychać je z daleka, bo na szyjach mają dzwonki, ba, dzwony! Ponoć chętnie pozują do zdjęć i nie wchodzą pod koła. Śmiało można się więc rozpędzić, jeśli akurat nie mija się przepaści - jak opowiadały rozemocjonowane dzieci.
Stan rowerów i garderoby świadczył o znakomitej zabawie. Wracali ubłoceni od stóp do głów. Trochę bolały ich ramiona i dłonie, ale przecież zjeżdżali kilkanaście kilometrów w dół, nieraz bardzo ostro.
Nie towarzyszyłam im w tych wyprawach nie tylko dlatego, że ktoś musiał zająć się kuchnią. Otóż jeszcze podczas jazdy przez Czechy jeden rower "zgubił" część dampera (tylny amortyzator). Nasz błąd - nie sprawdziliśmy, czy jest dokręcony. W serwisie nie potrafili nam pomóc, rower stał więc w garażu, bezużyteczny (najbardziej żałował Jurek, który miał wielką ochotę na zjazdy).
***
Nikomu nie chciało się wracać do domu - tyle szlaków zostało jeszcze do spenetrowania! Na pożegnanie z Tyrolem wybraliśmy się do urządzonego we wnętrzu lodowca Natur Eis Palast, na lewo od górnej stacji Gletscherbus 3, tam, gdzie kończy się zjazd na oponach (rozrywka i dla dzieci, i dla dorosłych, sunie się po specjalnym torze zabezpieczonym siatką).
Ścieżka w dół wiedzie do niedużej dziury w śniegu. Spacer po lodowej jaskini trwa trzy kwadranse, odbywa się go w kaskach i rakach, w towarzystwie przewodnika. Nasz był bardzo rozmowny, tyle że mówił po niemiecku, więc rozumieliśmy co dziesiąte słowo. Za to mieliśmy czas, żeby się dobrze rozejrzeć. W Natur Eis Palast lód przybiera niesamowite formy - tu zwisa, tam sterczy, gładki bądź chropowaty, biały lub przezroczysty. Przeciskaliśmy się przez wąskie przejścia, wspinali i schodzili po drabinie, a dzieci sprawdzały, czy działają telefony komórkowe (tak, w lodowcu jest zasięg!).
- Wetter scheise - narzekał nasz gospodarz. - Nie dopisuje pogoda tego lata. Najładniej było w kwietniu i maju, od tamtego czasu tylko Wasser, Wasser, zu viel Wasser...
Mamy ogromną ochotę sprawdzić, jaka będzie wiosna w Tyrolu. A może nawet ta zima?
*Ewa Stanek jest dziennikarką RMF Classic
Co gdzie i jak
• Kwatera. Najlepiej wybrać taką, w której jest elektryczny kaloryfer do suszenia butów, a przy okazji także czapek, spodni i rękawiczek (nadziewa się je na metalowe „konary”) - na lodowcu latem rzeczy nasiąkają wodą nawet gdy nie pada i jeździ się, unikając wywrotek. Ja szukałam też lokum niedaleko stacji, które pomieści pięć osób, za rozsądną cenę. Znalazłam Haus Josef w Juns, wiosce niedaleko ośrodka Hintertuxer Gletscher. Za liczący 70 m kw. w pełni wyposażony apartament (od tarki po zmywarkę) złożony z dwóch pokojów, mieszkalnej wielkiej kuchni, toalety i łazienki płaciliśmy 68 euro za dobę.
www.tux.at
• Bilety. Czterodniowy skipass: dorośli - 118 euro, dzieci urodzone między 1994 a 2003 r. - 59, młodsi - gratis. Natur Eis Palast: dorośli - 8 euro, dzieci (minimalny wiek - 8 lat) - 4; wejścia co godzinę od 10.30 do 14.30.
• Zillertal Card. Warto ją kupić, jeśli nie ograniczamy się do narciarstwa. Pozwala m.in. na wjazd jedną kolejką dziennie (góra/dół), wejście każdego dnia na jeden z sześciu odkrytych basenów, korzystanie z komunikacji. Najkrótsza opcja, 6-dniowa, kosztuje 48 euro (dzieci - 24). Jeśli kartę kupią rodzice, wszystkie dzieci są zwolnione z opłat.
Letnie trasy zjazdowe liczą tam 8 km. System trzech kolejek dowozi na wysokość 3250 m, pod szczyt Gefrorene Wand (3288 m). Przy czym ta ostatnia - Gletscherbus 3 - jest najwyżej poprowadzoną kolejką gondolową w Europie. Można też korzystać z dwuosobowych krzesełek, podziwiając przy okazji zawodników, którzy w pięknym stylu i zawrotnym tempie pokonują ustawione przez trenerów slalomy. Bo Hintertux również poligon treningowy - amatorzy napotkają tu drużyny z Rosji, Ukrainy, Hiszpanii czy Grecji.
