Z pasją o podróżach, wycieczkach i wyjazdach

Baba, wiata, koniec świata. Kajakiem po Bugu

  • Pin It
Witold Szabłowski
06.07.2009 , aktualizacja: 07.07.2009 11:36
A A A Drukuj
Lucek płynie w stronę Białorusi w porannej mgle Fot. Katarzyna Cegłowska Lucek płynie w stronę Białorusi w porannej mgle
Nocleg w Sławatyczach dostarczył nam wszystkiego, co nad Bugiem najpiękniejsze
Biwak na granicznym Bugu w okolicach wsi Bubel
Fot. Katarzyna Cegłowska
Biwak na granicznym Bugu w okolicach wsi Bubel
Łabędź zrywa się do lotu
Fot. Katarzyna Cegłowska
Łabędź zrywa się do lotu
Wędkarz w okolicach Janowca
Fot. Katarzyna Cegłowska
Wędkarz w okolicach Janowca
Statek wycieczkowy w Serpelicach
Fot. Katarzyna Cegłowska
Statek wycieczkowy w Serpelicach
Nawigacja po Bugu odbywa się według ponumerowanych słupków granicznych
Fot. Katarzyna Cegłowska
Nawigacja po Bugu odbywa się według ponumerowanych słupków granicznych
Lucek po zdanym egzaminie zmieścił się w worku żeglarskim
Fot. Katarzyna Cegłowska
Lucek po zdanym egzaminie zmieścił się w worku żeglarskim
Pół wieku temu wąsaty Gruzin z gębą usianą dziurami po ospie zdecydował, że granica Polski z ZSRR oprze się o rzekę Bug. Dzięki temu Bug nie był nigdy regulowany i jest dziś jedną z najdzikszych rzek Europy. Na jego prawym brzegu można spotkać relikty z czasów ZSRR: strażników granicznych w czapkach w kształcie anten satelitarnych. Przyroda jest dzika i nieokiełznana, co ma swoje wady. Znalezienie wypożyczalni kajaków na granicznym odcinku Bugu mogłoby być zadaniem dla piątego Terminatora. Zwykły śmiertelnik szanse ma małe - wybierając się tam, kupiłem więc kajak dmuchany.

***

Zasada nr 1: nigdy nie pytajcie policjanta, czy można rozbić namiot pod dworcem kolejowym. My popełniliśmy ten błąd w przygranicznym Terespolu. Pan władza spojrzał z ukosa i powiedział, że możemy spać na dworcu. Hmmm... twarda ławka, jarzeniowe światło, rozkręcone na cały regulator radyjko w kantorze. Podziękowaliśmy za te luksusy. Lojalnie uprzedził, że jeśli zobaczy namiot, wlepi nam mandat za niszczenie zieleni.

Rozbijałem namioty w różnych dziwnych miejscach i gotów byłem zaryzykować. Ale Zbyszek, mój przyjaciel i kompan, czuł już zew natury. Poza tym umiał o godz. 1.30 w nocy załatwić transport. Że nie jest to łatwe, pisał już sto lat temu słynny etnograf Zygmunt Gloger w książce „Dolinami rzek" (wyd. Warszawa 1903). Spływając Bugiem, po nocy spędzonej w Terespolu też szukał przewoźnika: „Pierwszego wychodzącego na ulicę zaspanego żydka zapytaliśmy, gdzie tu mieszkają przewoźnicy. Żydek podrapał się w zapierzoną głowę, poruszył łopatkami i karkiem, a potem ziewając, otworzył usta tak szeroko, iż przypomniał mi z lat dziecinnych pewien obrazek z » Magazynu Powszechnego «, przedstawiający, jak wąż boa przybiera się do połknięcia barana - poczem zapytał zdziwiony: do czego nam potrzebni przewoźnicy, kiedy na Bugu są mosty?".

Nam nikt nie zadawał zbędnych pytań. Namiary na pana Józka, właściciela mercedesa-beczki, Zbyszek dostał w przyklejonym do dworca całodobowym sklepie mięsnym. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że takich nietypowych sklepów było w Terespolu kilkanaście - Białorusini uważają nasze wędliny za dużo lepsze od swoich i masowo przyjeżdżali na zakupy. Wszystko urwało się, gdy weszliśmy do Schengen. Naszym sąsiadom coraz trudniej o polską wizę, terespolskim sklepikarzom coraz trudniej o zysk.

- Co za cholera ten Schengen - nie mógł się nadziwić pan Józek. - Jak go kiedy panowie spotkacie, to nakopcie mu w tyłek. Jak tak można ludzi od siebie oddzielać? - pytał retorycznie, a jego mercedes-beczka raźno podskakiwał na nadbużańskich wertepach.

Graniczny odcinek Bugu to ok. 150 km między Polską, Ukrainą i Białorusią. Przepłynęliśmy z tego połowę: między Polską a krajem Aleksandra Łukaszenki.

- Kajak? Musi pan mieć pozwolenie ministra - zakomunikował mi dyżurny pogranicznik z Janowa Podlaskiego.

