Jachtem w Finlandii. Zosia wypatruje znaków
13.07.2009
, aktualizacja: 09.07.2009 12:18
Zbaczając z utartych szlaków, odkrywaliśmy dzikie wysepki, łowiliśmy ryby, pływaliśmy w czystych, ciepłych jeziorach
ZOBACZ TAKŻE
- Helsinki. Kaskady Wazy (27-07-09, 15:00)
- Wakacje z nauką i pracą. Zostań żeglarzem (18-05-09, 16:24)
- Weekend pod żaglami. Antilą po Jezioraku (18-05-09, 12:24)
- Rejs po Adriatyku. 4 ojców, 4 córki i Bawaria 34 (21-04-08, 13:01)
- Czym do Finlandii (01-05-07, 00:00)
Kilka lat temu natknąłem się w internecie na ofertę wypożyczalni jachtów żaglowych i motorowych w Krainie Wielkich Jezior. Niewiele się zastanawiając, wspólnie z żoną i dziećmi - Wandą (4 lata), Jasiem (10) i Zosią (15) - podjęliśmy decyzję o wyprawie. Ale poza pływaniem na małej żaglówce i desce windsurfingowej nie mieliśmy żadnych doświadczeń żeglarskich. Po rozmowach z bardziej doświadczonymi znajomymi wynajęliśmy jacht motorowy. Pozostało jeszcze tylko zdobyć patent sternika motorowodnego, co okazało się proste - kilka godzin kursu teoretycznego i ok. 45 min pływania malutką motorówką po jeziorze Malta w Poznaniu załatwiło sprawę.
Zarezerwowaliśmy jacht przez internet, wybierając nie najnowszą (niższa cena), ale prezentującą się całkiem okazale jednostkę o wdzięcznej nazwie Armi.
***
Do Finlandii popłynęliśmy promem Finjet obsługującym trasę z niemieckiego portu Rostock do Helsinek. Po przybyciu do wypożyczalni jachtów (ok. 300 km od Helsinek) i wstępnych formalnościach zeszliśmy na nadbrzeże, aby zapoznać się z naszym pływającym domem. Zaskoczyła mnie wielkość Armiego: długość ponad 12 m, szerokość 3,5 m i zanurzenie 1,2 m, jako napęd służył silnik Diesla o mocy 120 KM pozwalający rozwinąć prędkość ok. 10 węzłów. Łódka miała trzy kajuty sypialne, w pełni wyposażoną kuchnię z lodówką gazowo-elektryczną, łazienkę z ciepłą wodą, toaletę, mostek połączony z dużym salonem (z ogrzewania typu Webasto nie korzystaliśmy, gdyż było bardzo ciepło). Wyposażenie nawigacyjne obejmowało komplet map nautycznych, busolę, GPS, krótkofalówkę i lornetkę. Dodatkowy punkt sterowania, ze zwykłym rumplem, a nie kołem sterowym znajdował się na pokładzie. Armim mogłoby podróżować całkiem wygodnie nawet osiem osób.
Po zaokrętowaniu się i posiłku właściciel pozwolił nam odbyć rundę próbną, mówiąc, że łódka jest nasza przez najbliższe dwa tygodnie i jeżeli chcemy, możemy przez cały ten czas cumować przy jego pomoście.
Poprosiłem Zosię o pomoc w nawigacji i wypatrywaniu przeszkód. Odpaliłem silnik i wycofałem łódkę na zatoczkę. Okazało się, że Armi ma duże luzy na kole sterowym i reaguje z pewnym opóźnieniem na jego ruchy, a ja nie mam wprawy w manewrowaniu dużą jednostką - nasz rejs zaczął się więc zygzakiem. Po kilku minutach doszedłem z Armim do porozumienia i poruszaliśmy się z grubsza w obranym kierunku. Ale trwało to tylko chwilę. Nagle wydało mi się, że ze wszystkich stron otaczają nas znaki nawigacyjne ostrzegające przed podwodnymi przeszkodami. Wpadłem w panikę, pomieszały mi się strony świata i gdyby nie pomoc mojej dzielnej nawigatorki, nasza wyprawa mogłaby się zakończyć szybciej, niż planowaliśmy.