***
Dolina Zillertal ciągnie się i ciągnie - od zjazdu z autostrady do Innsbrucka w Fugen, przez słynny kurort Zell am Zeller, urocze Mayrhofen do położonej u stóp lodowca wioski Hintertux. 40 km coraz bardziej krętą i stromą drogą...
O losie! Kiedy zerkam teraz na prognozy pogody, zawsze widzę na "naszym" lodowcu i poniżej piękne słońce. My nie mieliśmy tyle szczęścia. Pierwszego dnia (był to 6 lipca) padało tak, że stchórzyliśmy. Zamiast udać się w strugach deszczu do kolejki śladem narciarzy śmiałków, pojechaliśmy na basen do Mayrhofen. Jest tam miniaquapark z widokiem na Penkenbahn - kolejkę z dreszczykiem, bo gondolki suną ponad miasteczkiem na linie bez podpór.
Drugiego dnia nie było już tak mokro, więc podjęliśmy ryzyko kupna czterodniowych skipassów. We mgle dotarliśmy do Tuxer Fernerhaus (2260 m). Ponieważ - wyjątkowo - nie działał Gletscherbus 3, dalej trzeba było wjechać krzesełkami. Niestety, pogoda psuła się coraz bardziej, w końcu lunęło. I tak lodowiec poddał nas próbie wytrzymałości: znikoma widoczność, zacinający z niewielkimi tylko przerwami deszcz, smagający bezlitośnie wiatr. Muszę powiedzieć z dumą, że przeszliśmy ją wszyscy, bez marudzenia (prawie).
Nagrodą były kolejne dni. Temperatura na górze zeszła poniżej zera, spadło dużo świeżego śniegu, zza chmur wyjrzało słońce. Zobaczyliśmy zielone łąki w dole i przyprószone bielą szczyty dookoła. Z gondolki liczyliśmy świstaki. Trzeba mieć oko, żeby wypatrzyć te sympatyczne zwierzątka. Futerko mają w odcieniach szarości zbliżonych do skał, często siedzą bez ruchu przy norkach. Zwykle udawało się nam dostrzec ze trzy sztuki. Przodował Jurek, wołając za każdym razem gromko: - Boberek! (boberkami nazwała świstaki uczestniczka naszej wyprawy Ola, koleżanka Jasia z klasy; rzeczywiście są podobne do bobrów, przynajmniej z góry).
Mnie, Jurkowi i mojemu tacie najlepiej jeździło się na łagodnych stokach Olperera (3476 m). Cztery niebieskie trasy obsługują tam orczyki. Co prawda działał tylko jeden (drugi remontowano, maszynowo i ręcznie wykuwając zapadające się w lód podpory, czemu przyglądaliśmy się z zainteresowaniem), ale narciarzy było niewielu, więc i kolejki się nie tworzyły. Jaś z Olą woleli trasę czarną, na zboczu Gefrorene Wand, gdzie prócz orczyków jest też podwójne krzesełko.
Latem nie działa niestety schronisko Gletscherhutte (3075 m). By coś przekąsić i skorzystać z toalety, trzeba zjeżdżać do Tuxer-Ferner-Haus (2660 m). Podają tam m.in. przepyszne ciasta. Dorośli nie potrafili sobie odmówić apfelstrudla czy sernika w sosie waniliowym, dzieciom zaś najbardziej odpowiadał Almdudler, oranżada o smaku lekarstwa, którą popijały talerze ulubionych frytek. Posilaliśmy się zwykle między godz. 10 a 11, po ponad dwóch godzinach jeżdżenia, a przed następnymi dwiema. Około południa śnieg staje się bowiem coraz trudniejszy, cięższy. Ratraki walczą z muldami, ale to daremny trud, zaraz tworzą się nowe. Orczyki i krzesełka działają do 13.30.
- To o której wstawaliście? - zapytała przyjaciółka, słuchając mojej opowieści po powrocie z Tyrolu. - No, o 7 najpóźniej. - Tak myślałam. Harówka, a nie wypoczynek!
***
Połączenie narciarstwa z rowerową pasją udało się tylko nastolatkom. Ola z Jasiem po nartach prędko wskakiwali w rowerowe wdzianka i pędzili do którejś górskiej kolejki. Zazwyczaj wybierali te najbliższe, tym bardziej że kursują do godz. 17, a czasem tylko do 16.
Z tuzina kolejek w dolinie Zillertal jedynie dwie nie zabierają rowerów - startująca w Mayrhofen Ahornbahn oraz krzesełka Furstalmbahn. Czasem obsługa zastrzega, że nie załaduje "downhillów", ale Jasiowi który mawia, że ma rower "z pogranicza", za każdym razem udało się przetransportować go na górę.
