Z pasją o podróżach, wycieczkach i wyjazdach

Tadeusz Rolke*, fotograf

  • Pin It
Rozmawiała: Alicja Dąbrowska
29.06.2009 , aktualizacja: 25.06.2009 16:43
A A A Drukuj
Serce zostało... na Sycylii. Ta wyspa działa bardzo intensywnie na wszystkie moje zmysły. To śródziemnomorska synteza smaków, zapachów, kolorów, dźwięków (ach, ten sycylijski język!)
Bar w Sferacavallo, 1974
Fot. Tadeusz Rolke
Bar w Sferacavallo, 1974
Tadeusz Rolke
Fot. Archiwum Tadeusza Rolkego
Tadeusz Rolke
Do tego wspaniały klimat - gorąco, ale nie wilgotno, upał, ale nie tropik. Jest też niezwykle zróżnicowana krajobrazowo: od gór, w których można kręcić westerny, po niziny podobne do tych wokół Pruszkowa. Tu plaże piaszczyste, tam kamieniste czy szutrowe albo urwiste skały schodzące wprost do morza i miasteczka przylepione do zboczy niczym plaster miodu. Sycylia to również niesamowita mieszanka kultur: żyli tu Egipcjanie, Celtowie, Grecy, Normanowie, Arabowie, Bizantyjczycy... Pozostały po nich niezwykłe zabytki - wystarczy wspomnieć choćby słynny Agrygent czy Monreale. Ludzie są tam niezwykle gościnni i bezinteresowni, choć często przecież biedni. Ale z tą biedą nie jest znowu tak źle. Fotografowałem kiedyś dzieci w obskurnej dzielnicy Palermo, gdzie wiele budynków było wprost zrujnowanych. Jednak gdy ich matki zapraszały mnie do domów - widziałem, że niczego im nie brakuje.

Pojechałem tam...

na początku lat 70., za sprawą austriackiej dziennikarki Barbary mieszkającej w Szwajcarii, którą poznałem w Hamburgu. Uznała, że jestem człowiekiem, którego od dawna szuka do teamu pisarz/fotograf. Przysłała mi bilet Hamburg - Palermo i... poleciałem. Już samo lądowanie jest niesamowite: wydaje się, że samolot wpada do morza, a po chwili - że leci wprost na ogromną, różową skałę. Temperatura afrykańska, rytmy spowolnione, nikomu się nie spieszy, prócz trąbiących kierowców. Po chwili w spowitym wieczornym upałem centrum pijemy chłodne białe wino... Potem przejechałem całą wyspę koleją (niesłychana atrakcja!) i samochodem.

Niezapomniane dni...

miały miejsce podczas owej podróży z Barbarą, która chciała prześledzić legendę słynnego w latach 40. i 50. mafiosa Salvatore Giuliano. Podążyliśmy więc jego tropem po zachodniej Sycylii. Dotarliśmy też do domu, gdzie podobno go pojmano i zastrzelono, oraz na cmentarz, gdzie miał spoczywać. Cóż to było za miejsce! Na skale wśród gigantycznych cyprysów stały rodowe kapliczki, cicho i pusto, tylko my i stary dozorca znający na pamięć całą historię. Jego zdaniem Giuliano wcale nie zginął (zastrzelono kogoś innego, by policja miała ofiarę), tylko uciekł z zakochaną w nim Szwedką. Barbara z dozorcą rozmawiała, ja robiłem zdjęcia. Chcieliśmy już wracać do Palermo, ale zaprosił nas na kolację do swego domu w ogrodzie. Wtedy pierwszy raz w życiu jadłem świeże figi, zrywając je prosto z drzewa - niezrównany smak!

Barbara - jako korpulentna blondynka - bardzo podobała się sycylijskim mężczyznom. Pewnego dnia zaczepił nas jegomość, który uparł się, że pokaże nam Palermo. Wsiedliśmy więc w dorożkę i zrobiliśmy rundę po mieście, zahaczając też o słynny klasztor kapucynów, w którego katakumbach można oglądać tysiące zmumifikowanych zwłok...

