Bydgoszcz

Tomasz G. to właściwie nie mafioso, ale przedsiębiorca będący na bakier z prawem. W świecie biznesu ma wręcz opinię dobrodusznego i miłego człowieka. Szczególnie mile wspomina go rodzina z Jaksic. - Wujek Tomek jest wrażliwy na krzywdę ludzką i wiele razy bezinteresownie pomagał potrzebującym - wspominają młodsi kuzyni Tomasza G.: Mateusz, Bartek i Jola z Jaksic. Faktycznie - w okresie swej prosperity wujek Tomek dotował domy dziecka, hospicja, łożył na Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy. Mimo że utrzymywał cały czas kontakty z "gangsterami z Ina", nigdy nie stał się typowym bandziorem, jak choćby Henryk M., ps. "Lewatywa" czy Waldemar W., ps. "Książę".

Ci, mimo że obaj siedzą za kratkami, cały czas mają silną pozycję w bydgoskim półświatku - szczególnie "Lewatywa". Kiedyś tworzyli zgraną bandycką spółkę, mają nawet wspólny proces za próbę wyłudzenia haraczy. Kilka lat temu rozeszły się ich drogi.

Dwaj przyjaciele z podziemia

"Lewatywa" - trzy razy skazany - czeka jeszcze na wyroki w sprawie o kierowanie grupą przestępczą i w sprawie milionowych wyłudzeń bankowych i leasingowych. Zdaniem funkcjonariuszy z Centralnego Biura Śledczego przez ostatnie lata z każdego lewego interesu musiał odpalać działkę mafii z Pruszkowa. Dorabiał się na różne sposoby: organizował handel narkotykami, wyłudzał węgiel. Swego czasu kontrolował większość nielegalnych interesów w mieście. Dużo wydawał: był stałym gościem bydgoskiego kasyna, gdzie potrafił zostawić kilkanaście tysięcy złotych w jedną noc. Goście kasyna pamiętają, że nawet grając nie rozstawał się z komórką wykładaną palisandrem - strasznie klnąc wydawał bądź to polecenia, bądź wyzywał dzwoniących do niego dealerów, opierniczając ich za to, że przeszkadzają mu w rozrywce.

Znały go wszystkie lepsze agencje towarzyskie w Bydgoszczy. Miał kilkudziesięciu oddanych żołnierzy. To on najprawdopodobniej stał za zamachami na swojego dawnego kolegę - "Księcia". Kilkakrotne próby zamordowania tego ostatniego nie powiodły się jednak. Chybił nawet zawodowy rewolwerowiec z Pruszkowa, opłacony przez Henryka M.

Sam "Lewatywa" też był celem zamachowca: strzelano do niego w dniu ślubu, kiedy wrócił do domu z Urzędu Stanu Cywilnego. Do dziś nie wiadomo z całą pewnością, kto zorganizował zamach - i to mimo że zaprzyjaźniony z Henrykiem M. prawnik dał w "Expressie Bydgoskim" ogłoszenie, w którym oferował nagrodę za wskazanie winnego.

Półświatek podejrzewał "Księcia", ten jednak nawet w rozmowach z kompanami zarzekał się, że to nie on. Według jednej z wersji, wyrok na "Lewatywę" wydali podstołeczni gangsterzy, którzy nie zamierzali dzielić się z nim wpływami z bydgoskiego rynku. Według innej Henryk M. po prostu winien był Pruszkowowi pieniądze z handlu narkotykami. Tak czy inaczej, w tej akurat sprawie "Książę" wydaje się niewinny: gdy strzelano do "Lewatywy", jego gwiazda już gasła.

A jeszcze cztery lata temu uzbrojony, otoczony eleganckimi kobietami i groźnie wyglądającymi ochroniarzami (jednym z ostatnich był młodzieniec wyglądający na Czeczeńca), uchodził za postrach swego środowiska. Głównie dlatego, że działał zwykle pod wpływem narkotyków. Jak na towarzystwo, w którym się obracał, był inteligentny i miał swoistą ogładę. Potrafił żartować, używał dobrych kosmetyków, poprawnie się wysławiał. Tłumaczył, że nie jest z natury agresywny, ale musi być twardy, bo tego wymagają reguły gry. Pytany, czym się zajmuje, mówił o "nieopodatkowanym biznesie", sugerując, że zajmuje się importem i reeksportem papierosów i alkoholu. W rzeczywistości zaczynał od zwykłych bandyckich robót: po poprawczaku drobne, potem większe kradzieże, później napady na TIR-y, wymuszanie haraczy. Cieszył się swą mołojecką sławą, był dumny z własnego pseudonimu ("Lewatywa" przeciwnie - wpadał we wściekłość, gdy ktoś go tak nazwał).

Trzy lata temu w wybuchu auta na ulicy Dworcowej stracił nogi, ale nie stracił zapału do przestępczego rzemiosła. Potem jeszcze dwukrotnie ktoś do niego strzelał. Podczas jednej z prób zabójstwa zginął jego ochroniarz. Ostatecznie "Książę" trafił do więzienia po donosie mieszkanki gminy Białe Błota, która oświadczyła, że chciał wymusić od niej haracz. Kobieta w ubiegłym roku zginęła w wypadku samochodowym.

