Barbara Korczak*, dyplomowany pedagog

Serce zostało w małopolskiej wiosce Łomna niedaleko miasteczka Nowy Wiśnicz (z pięknym zamkiem Lubomirskich)
Wracam tam, do miejsca mego urodzenia, by spotkać rodzinę, serdecznych przyjaciół, pośpiewać przy ognisku, powspominać wakacje z czasów dzieciństwa i młodości. Wtedy, jak wiadomo, wszystko smakowało lepiej, a wioska - wówczas jeszcze bez elektryczności - przyjezdnym jawiła się jako sielanka.

Najlepsze wakacje.

to spontaniczna "składanka urlopowa" w kwietniu tego roku. Od Paryża przez Drezno, Śląsk, Małopolskę do Warszawy. Paryż zwiedziłam po raz ósmy od czasu, gdy byłam tam na początku lat 80. (w Luwrze z zapałem fotografowałam obrazy i rzeźby, by je później pokazać moim uczniom). Potem było Drezno, które widziałam po raz pierwszy. Byłam mile zaskoczona jakością hotelu, komunikacją miejską, ogólnym wyglądem miasta i jego wspaniale odnowionymi zabytkami. W programie był naturalnie pałac Zwinger z czasów Augusta Mocnego, Semper Oper, Frauenkirche (odbudowany ze składek całego narodu i przy pomocy UE). Zwiedziliśmy też pałac myśliwski Moritzburg poza miastem, z pięknymi tapetami z malowanej skóry i baldachimem z milionów piór egzotycznych ptaków. A w Saksońskiej Szwajcarii podziwialiśmy śmiałków wspinających się na 70-metrowe skały wznoszące się malowniczo nad Łabą...

Niezapomniany dzień.

wiąże się z pobytem w Australii w 2007 r. Nasi przyjaciele zaplanowali bardzo bogaty program zwiedzania. Najpierw przepiękne Sydney widziane z różnych perspektyw: od strony portu, ze statku, z wieży telewizyjnej, podczas spacerów po uliczkach Rocks. Potem pojechaliśmy w stronę Blue Mountains (70 km od miasta), podziwiając po drodze wzgórza porośnięte biało-zielonymi eukaliptusami. Sterczały tam i szaroczarne drzewka, odradzając się po niedawnym pożarze. Zapowiadał się pogodny dzień, ostre słońce i ani jednej chmurki. O górach, które mieliśmy wkrótce zobaczyć, przeczytałam sporo w przewodnikach, a koleżanka obiecywała niezapomniane wrażenia. No i były... Gdy dotarliśmy na miejsce, otoczyła nas mgła tak gęsta, że nie było widać nawet zarysu gór (o kolorach nie wspominając). Z punktu widokowego dojrzeliśmy tylko tłum turystów wysiadających z autokarów i rozczarowanych tak samo jak my.

Wróciliśmy w to miejsce po tygodniu. Przed nami roztaczał się widok, którego nie da się opisać: wielka przestrzeń i różnorodne odcienie zieleni i błękitu (eukaliptusy, wydzielając olejki eteryczne, wywołują niebieską mgiełkę na horyzoncie). Do skał Three Sisters wędrowaliśmy wspaniałymi szlakami wśród drzewiastych paproci, mijając pozostałości dawnych kopalni węgla. Korzystaliśmy też z kolejek linowych, z których jedna była prawdziwie diabelska, jak w lunaparku.

Podróżuję z.

mężem, czasem ze znajomymi. Wybieramy nowe trasy, ale też jeździmy do miejsc już sprawdzonych. Hotele rezerwujemy via internet lub wybieramy spontanicznie, co na ogół, zwłaszcza w USA, nie stanowi problemu. Jednak w Europie, podczas wakacji w Holandii i Belgii, musieliśmy raz spędzić noc w samochodzie, a raz w najdroższym hotelu w okolicy.

Podczas podróży lubię nie tylko zwiedzać interesujące miejsca, podziwiać widoki, ale także robić zakupy. Przed kilku laty spodobały mi się bardzo amerykańskie outlety i cieszę się, że coraz ich więcej w Europie.

Pamiątki z wakacji...

przywożę z sieci restauracji i sklepów Hard Rock Café. Kupuję koszulki z logo miasta i gitary-broszki, które kolekcjonuję od lat (liczą się naprawdę te, które sama kupiłam). Potrafię przejść przez całe nieznane miasto, by dotrzeć do Hard Rock. Nagrodą dla męża jest wypicie piwa w barze muzycznej kawiarni i pooglądanie prawdziwych pamiątek po wspaniałych muzykach rockowych.

Na wyprawę zabieram.

aparat fotograficzny Nikon. Fotografujemy nie tylko krajobrazy, ale też scenki uliczne. Po powrocie oglądamy je w komputerze, sortujemy, opisujemy i prezentujemy podczas spotkań ze znajomymi (fotografujemy czasem specjalnie dla nich - np. dla jednych orchidee w Singapurze, a dla innych wille na Florydzie). Tęsknię jednak czasem do zdjęć wywołanych z klisz i wklejanych do albumów, które zawierały także bilety do muzeów, foldery, piórka czy zasuszone kwiatki.

Niebo w gębie to.

kremówki i kawa w kawiarni Nowopolskiego w krakowskich Sukiennicach. W Krakowie jadłam też najlepsze naleśniki w barze mlecznym na Grodzkiej (trzeba tam iść dość wcześnie, by móc coś wybrać z bogatego jadłospisu; ceny bezkonkurencyjne, widać nie tylko wycieczki szkolne, ale także starą inteligencję krakowską). Nad Bałtykiem smacznie jada się w restauracji Maszoperia na Helu, warto też wypić tam kawę, siedząc przy płonącym kominku.

W Polsce lubię.

wspomniane już podgórskie tereny Małopolski, niezmiennie ukochany i uroczy Kraków, w którym studiowałam, oraz Warszawę, w której mieszkałam i pracowałam do czasu wyjazdu z kraju w latach 80. Do stolicy wpadam teraz na kilka dni - by zobaczyć najnowsze sztuki teatralne, pospacerować po Łazienkach - i zmykam, gdyż wielkomiejski ruch i hałas zbytnio mnie meczą (i jest tu drożej niż w innych miastach). Lubię też Hel - przed sezonem i po nim - kiedy pobyt nie jest tak kosztowny jak latem, a za to jodu jest o wiele więcej. Można spacerować godzinami szeroką plażą do Jastarni, a gdy wieje silny wiatr od morza, zejść na ścieżką nad Zatoką Pucką. Lubię też wycieczki rowerowe po ścieżkach i leśnych drogach prowadzących na Hel bądź do Władysławowa (można tam zjeść wspaniałe smażone ryby!). Tereny nadmorskie odkryłam dość późno, ale nabieram do nich coraz więcej sympatii. Tym bardziej że wciąż zmieniają się na lepsze - coraz więcej nowych dróg i szlaków turystycznych, odnowionych pałacyków i dworków...

Nie mam ochoty na urlop...

w jednym miejscu, na wylegiwanie się na plaży czy włóczenie się po knajpach. Szkoda mi na to czasu.

*Barbara Korczak mieszka w Niemczech, od 1987 r. kieruje ośrodkami dla uchodźców politycznych. Prowadzi też projekty związane z niesieniem pomocy dla uchodźców w Niemczech i Austrii, współpracując przy tym z instytucjami w Polsce