Wózkiem po Paryżu. Sekwana na kółkach
15.06.2009
, aktualizacja: 12.06.2009 12:02
Paryżanie są uczynni, ale do wózka inwalidzkiego zabierają się jak pies do jeża
ZOBACZ TAKŻE
- Andegawenia - w krainie zamków nad Loarą (05-07-10, 06:00)
- Uciec z Diabelskiej Wyspy (28-06-10, 12:26)
- Miasta marzeń - Paryż. Rak i Mona Lisa (06-03-09, 16:00)
- Cuda świata. Francja. Mont Saint Michel - klasztor na wodzie (10-11-11, 11:30)
SERWISY
Każdy dzień włóczęgi po Paryżu wydawał mi się czymś nierzeczywistym. Najpierw, gdy chciałem tam pojechać, nie miałem pieniędzy. Później nastąpiło uszczelnienie (i tak już szczelnych) granic. A potem usiadłem na wózku inwalidzkim i wówczas nie tylko stolica Francji wydawała mi się zupełnie nieosiągalna. Cały czas marzyłem jednak, by jeździć, oglądać, podziwiać. Niewielką część planów udało mi się zrealizować.
***
Nad Sekwanę docierałem najczęściej autobusem linii 47, bo przystanek był kilkadziesiąt metrów od miejsca, gdzie mieszkałem. Gościny udzielił mi niezwykle sympatyczny Francuz - Charles, do którego mówiłem po prostu "Karol" i on to spolszczenie akceptował. Mój gospodarz wychodził do pracy w banku wcześnie rano i wracał ok. godz. 20. Ja z moich wypraw po stolicy Francji wracałem dużo później. Gdy czasem się spotykaliśmy, Karol proponował z charakterystycznym francuskim gardłowaniem: - Grzegorz, kawa, tee, żubrowiska, szachy...
Jeśli francuski opanowało się w takim zakresie, w jakim słowa zapożyczone z tego języka występują w naszym, a do tego jest się osobą poruszającą się na wózku inwalidzkim, to dostanie się do paryskiego autobusu jest porównywalne ze zdobyciem miejsca na promie kosmicznym. Paryżanie są uczynni, ale do wózka inwalidzkiego zabierają się jak pies do jeża. Czasem, gdy prosiłem o pomoc, wydawało mi się, że pojedzie sam wózek, albo ja bez wózka, albo wózek na dachu, a ja w autobusie. Podobnie było przy wysiadaniu, dlatego często opuszczałem pojazd nie na tym przystanku, na którym chciałem. Niektórzy kierowcy autobusów o rygorystycznym podejściu do przepisów bhp niezezwalających na transport osób na wózkach w pojazdach do tego nieprzystosowanych robili mi brzydkiego psikusa. Bywało, że po pełnej dramatyzmu akcji wsadzania mnie z wózkiem do pojazdu kierowca usiłował mi coś powiedzieć. Próbowałem być odporny na podparte gestykulacją komunikaty, co przeważnie wystarczało do zniechęcenia go. Czasami jednak już po ruszeniu zatrzymywał autobus przy najbliższym policjancie, coś mu powiedział i stróż prawa zdecydowanym gestem zapraszał mnie na zewnątrz, obdarowywał uśmiechem, salutował i odchodził.
Jeśli udało mi się dostać do autobusu (zauważyłem, że najlepiej prosić o pomoc mężczyzn o ciemniejszym kolorze skóry), wysiadałem najczęściej w pobliżu paryskiego ratusza - Hotel de Ville. Bardzo okazały budynek wraz z placem ozdobionym podświetlonymi w nocy fontannami tworzy imponującą całość. To właśnie tu dokonywano przez stulecia publicznych straceń: chłopów i mieszczan wieszano, szlachetnie urodzonych karano ścięciem, królobójców ćwiartowano, a heretycy płonęli na stosie.
***
Od ratusza nad Sekwanę jest tylko kilkadziesiąt pociągnięć kołami. Brzegi tej rzeki spina w obrębie miasta prawie 30 mostów, z których wiele udostępniono dla ruchu pieszego, w moim przypadku kołowego. Swobodne przemieszczanie się z jednego brzegu na drugi pozwala zajrzeć do wielu wspaniałych obiektów. Tu znajduje się katedra Notre Dame, Luwr, wieża Eiffla. Pierwszy rzut oka na Sekwanę uświadamia, jak wielu turystów pragnie zapoznać się z miastem z poziomu rzeki. Krąży po niej mnóstwo bateaux (statków spacerowych) o zróżnicowanym standardzie. Inną cechą tego magicznego miejsca jest mnogość jednostek pływających zacumowanych u nabrzeży wykorzystywanych jako mieszkania (adaptację starej łajby na przytulne mieszkanko znakomicie opisał William Wharton).