Dzisiaj "Książę" siedzi w więzieniu w Potulicach, a "Lewatywa" w areszcie śledczym w Bydgoszczy. Ten drugi cały czas odbiera od swoich żołnierzy meldunki o tym, co dzieje się w bydgoskim półświatku.

"Rzymianin" - czysta przemoc

Mniej znaną, za to bardziej prominentną postacią bydgoskiego podziemia jest Adam R. - ps. "Rzymianin" - przez lata nieuchwytny dla policji, poszukiwany również przez prywatnych detektywów, w tym posła Krzysztofa Rutkowskiego. Kilka lat temu był podejrzewany o udział w zamordowaniu dyrektora agencji ochroniarskiej "Help" Jarosława Lorka.

Lorka ostatni raz widziano wychodzącego z bydgoskiego hotelu "City". Po kilku dniach znaleziono go skatowanego w jeziorze z odważnikami przywiązanymi do nóg. Prokuratura nie znalazła jednak dowodów, że "Rzymianin" brał udział w tej zbrodni: udowodniono tylko, że ciężarki, które znaleziono w jeziorze, pochodziły na pewno z siłowni Adama R.

Po roku od zabójstwa szefa "Helpu" gdańska policja zatrzymała "Rzymianina" w aucie pełnym materiałów wybuchowych. Nie przyznał się do bagażu, dostał niski wyrok i szybko znalazł się ponownie na wolności.

Zdaniem Rutkowskiego "Rzymianin" jest jednym z szefów grupy specjalizującej się w porywaniu ludzi dla okupu. Grupa miała współpracować z "łódzką ośmiornicą", a ostatnio - porwać dla 50

tysięcy dolarów bydgoszczanina Zdzisława J., ps. "Szaszłyk". "Rzymianin" był poszukiwany w całej Polsce listem gończym. Trafił za kratki miesiąc temu, przy okazji nalotu policji na członków "ośmiornicy".

Porwany przez "Rzymianina" "Szaszłyk" był maltretowany i katowany. Bandyci na dowód, że nie żartują odcięli mu kciuk, który porzucili na trawniku przy ul. Szubińskiej w Bydgoszczy. Na okup złożyli się przyjaciele - bydgoscy biznesmeni z pierwszych stron gazet. Rutkowski wynegocjował obniżenie kwoty okupu i po zapłaceniu odnalazł porwanego. Ten potem nie chciał opowiadać policji kto i dlaczego go porwał. Nic dziwnego: "Szaszłyk" boi się "Rzymianina", który uchodzi nawet wśród przestępców za wcielonego diabła, lubującego się w przemocy, a sam porwany też nie jest kimś, kto chciałby mieć do czynienia z wymiarem sprawiedliwości. Zaczynał od pospolitego złodziejstwa, kradł lusterka, radia samochodowe. Potem przyszły haracze i wyłudzenia. Policja zapowiada mu szybki koniec, bo bierze za dużo narkotyków. Według policji razem z "Rzymianinem" udział w porwaniu Zdzisława J. wziął Dawid K., ps. "Mały Kola". Chłopak z bydgoskiego Okola, zaczynał od kradzieży samochodów, potem był w grupie Henryka M., "Lewatywy". Teraz - według policyjnych informatorów - handluje narkotykami i upłynnia kradzione na zlecenie samochody.

Śmierć nad zalewem

Kolejny bydgoski gangster to Robert Panek - poszukiwany listem gończym za zabójstwo Roberta Mrozińskiego. Mroziński - zamordowany ubiegłego lata w barze w podkoronowskiej miejscowości wypoczynkowej Pieczyska - od dłuższego czasu był na celowniku Urzędu Ochrony Państwa w Olsztynie. Tam bowiem najczęściej dokonywał wyłudzeń na wielką skalę. Wcześniej zajmował się kradzieżą aut, wymuszeniami i handlował narkotykami.

Panek przechwalał się kumplom, że był w Legii Cudzoziemskiej, uchodził za nieobliczalnego. Bierze narkotyki i prawdopodobnie pod ich wpływem zabił kumpla od interesów. Wcześniej razem z Mrozińskim wyłudzali towary od firm na Suwalszczyźnie. Panek od lata ubiegłego roku jest nieuchwytny dla policji. Jedna z wersji mówi, że ukrywa się na południu kraju. Policja ma też sygnały, że nielegalnie przekroczył granicę i jest u krewnego we Francji.

Pęka ćwiara, gra gitara

Gdy śniady dżentelmen pyta klientów na placu Piastowskim "Nużen spiryt?", znaczy, że "Ormianin" - bydgoski rezydent mafii z Ukrainy robiący w muzyce i spirytualiach - znów ma świeży towar. "Ormianin" kręci się w Bydgoszczy od blisko dziesięciu lat. Nadzoruje i czerpie krociowe zyski głównie z przemytu spirytusu zza wschodniej granicy. Jego ludzie jeżdżą na granice i tam od dostawców odbierają alkohol, który trafia do melin w mieście i jest rozlewany do oklejanych prawdziwymi metkami i fałszywymi banderolami butelek. Wódkę "Ormianina" można także kupić w niejednym bydgoskim sklepie i hurtowni. Według niepotwierdzonych informacji, "Ormianin" czerpie też zyski z handlu pirackimi płytami kompaktowymi, których każdego dnia sprzedaje się na kilku bydgoskich targowiskach więcej niż we wszystkich legalnych sklepach województwa razem wziętych.