Po jakimś czasie zostałem sam (Barbara udała się do swojej rodziny), zamieszkałem w najtańszym hoteliku przy piazza di Opera. Wieczorami zapuszczałem się w ciasne zaułki starej dzielnicy, gdzie nie zaglądają turyści. Pewnej nocy poznałem w barze ekscentrycznego Szkota, który osiadł na Sycylii (prywatne lekcje angielskiego pozwalały mu na skromniutkie życie). I tak zaczęła się moja niezwykła znajomość z Hugo Mc Iwanem. Nazajutrz zabrał mnie do Sferacavallo (12 km od Palermo) i przedstawił dwóm braciom - jeden był właścicielem plaży, drugi - baru. Jako "przyjaciel przyjaciela" od razu zyskałem ich względy. Od tego dnia jeździłem tam codziennie, mając wolny wstęp na plażę. Kąpałem się, czytałem, podglądałem poławiaczy krabów. Po południu, skończywszy lekcje, zjawiał się Hugo i zabierał mnie do lokali znanych tylko miejscowym, gdzie serwowano najtańsze wino i pizzę. Ponieważ znał włoski, także i ja przy nim radziłem sobie coraz lepiej, co zjednywało sympatię sycylijczyków. Któregoś razu Hugo opowiedział mi też o pewnej Polce, dziecku Holocaustu, która w dramatycznych okolicznościach trafiła na Sycylię. No, ale to już zupełnie inna historia...

Najlepsze wakacje spędziłem...

podróżując z żoną rok później, oczywiście po Sycylii. Przez pięć tygodni jeździliśmy volkswagenem busem, tzw. ogórkiem (kultowy wówczas samochód), w którym także spaliśmy. Odwiedziliśmy m.in. Selinunte - starożytne miasto greckie, niegdyś większe od Aten, olbrzymi teren wykopaliskowy. Miejscowy przewodnik uparł się, że nas oprowadzi. Ale byliśmy zbyt biedni, by go wynająć. Zwlekaliśmy z decyzją, aż kiedyś przyszedł do nas podczas śniadania i po prostu... zabrał na całodzienną wycieczkę po ruinach. Dowiedziałem się wtedy mnóstwa rzeczy o starożytności, o których nie miałem pojęcia. Na koniec zaprosił na wyborną kolację do domu (gotowała żona) i pokazał pracownię, w której rekonstruował antyczne naczynia. Za bycie naszym cicerone dałem mu 20 marek, co z pewnością było ułamkiem jego stawki; wcale się tym nie przejął - opowiedział, że sprzedał właśnie bogatemu niemieckiemu turyście podróbkę antycznej wazy, bardzo drogo... Także w Selinunte fotografowałem pewnego razu w knajpce młodych ludzi. Gdy jeden z nich dowiedział się, że mieszkamy w samochodzie, zaproponował nocleg u siebie. Okazało się, że ma w domu niezły arsenał, a po paru kieliszkach wina zaoferował mi pracę w branży narkotykowej...

Innego dnia będąc w Palermo zatrzymaliśmy się w parku, by uciąć sobie drzemkę w naszym "ogórku". Zbudziła nas muzyka i radosne dźwięki. Okazało się, że znaleźliśmy się w środku wesela: para młodych, orkiestra, tłum ludzi, oczywiście natychmiast nas zaprosili. Scena jak z Felliniego (zrobiłem wtedy jedne z najciekawszych moich zdjęć). Tylko na Sycylii mogło mi się przytrafić coś podobnego! W ciągu paru tygodni przeżyłem więcej przygód niż gdzie indziej przez rok. Niestety, od tamtej pory już tam nie wróciłem, więc jak tu nie tęsknić za Sycylią?

W Polsce lubię...

małe miasteczka, które kiedyś nazywały się sztetł. Jeżdżę po nich i fotografuję ślady po mieszkańcach, którzy zginęli w Holocauście. Kilka lat temu - we współpracy z Chrisem Niedenthalem - zrealizowałem projekt "Sąsiadka". Fotografowałem wietnamską dziewczynkę Maję, moją warszawską sąsiadkę, na tle takich miasteczek (Kock, Góra Kalwaria, Warka), w scenerii przypominającej tę z 1941 r.

Na wyprawę zawsze zabieram...

aparat fotograficzny, ale nie zdradzę marki, żeby nie być posądzonym o reklamowanie jakiejś firmy.

Niebo w gębie poczułem...

oczywiście na Sycylii, i to nie jeden raz. Ale chyba najbardziej smakowały mi krewetki, które kupowaliśmy z żoną na targu w porcie i smażyliśmy na turystycznej kuchence.

Wkrótce będę w drodze do...

Bułgarii, w której już dawno nie byłem. No i - jak zwykle - będę też podróżował po Polsce.

Wymarzony cel podróży:

chciałbym pojechać do Wietnamu i "liznąć" Ameryki Południowej.

*W warszawskim Centrum Sztuki Współczesnej (Zamek Ujazdowski) do 12 lipca trwa wystawa jubileuszowa z okazji 80. rocznicy urodzin Tadeusza Rolkego "Wszystko jest fotografią". Można na niej zobaczyć ok. 120 jego prac - od najstarszych po najnowsze. Będzie ona także prezentowana w Poznaniu, Łodzi i we Wrocławiu

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • hotele
  • loty
  • Oferty Booking.com
  • Oferty FRU.PL

Podróże.gazeta.pl na Facebooku