Postanowiliśmy wracać do portu. W powrotnej drodze mieliśmy małą przygodę z kutrem rybackim płynącym przeciwnym kursem. Tak długo ustępowaliśmy sobie nawzajem drogi, że nasze burty minęły się o jakieś 10 cm!
Po wpłynięciu do zatoczki z pomostem do cumowania pozostało już tylko zgrabnie i delikatnie przybić do pomostu. Udało się za trzecim razem...
Następna noc była jedną z najgorszych w moim życiu. Zdawałem sobie sprawę, że nie mam kwalifikacji do kierowania tak dużą łodzią oraz bardzo mierne umiejętności nawigacyjne. Rano podjąłem decyzję - wypożyczyłem od właściciela małą łódkę, tzw. bączka, i wciągnąłem na pokład, zamiast przywiązać z tyłu na holu, jak się zwykle robi. Zawsze było to jakieś zabezpieczenie na wypadek zatonięcia Armiego po kolizji z podwodną skałą (co prawda w cenie wypożyczenia łódki jest jej ubezpieczenie).
***
Z duszami na ramieniu wypłynęliśmy z porciku, a potem z zatoki na otwarte jezioro. Pogoda była ładna, dużo miejsca na manewry. Zosia obserwowała przez lornetkę trasę, wypatrując znaków nawigacyjnych. Tor wodny jest doskonale oznakowany, bo po fińskich jeziorach pływają duże statki, nawet o nośności kilku tysięcy ton.
Rozpoczęliśmy jedne z naszych najlepszych rodzinnych wakacji. Przepłynęliśmy Armim pętlę z Savonlinny przez Varkaus, Kuopio do Iisalmi i z powrotem do Kuopio, dalej przez Vehmersalmi i Heinävesi z powrotem do Savonlinny - łącznie ponad 1 tys. km.
Po oswojeniu się ze sterowaniem i zasadami nawigacji nie mieliśmy żadnych kłopotów ani niebezpiecznych sytuacji.
Cały czas towarzyszyła nam przepiękna przyroda i wspaniała pogoda. Upały dochodziły do 30 stopni, więc woda w jeziorach była bardzo ciepła, wyśmienita do częstych kąpieli, nawet na środku jeziora, choć oczywiście zdarzały się przelotne opady i burze.
Innym pozytywnym zaskoczeniem była bardzo mała liczba komarów. Z Polski zabraliśmy dużo repelentów, specjalnych świeczek i odstraszaczy, ale prawie wszystko przywieźliśmy z powrotem. Nieliczne komary pojawiały się tylko wieczorami, a na łódce w ogóle nam nie dokuczały.
Przyjęliśmy zasadę, że nigdzie się nam nie spieszy, więc pływaliśmy trzy-cztery godziny dziennie, zatrzymując się lub zbaczając z wyznaczonej trasy, kiedy tylko mieliśmy na to ochotę. Eksplorowaliśmy napotkane wyspy i inne dzikie miejsca. Pozostały czas spędzaliśmy, czytając książki, łowiąc ryby, kąpiąc się w nagrzanej słońcem wodzie. Wieczorami po smacznej kolacji (własnoręcznie złowione ryby + wino + jagody i maliny) Zosia grała na gitarze i śpiewaliśmy piosenki Wojtka Bellona i Iwony Piaseckiej.
***
Zwiedzaliśmy też napotkane miejscowości. Godna polecenia jest zwłaszcza Savonlinna, przepiękne miasto położone pomiędzy jeziorami. Do głównych atrakcji zalicza się wspaniały zamek oraz muzeum statków towarowych i pasażerskich. Latem odbywa się tu sławny Finland's Savonlinna Festival.
Najpiękniejszy postój mieliśmy w drodze powrotnej na bezludnej wysepce na jeziorze Suvasvesi. Miała kształt litery C z wewnętrzną zatoczką przypominającą lagunę. Kiedy udało mi się wcisnąć Armiego do środka zatoczki, przycumowaliśmy do skał i drzew z jej dwóch przeciwnych stron. Spędziliśmy tam cudowne dwa dni, paląc ognisko, skacząc z urwiska do wody, zbierając jagody, łowiąc ryby i leniuchując. Wysepkę pokrywał sosnowy bór, wybrzeże było bardzo skaliste.