Wychodząc (wyjeżdżając) na brzeg rzeki od strony ratusza, mamy przed sobą wyspę Cité zamieszkaną niegdyś przez plemię Paryzów. Dzisiaj jej sercem jest XII-wieczna katedra Notre Dame. Na wyspę można się dostać jednym z wielu mostów, ale warto sobie zadać nieco trudu i spojrzeć na świątynię z wielu stron: od frontu, ze skweru Vivianiego czy z mostu Archeveché. Piękno tej świątyni potrafi zatrzymać w miejscu. W pobliżu gwar i ruch, mieszanina typów ludzkich i języków. Jedni w pośpiechu zwiedzają, inni sprzedają tandetne pamiątki, obok nich swoje usługi proponują portreciści. Nieco dalej młodzież na łyżwo- i deskorolkach dokonuje cudów akrobatyki przy akompaniamencie ciemnoskórego gitarzysty.
Wejście do katedry nie stanowi problemu dla osoby poruszającej się na wózku. Zanurzam się w mrok świątyni i chłód jej murów. Przestrzeń, ogrom i dostojeństwo podkreśla światło sączące się przez wspaniałe witraże. Istotny jest każdy detal składający się na znakomitą całość. Byłem w Notre Dame kilkakrotnie w różnych porach dnia. Gdyby to było możliwe, chętnie bym zajrzał jeszcze wielekroć do tego miejsca stworzonego przez człowieka, by zamieszkał w nim Bóg.
Wychodząc z katedry, kierowałem się przeważnie w dół rzeki, przechodząc z brzegu na brzeg. Między mostami Sully i Carrousel obserwowałem paryskich bukinistów. Sprzedają i kupują stare książki, mapy, ryciny, dzieła sztuki, pocztówki, numizmaty itp. Cały dobytek przechowują w skrzyniach przytwierdzonych do kamiennego muru ograniczającego brzeg Sekwany. W tych fascynujących starociach można przebierać do woli, czasami udaje się znaleźć jakiś cymesik za kilka euro. Bukiniści są jednak głównie nastawieni na sprzedaż tanich pamiątek turystom. U jednego z nich wymieniłem plan Łęczycy na kiczowatą widokówkę z dwoma kotami. Ta bezgotówkowa wymiana dała mi jakąś szczególną satysfakcję. Pocztówkę wysłałem do Polski, ale moment jej wyboru i wymiany na mapę wspominam jako magiczny.
***
Północny cypel Cité łączy z brzegami Sekwany most Nowy, który wbrew swej nazwie jest najstarszy w Paryżu. Jego budowę zainicjował król Polski i Francji Henryk Walezy. Na tym moście zginął przygnieciony konną platformą Piotr Curie, mąż Marii Skłodowskiej.
Paryskie mosty są niezwykle interesującymi obiektami dla "włóczykoła" podziwiającego nadsekwański pejzaż. "Staczając się" w dół rzeki, trafiłem na położony naprzeciw Luwru most Artystów. Spotykają się na nim, muzycy, malarze i artyści różnego rodzaju. Akustyczne dźwięki bluesa mieszają się z rytmem wybijanym na bębnach przez czarnoskórych perkusistów, a nieco dalej tłumek wpatruje się w połykacza ognia. Autorzy popisów nagradzani są okrzykami, oklaskami i drobnymi monetami. Można tu kupić biżuterię zrobioną z czego się da i z czego się nie da, można przyjrzeć się pracy plastyków tworzących panoramy i widoki Paryża w technikach tradycyjnych i niewyobrażalnych. Można oglądać krótkie scenki mimów i tylko jednego nie można - nudzić się.
Pod wieczór docieram do mostu Aleksandra. Jest bogato zdobiony zgodnie z duchem początku minionego stulecia, kiedy oddano go do użytku. W zapadających ciemnościach jego walory architektoniczne podkreślają starannie dobrane lampy.
Nocne oświetlenie Paryża to kolejne oblicze tego miasta. Gdybym potoczył swój wózek kawałek dalej za most Aleksandra, zobaczyłbym rzęsiście oświetloną wieżę Eiffla. Ale trzeba wracać, a powrót niełatwy, bo muszę skorzystać z metra, co oznacza zaproszenie paryżan do przeniesienia mnie schodami w górę, schodami w dół...
Nigdy nie udało mi się przejechać tej nadbrzeżno-mostowej trasy jednego dnia. Ale aby ją zamknąć, wspomnę o moście Grenelle, do którego dotarłem innym razem i wówczas zwątpiłem, czy jestem w Paryżu. Stoi przy nim miniatura Statui Wolności, posągu-symbolu ofiarowanego Francuzom przez Stany Zjednoczone Ameryki.