Okolice przecina wiele dość szerokich ścieżek wspólnych dla pieszych i rowerzystów. Są dobrze oznakowane i trudno na nich zabłądzić. Łatwo natomiast o spotkanie ze stadem krów, czasem w towarzystwie byka. Słychać je z daleka, bo na szyjach mają dzwonki, ba, dzwony! Ponoć chętnie pozują do zdjęć i nie wchodzą pod koła. Śmiało można się więc rozpędzić, jeśli akurat nie mija się przepaści - jak opowiadały rozemocjonowane dzieci.
Stan rowerów i garderoby świadczył o znakomitej zabawie. Wracali ubłoceni od stóp do głów. Trochę bolały ich ramiona i dłonie, ale przecież zjeżdżali kilkanaście kilometrów w dół, nieraz bardzo ostro.
Nie towarzyszyłam im w tych wyprawach nie tylko dlatego, że ktoś musiał zająć się kuchnią. Otóż jeszcze podczas jazdy przez Czechy jeden rower "zgubił" część dampera (tylny amortyzator). Nasz błąd - nie sprawdziliśmy, czy jest dokręcony. W serwisie nie potrafili nam pomóc, rower stał więc w garażu, bezużyteczny (najbardziej żałował Jurek, który miał wielką ochotę na zjazdy).
***
Nikomu nie chciało się wracać do domu - tyle szlaków zostało jeszcze do spenetrowania! Na pożegnanie z Tyrolem wybraliśmy się do urządzonego we wnętrzu lodowca Natur Eis Palast, na lewo od górnej stacji Gletscherbus 3, tam, gdzie kończy się zjazd na oponach (rozrywka i dla dzieci, i dla dorosłych, sunie się po specjalnym torze zabezpieczonym siatką).
Ścieżka w dół wiedzie do niedużej dziury w śniegu. Spacer po lodowej jaskini trwa trzy kwadranse, odbywa się go w kaskach i rakach, w towarzystwie przewodnika. Nasz był bardzo rozmowny, tyle że mówił po niemiecku, więc rozumieliśmy co dziesiąte słowo. Za to mieliśmy czas, żeby się dobrze rozejrzeć. W Natur Eis Palast lód przybiera niesamowite formy - tu zwisa, tam sterczy, gładki bądź chropowaty, biały lub przezroczysty. Przeciskaliśmy się przez wąskie przejścia, wspinali i schodzili po drabinie, a dzieci sprawdzały, czy działają telefony komórkowe (tak, w lodowcu jest zasięg!).
- Wetter scheise - narzekał nasz gospodarz. - Nie dopisuje pogoda tego lata. Najładniej było w kwietniu i maju, od tamtego czasu tylko Wasser, Wasser, zu viel Wasser...
Mamy ogromną ochotę sprawdzić, jaka będzie wiosna w Tyrolu. A może nawet ta zima?
*Ewa Stanek jest dziennikarką RMF Classic
Co gdzie i jak
• Kwatera. Najlepiej wybrać taką, w której jest elektryczny kaloryfer do suszenia butów, a przy okazji także czapek, spodni i rękawiczek (nadziewa się je na metalowe „konary”) - na lodowcu latem rzeczy nasiąkają wodą nawet gdy nie pada i jeździ się, unikając wywrotek. Ja szukałam też lokum niedaleko stacji, które pomieści pięć osób, za rozsądną cenę. Znalazłam Haus Josef w Juns, wiosce niedaleko ośrodka Hintertuxer Gletscher. Za liczący 70 m kw. w pełni wyposażony apartament (od tarki po zmywarkę) złożony z dwóch pokojów, mieszkalnej wielkiej kuchni, toalety i łazienki płaciliśmy 68 euro za dobę.
www.tux.at
• Bilety. Czterodniowy skipass: dorośli - 118 euro, dzieci urodzone między 1994 a 2003 r. - 59, młodsi - gratis. Natur Eis Palast: dorośli - 8 euro, dzieci (minimalny wiek - 8 lat) - 4; wejścia co godzinę od 10.30 do 14.30.
• Zillertal Card. Warto ją kupić, jeśli nie ograniczamy się do narciarstwa. Pozwala m.in. na wjazd jedną kolejką dziennie (góra/dół), wejście każdego dnia na jeden z sześciu odkrytych basenów, korzystanie z komunikacji. Najkrótsza opcja, 6-dniowa, kosztuje 48 euro (dzieci - 24). Jeśli kartę kupią rodzice, wszystkie dzieci są zwolnione z opłat.
- hotele
- loty
- Oferty Booking.com
- Oferty FRU.PL
Podróże.gazeta.pl na Facebooku
Aktualna oferta

Podróżuj z nami co tydzień.
Przykładowy newsletterZaplanuj wakacje
Polska na weekend
Kontakt z redakcją
- ul. Czerska 8/10
- 00-732 Warszawa
- redakcja.podroze@gazeta.pl