Finowie przywiązują dużą wagę do ochrony środowiska naturalnego. Na brzegach nie ma śmieci, woda w jeziorach i rzekach jest czysta. Wszystkie toalety na łódkach muszą być wyposażone w zamknięte zbiorniki na odchody. Zbiorników absolutnie nie wolno opróżniać do wody, nawet z daleka od brzegów - we wszystkich portach i marinach są duże zbiorniki-szamba wyposażone w pompy elektryczne lub ręczne, gdzie bezpłatnie można pozbyć się zawartości toalet.
Zarezerwowaliśmy jacht przez internet, wybierając nie najnowszą (niższa cena), ale prezentującą się całkiem okazale jednostkę o wdzięcznej nazwie Armi.
***
Do Finlandii popłynęliśmy promem Finjet obsługującym trasę z niemieckiego portu Rostock do Helsinek. Po przybyciu do wypożyczalni jachtów (ok. 300 km od Helsinek) i wstępnych formalnościach zeszliśmy na nadbrzeże, aby zapoznać się z naszym pływającym domem. Zaskoczyła mnie wielkość Armiego: długość ponad 12 m, szerokość 3,5 m i zanurzenie 1,2 m, jako napęd służył silnik Diesla o mocy 120 KM pozwalający rozwinąć prędkość ok. 10 węzłów. Łódka miała trzy kajuty sypialne, w pełni wyposażoną kuchnię z lodówką gazowo-elektryczną, łazienkę z ciepłą wodą, toaletę, mostek połączony z dużym salonem (z ogrzewania typu Webasto nie korzystaliśmy, gdyż było bardzo ciepło). Wyposażenie nawigacyjne obejmowało komplet map nautycznych, busolę, GPS, krótkofalówkę i lornetkę. Dodatkowy punkt sterowania, ze zwykłym rumplem, a nie kołem sterowym znajdował się na pokładzie. Armim mogłoby podróżować całkiem wygodnie nawet osiem osób.
Po zaokrętowaniu się i posiłku właściciel pozwolił nam odbyć rundę próbną, mówiąc, że łódka jest nasza przez najbliższe dwa tygodnie i jeżeli chcemy, możemy przez cały ten czas cumować przy jego pomoście.
Poprosiłem Zosię o pomoc w nawigacji i wypatrywaniu przeszkód. Odpaliłem silnik i wycofałem łódkę na zatoczkę. Okazało się, że Armi ma duże luzy na kole sterowym i reaguje z pewnym opóźnieniem na jego ruchy, a ja nie mam wprawy w manewrowaniu dużą jednostką - nasz rejs zaczął się więc zygzakiem. Po kilku minutach doszedłem z Armim do porozumienia i poruszaliśmy się z grubsza w obranym kierunku. Ale trwało to tylko chwilę. Nagle wydało mi się, że ze wszystkich stron otaczają nas znaki nawigacyjne ostrzegające przed podwodnymi przeszkodami. Wpadłem w panikę, pomieszały mi się strony świata i gdyby nie pomoc mojej dzielnej nawigatorki, nasza wyprawa mogłaby się zakończyć szybciej, niż planowaliśmy.
Postanowiliśmy wracać do portu. W powrotnej drodze mieliśmy małą przygodę z kutrem rybackim płynącym przeciwnym kursem. Tak długo ustępowaliśmy sobie nawzajem drogi, że nasze burty minęły się o jakieś 10 cm!
Po wpłynięciu do zatoczki z pomostem do cumowania pozostało już tylko zgrabnie i delikatnie przybić do pomostu. Udało się za trzecim razem...
Następna noc była jedną z najgorszych w moim życiu. Zdawałem sobie sprawę, że nie mam kwalifikacji do kierowania tak dużą łodzią oraz bardzo mierne umiejętności nawigacyjne. Rano podjąłem decyzję - wypożyczyłem od właściciela małą łódkę, tzw. bączka, i wciągnąłem na pokład, zamiast przywiązać z tyłu na holu, jak się zwykle robi. Zawsze było to jakieś zabezpieczenie na wypadek zatonięcia Armiego po kolizji z podwodną skałą (co prawda w cenie wypożyczenia łódki jest jej ubezpieczenie).