Wyprawa do Paryża stała się realna dzięki mojej żonie Dorocie, z którą oglądałem magiczne miejsca nadsekwańskiej stolicy, niekoniecznie te z pierwszych stron przewodników. Dzięki uprzejmości znajomych dotarłem ich samochodem do francuskiej metropolii. Dobra wola i gest pracowników warszawskiego biura Holiday Travel pozwoliły mi gratisowo wrócić do Polski. Aha, byłbym zapomniał - do Paryża pojechałem, bo chciałem. A to jest bardzo ważne
***
Nad Sekwanę docierałem najczęściej autobusem linii 47, bo przystanek był kilkadziesiąt metrów od miejsca, gdzie mieszkałem. Gościny udzielił mi niezwykle sympatyczny Francuz - Charles, do którego mówiłem po prostu "Karol" i on to spolszczenie akceptował. Mój gospodarz wychodził do pracy w banku wcześnie rano i wracał ok. godz. 20. Ja z moich wypraw po stolicy Francji wracałem dużo później. Gdy czasem się spotykaliśmy, Karol proponował z charakterystycznym francuskim gardłowaniem: - Grzegorz, kawa, tee, żubrowiska, szachy...
Jeśli francuski opanowało się w takim zakresie, w jakim słowa zapożyczone z tego języka występują w naszym, a do tego jest się osobą poruszającą się na wózku inwalidzkim, to dostanie się do paryskiego autobusu jest porównywalne ze zdobyciem miejsca na promie kosmicznym. Paryżanie są uczynni, ale do wózka inwalidzkiego zabierają się jak pies do jeża. Czasem, gdy prosiłem o pomoc, wydawało mi się, że pojedzie sam wózek, albo ja bez wózka, albo wózek na dachu, a ja w autobusie. Podobnie było przy wysiadaniu, dlatego często opuszczałem pojazd nie na tym przystanku, na którym chciałem. Niektórzy kierowcy autobusów o rygorystycznym podejściu do przepisów bhp niezezwalających na transport osób na wózkach w pojazdach do tego nieprzystosowanych robili mi brzydkiego psikusa. Bywało, że po pełnej dramatyzmu akcji wsadzania mnie z wózkiem do pojazdu kierowca usiłował mi coś powiedzieć. Próbowałem być odporny na podparte gestykulacją komunikaty, co przeważnie wystarczało do zniechęcenia go. Czasami jednak już po ruszeniu zatrzymywał autobus przy najbliższym policjancie, coś mu powiedział i stróż prawa zdecydowanym gestem zapraszał mnie na zewnątrz, obdarowywał uśmiechem, salutował i odchodził.
Jeśli udało mi się dostać do autobusu (zauważyłem, że najlepiej prosić o pomoc mężczyzn o ciemniejszym kolorze skóry), wysiadałem najczęściej w pobliżu paryskiego ratusza - Hotel de Ville. Bardzo okazały budynek wraz z placem ozdobionym podświetlonymi w nocy fontannami tworzy imponującą całość. To właśnie tu dokonywano przez stulecia publicznych straceń: chłopów i mieszczan wieszano, szlachetnie urodzonych karano ścięciem, królobójców ćwiartowano, a heretycy płonęli na stosie.
***
Od ratusza nad Sekwanę jest tylko kilkadziesiąt pociągnięć kołami. Brzegi tej rzeki spina w obrębie miasta prawie 30 mostów, z których wiele udostępniono dla ruchu pieszego, w moim przypadku kołowego. Swobodne przemieszczanie się z jednego brzegu na drugi pozwala zajrzeć do wielu wspaniałych obiektów. Tu znajduje się katedra Notre Dame, Luwr, wieża Eiffla. Pierwszy rzut oka na Sekwanę uświadamia, jak wielu turystów pragnie zapoznać się z miastem z poziomu rzeki. Krąży po niej mnóstwo bateaux (statków spacerowych) o zróżnicowanym standardzie. Inną cechą tego magicznego miejsca jest mnogość jednostek pływających zacumowanych u nabrzeży wykorzystywanych jako mieszkania (adaptację starej łajby na przytulne mieszkanko znakomicie opisał William Wharton).
Wychodząc (wyjeżdżając) na brzeg rzeki od strony ratusza, mamy przed sobą wyspę Cité zamieszkaną niegdyś przez plemię Paryzów. Dzisiaj jej sercem jest XII-wieczna katedra Notre Dame. Na wyspę można się dostać jednym z wielu mostów, ale warto sobie zadać nieco trudu i spojrzeć na świątynię z wielu stron: od frontu, ze skweru Vivianiego czy z mostu Archeveché. Piękno tej świątyni potrafi zatrzymać w miejscu. W pobliżu gwar i ruch, mieszanina typów ludzkich i języków. Jedni w pośpiechu zwiedzają, inni sprzedają tandetne pamiątki, obok nich swoje usługi proponują portreciści. Nieco dalej młodzież na łyżwo- i deskorolkach dokonuje cudów akrobatyki przy akompaniamencie ciemnoskórego gitarzysty.