Zaprzyjaźnieni mistrzowie kajakarstwa też tak uważali. Byli w błędzie. Od roku, żeby spłynąć kajakiem, złowić rybkę czy pomoczyć nogi w Bugu, nie trzeba żadnych pozwoleń. Wystarczy obdzwonić placówki straży granicznej i poinformować, co i gdzie będziemy robić. W wypadku granicznego odcinka spływu było to aż sześć placówek. Ale straż okazała się bardzo pomocna.

- U nas bobry zrobiły żeremie. Rzeka wychodzi na Białoruś. Przenieście panowie ten kajaczek, żeby nie było problemów - ostrzega pierwsza placówka.

- U nas sąsiedzi bardzo pilnują. Nie podpływajcie, bo będziemy was wyciągać przez ambasadę - ostrzega druga.

Pogranicznicy z Terespola przez telefon tłumaczą, gdzie wysiąść z kajaka, żeby nie wpłynąć na Białoruś. Ich koledzy z Kodnia osobiście rezerwują nam nocleg i kolację w ośrodku wypoczynkowym.

Przez sześć dni spływu straż jest nam ojcem i matką. Codziennie wieczorem, przed otworzeniem butelki z wiśniówką, telefonicznie melduję matce straży, gdzie śpimy. Codziennie rano, zanim umyję zęby, dzwonię, żeby powiedzieć, kiedy ruszamy.

Dlaczego straż jest tak familiarna, wytłumaczył nam pan Tomek, wędkarz z Chełma: - Do niedawna traktowali i wędkarzy, i kajakarzy jak wrogów. Dopiero Unia ich nauczyła: gdzie jest wędkarz albo kajak, nikt nie będzie uprawiał przemytu! Dla nich to jak zatrudnienie tysiąca dodatkowych ludzi.

- To u nas teraz prawdziwa Europa - kiwamy ze Zbyszkiem głowami.

***

Beczka pana Józka dowozi nas do Włodawy. Rozbijamy się na dziko nad samą rzeką i idziemy spać. Rano z namiotu podziwiamy cebule cerkwi Narodzenia Najświętszej Maryi Panny z XIX w. A idąc do sklepu po bułki, oglądamy piękną barokową synagogę ufundowaną przez Czartoryskich w XVIII w. Od wojny do lat 70. była magazynem, dziś jest muzeum z kolekcją judaików. Szkoda tylko, że wszystkie te zabytki oglądamy opatuleni w deszczoodporne płaszcze. Popijając oranżadę w sklepie niedaleko rynku, patrzymy, jak nad białoruskimi drzewami biją pioruny. - Tam zawsze te pioruny jakieś większe - mówi filozoficznie sprzedawczyni. - Spokojnie, panowie, do końca tygodnia przejdzie.

Na szczęście przeszło już po godzinie. Rzeka rwie się do jazdy jak bolid Formuły 1. Chrzcimy mój nowy kajak imieniem Lucek, kropimy obficie wiśniówką i ruszamy.

Lucek naprawdę nazywa się pointer K-2, zrobiła go w Chinach amerykańska firma Sevylor. Kupiłem go po wielu rozmowach z kolegami, którzy zjedli zęby na kajakach i których uważam za mistrzów tego sportu. Nie miałem dotąd zaufania do niczego, co jest klejone. Wytłumaczono mi jednak, że od kiedy na polskich jeziorach królowały polskie kajaki marki Rekin, sztuka klejenia gumy poszła lata świetlne do przodu.

Lucek był dla budżetu domowego sporym wydatkiem, ceny dmuchawców startują jednak już od 200 zł (za tyle można kupić kajak w supermarkecie). Taką samą jakość można jednak uzyskać, sklejając worek na śmieci i starą oponę. Kajak, którym można wypłynąć na rzekę, kosztuje od 600 zł w górę. Według mojej wiedzy sevylory mają najlepszy stosunek ceny do jakości (niezłe są też czeskie gumoteus, ale to wydatek co najmniej 3,5 tys. zł).

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • Baba, wiata, koniec świata. Kajakiem po Bugu 10.ewelina 08.07.09, 09:26

    oo w gazecie jest zdjęcie statku mojego ojcato ten kuriozalny statek wycieczkowy:)jak ktoś chce go zobaczyć life to zapraszam do ośrodka www.urocza.plzresztą to faktycznie ładne »

  • Baba, wiata, koniec świata. Kajakiem po Bugu d.maskator 19.07.09, 09:54

    Z dzieciństwa nadbużańskiego pamiętam spływy kajakowe organizowane przez PTTKczy inna instytucję - 50 kajaków, zorganizowane obozowiska, przewóz bagaży itd.Ale to było pod koniec lat 70 i »

  • Baba, wiata, koniec świata. Kajakiem po Bugu myszaq 19.07.09, 10:39

    bardzo ladny tekst. i tylko dwoch czy trzech nawiedzonych malkontentow wkomentarzach - niebywaly sukces!a swoja droga, to przez pewien czas mozna bylo komentowac wylacznie pozalogowaniu sie.»

  • hotele
  • loty
  • Oferty Booking.com
  • Oferty FRU.PL

Podróże.gazeta.pl na Facebooku

Aktualna oferta