***
Z duszami na ramieniu wypłynęliśmy z porciku, a potem z zatoki na otwarte jezioro. Pogoda była ładna, dużo miejsca na manewry. Zosia obserwowała przez lornetkę trasę, wypatrując znaków nawigacyjnych. Tor wodny jest doskonale oznakowany, bo po fińskich jeziorach pływają duże statki, nawet o nośności kilku tysięcy ton.
Rozpoczęliśmy jedne z naszych najlepszych rodzinnych wakacji. Przepłynęliśmy Armim pętlę z Savonlinny przez Varkaus, Kuopio do Iisalmi i z powrotem do Kuopio, dalej przez Vehmersalmi i Heinävesi z powrotem do Savonlinny - łącznie ponad 1 tys. km.
Po oswojeniu się ze sterowaniem i zasadami nawigacji nie mieliśmy żadnych kłopotów ani niebezpiecznych sytuacji.
Cały czas towarzyszyła nam przepiękna przyroda i wspaniała pogoda. Upały dochodziły do 30 stopni, więc woda w jeziorach była bardzo ciepła, wyśmienita do częstych kąpieli, nawet na środku jeziora, choć oczywiście zdarzały się przelotne opady i burze.
Innym pozytywnym zaskoczeniem była bardzo mała liczba komarów. Z Polski zabraliśmy dużo repelentów, specjalnych świeczek i odstraszaczy, ale prawie wszystko przywieźliśmy z powrotem. Nieliczne komary pojawiały się tylko wieczorami, a na łódce w ogóle nam nie dokuczały.
Przyjęliśmy zasadę, że nigdzie się nam nie spieszy, więc pływaliśmy trzy-cztery godziny dziennie, zatrzymując się lub zbaczając z wyznaczonej trasy, kiedy tylko mieliśmy na to ochotę. Eksplorowaliśmy napotkane wyspy i inne dzikie miejsca. Pozostały czas spędzaliśmy, czytając książki, łowiąc ryby, kąpiąc się w nagrzanej słońcem wodzie. Wieczorami po smacznej kolacji (własnoręcznie złowione ryby + wino + jagody i maliny) Zosia grała na gitarze i śpiewaliśmy piosenki Wojtka Bellona i Iwony Piaseckiej.
***
Zwiedzaliśmy też napotkane miejscowości. Godna polecenia jest zwłaszcza Savonlinna, przepiękne miasto położone pomiędzy jeziorami. Do głównych atrakcji zalicza się wspaniały zamek oraz muzeum statków towarowych i pasażerskich. Latem odbywa się tu sławny Finland's Savonlinna Festival.
Najpiękniejszy postój mieliśmy w drodze powrotnej na bezludnej wysepce na jeziorze Suvasvesi. Miała kształt litery C z wewnętrzną zatoczką przypominającą lagunę. Kiedy udało mi się wcisnąć Armiego do środka zatoczki, przycumowaliśmy do skał i drzew z jej dwóch przeciwnych stron. Spędziliśmy tam cudowne dwa dni, paląc ognisko, skacząc z urwiska do wody, zbierając jagody, łowiąc ryby i leniuchując. Wysepkę pokrywał sosnowy bór, wybrzeże było bardzo skaliste.
Finowie przywiązują dużą wagę do ochrony środowiska naturalnego. Na brzegach nie ma śmieci, woda w jeziorach i rzekach jest czysta. Wszystkie toalety na łódkach muszą być wyposażone w zamknięte zbiorniki na odchody. Zbiorników absolutnie nie wolno opróżniać do wody, nawet z daleka od brzegów - we wszystkich portach i marinach są duże zbiorniki-szamba wyposażone w pompy elektryczne lub ręczne, gdzie bezpłatnie można pozbyć się zawartości toalet.
1
2
następne »
- hotele
- loty
- Oferty Booking.com
- Oferty FRU.PL
Podróże.gazeta.pl na Facebooku
Aktualna oferta

Podróżuj z nami co tydzień.
Przykładowy newsletterZaplanuj wakacje
Polska na weekend
Kontakt z redakcją
- ul. Czerska 8/10
- 00-732 Warszawa
- redakcja.podroze@gazeta.pl