Wejście do katedry nie stanowi problemu dla osoby poruszającej się na wózku. Zanurzam się w mrok świątyni i chłód jej murów. Przestrzeń, ogrom i dostojeństwo podkreśla światło sączące się przez wspaniałe witraże. Istotny jest każdy detal składający się na znakomitą całość. Byłem w Notre Dame kilkakrotnie w różnych porach dnia. Gdyby to było możliwe, chętnie bym zajrzał jeszcze wielekroć do tego miejsca stworzonego przez człowieka, by zamieszkał w nim Bóg.
Wychodząc z katedry, kierowałem się przeważnie w dół rzeki, przechodząc z brzegu na brzeg. Między mostami Sully i Carrousel obserwowałem paryskich bukinistów. Sprzedają i kupują stare książki, mapy, ryciny, dzieła sztuki, pocztówki, numizmaty itp. Cały dobytek przechowują w skrzyniach przytwierdzonych do kamiennego muru ograniczającego brzeg Sekwany. W tych fascynujących starociach można przebierać do woli, czasami udaje się znaleźć jakiś cymesik za kilka euro. Bukiniści są jednak głównie nastawieni na sprzedaż tanich pamiątek turystom. U jednego z nich wymieniłem plan Łęczycy na kiczowatą widokówkę z dwoma kotami. Ta bezgotówkowa wymiana dała mi jakąś szczególną satysfakcję. Pocztówkę wysłałem do Polski, ale moment jej wyboru i wymiany na mapę wspominam jako magiczny.
***
Północny cypel Cité łączy z brzegami Sekwany most Nowy, który wbrew swej nazwie jest najstarszy w Paryżu. Jego budowę zainicjował król Polski i Francji Henryk Walezy. Na tym moście zginął przygnieciony konną platformą Piotr Curie, mąż Marii Skłodowskiej.
Paryskie mosty są niezwykle interesującymi obiektami dla "włóczykoła" podziwiającego nadsekwański pejzaż. "Staczając się" w dół rzeki, trafiłem na położony naprzeciw Luwru most Artystów. Spotykają się na nim, muzycy, malarze i artyści różnego rodzaju. Akustyczne dźwięki bluesa mieszają się z rytmem wybijanym na bębnach przez czarnoskórych perkusistów, a nieco dalej tłumek wpatruje się w połykacza ognia. Autorzy popisów nagradzani są okrzykami, oklaskami i drobnymi monetami. Można tu kupić biżuterię zrobioną z czego się da i z czego się nie da, można przyjrzeć się pracy plastyków tworzących panoramy i widoki Paryża w technikach tradycyjnych i niewyobrażalnych. Można oglądać krótkie scenki mimów i tylko jednego nie można - nudzić się.
Pod wieczór docieram do mostu Aleksandra. Jest bogato zdobiony zgodnie z duchem początku minionego stulecia, kiedy oddano go do użytku. W zapadających ciemnościach jego walory architektoniczne podkreślają starannie dobrane lampy.
Nocne oświetlenie Paryża to kolejne oblicze tego miasta. Gdybym potoczył swój wózek kawałek dalej za most Aleksandra, zobaczyłbym rzęsiście oświetloną wieżę Eiffla. Ale trzeba wracać, a powrót niełatwy, bo muszę skorzystać z metra, co oznacza zaproszenie paryżan do przeniesienia mnie schodami w górę, schodami w dół...
Nigdy nie udało mi się przejechać tej nadbrzeżno-mostowej trasy jednego dnia. Ale aby ją zamknąć, wspomnę o moście Grenelle, do którego dotarłem innym razem i wówczas zwątpiłem, czy jestem w Paryżu. Stoi przy nim miniatura Statui Wolności, posągu-symbolu ofiarowanego Francuzom przez Stany Zjednoczone Ameryki.
Wyprawa do Paryża stała się realna dzięki mojej żonie Dorocie, z którą oglądałem magiczne miejsca nadsekwańskiej stolicy, niekoniecznie te z pierwszych stron przewodników. Dzięki uprzejmości znajomych dotarłem ich samochodem do francuskiej metropolii. Dobra wola i gest pracowników warszawskiego biura Holiday Travel pozwoliły mi gratisowo wrócić do Polski. Aha, byłbym zapomniał - do Paryża pojechałem, bo chciałem. A to jest bardzo ważne
- hotele
- loty
- Oferty Booking.com
- Oferty FRU.PL
Podróże.gazeta.pl na Facebooku
Aktualna oferta

Podróżuj z nami co tydzień.
Przykładowy newsletterZaplanuj wakacje
Polska na weekend
Kontakt z redakcją
- ul. Czerska 8/10
- 00-732 Warszawa
- redakcja.podroze@gazeta.pl














