Z pasją o podróżach, wycieczkach i wyjazdach

Polski dzień w środku Berlina

  • Pin It
Zbigniew Mich
01.06.2009 , aktualizacja: 29.05.2009 12:44
A A A Drukuj
Friedrichstrasse wypiękniała w ostatnich latach, stając się jedną z eleganckich ulic niemieckiej stolicy
ZOBACZ TAKŻE
SERWISY
Wsiadam do kolejki miejskiej w kierunku Friedrichstrasse. Wysiadam, zbiegam po schodach, a na dole ruch, jak nie przymierzając w jakiejś metropolii: auta, turyści, gimnazjalistki, tramwaje, rozbiegane oczy grupy przybyszy z "nowych landów", starsze panie wpatrujące się w wystawy sklepowe. Przy dworcu kolejki aż trzy osoby usiłują sprzedać gazetę bezdomnych. Szklane domy odbijają światła reklam. Friedrichstrasse wypiękniała w ostatnich latach, stając się jedną z eleganckich ulic niemieckiej stolicy.

***

Opuszczając dworzec już z daleka widzę wielki napis "Dussmann". To bodaj największa księgarnia i sklep z płytami w Berlinie. Tam zmierzam po płytę Benjamina Brittena "The Prince of the Pagodas" ("Książę pagód"). Z radości funduję sobie spacer po okolicy. Słońce dogrzewa, zbliża się "majowe święto", życie jest cudem!

Deutsche Guggenheim zawsze warto odwiedzić - właśnie wystawiają amerykańskich fotorealistów. Pójdę tam. Zbliżając się do Unter den Linden, mijam budynek z intrygującym mnie od dawna napisem "Polnische Apotheke". Wykute w piaskowcu litery ozdabiają narożnik domu, między nimi wzbija się do lotu mosiężny orzeł, nad nim medalion z profilem pruskiej księżniczki. Obchodzę narożnik w nadziei, że znajdę tablicę z informacją, skąd się wzięła polska apteka w sercu Berlina. Nie znajduję nic.

Wiem, że w Polnische Apotheke pracował przez rok znany literat Theodor Fontane (1818-98), autor m.in. powieści "Effi Briest". A także, że budynek przy Friedrichstrasse 153 przebudowano w 1898 r. według projektu Alfreda Breslauera - litery "Polnische Apotheke" są jego autorstwa. Dziesięć lat po wojennych zniszczeniach ozdoby i napis zrekonstruowano. Ciągle nie wiem, kto aptekę założył. W internecie wyczytałem, że była na tym miejscu już pod koniec XVII w.

Skręcam w Unter den Linden i po paru krokach otwieram drzwi Guggenheima w gmachu Deutsche Banku. „Picturing America” - tak nazywa się wystawa hiperrealistów (właśnie dobiegła końca, aktualna to „Ich nicht” Imiego Knoebella, wstęp 4 euro, w poniedziałki gratis, www.deutsche-guggenheim.de). Pierwszy raz widzę na żywo „Telephone Booths” Richarda Estesa. Ileż to razy w słynnych z dobrobytu latach 70. oglądałem reprodukcję tego obrazu na Saskiej Kępie w jednej z książeczek o sztuce drukowanych przez Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe! Czy tęskniłem za kulturą konsumpcji, czy raczej za kolorem wokół? Jaką dynamiką są nasycone obrazy hiperrealistów! Patrzę i patrzę, ale w końcu wychodzę na słońce. Już tyle pięknych wystaw widziałem w Deutsche Guggenheim! A dziś na dodatek przypomniałem sobie, że... „to był maj, pachniała Saska Kępa szalonym, zielonym bzem...”.

***

Aby uwolnić się od frywolnych myśli, najlepiej pójść w kierunku katedry. Sprawdziłem, co grają w Staatsoper - w maju premiera "Orlando Paladino" Josepha Haydna, pod dyrekcją René Jacobsa. Potem zajrzę do St. Hedwigs-Kathedrale, gdzie około południa odbywają się krótkie koncerty organowe połączone z czytaniami - rodzaj muzycznych medytacji.

Skoro przypomniały mi się majowe, polskie zapachy, trzeba zauważyć, że kościół św. Jadwigi (obecnie katedra katolicka) wyglądający jak rzymski Panteon konsekrował biskup Ignacy Krasicki. Autor "Monachomachii" chętnie bywał w stolicach - w Warszawie, a później w Berlinie, bo jego Warmia zmieniła przynależność państwową. I tam, i tu zabiegał o względy panujących - z lepszym skutkiem u króla polskiego niż u pruskiego, ale to Fryderyk II mianował go arcybiskupem gnieźnieńskim, a wcześniej biskup warmiński konsekrował na życzenie pruskiego króla właśnie św. Jadwigę, pierwszy kościół katolicki w Berlinie zbudowany po reformacji.

Katolicko-polsko-katedralna medytacja dobiegła końca. Pora na czekoladę. Po kilku minutach jestem przy Gandarmenmarkt (okolice zamieszkane niegdyś przez hugenotów!), a tam na rogu z Doroteenstrasse mają swój lokal Fassbender & Rausch Chocolatiers. Podobno czekolada daje poczucie szczęścia, więc zamawiam filiżankę (2,30 euro, www.fassbender-rasch.de), i kogo widzę? Charme in persona, czyli Andreasa Rosteka (w środku Berlina przeżywam bardzo polski dzień), który do spółki z Dagmar Engel, Tadeuszem Rolkem i Markiem Grygielem prowadzi niemiecko-polskie wydawnictwo edition.fotoTAPETA (www.edition-fototapeta.eu). W obu językach równocześnie publikują „książki do oglądania i albumy do czytania”. Samo dotykanie kolejnych tomów sprawia przyjemność - jakość papieru, druku, staranny dobór tekstów i fotografii dają poczucie obcowania z wyszukanym smakiem. Czy może nie cieszyć, że grupa przyjaciół, Niemców i Polaków, działa dla pięknych sztuk wspólnie i skutecznie?

***

Skoro już jestem w centrum i skoro nie zdążyłem w czasie ostatniego pobytu w Warszawie zobaczyć wystawy Zbigniewa Rogalskiego, to ukoronowaniem południowego spaceru będzie wizyta w nieodległej galerii Żak/Branicka. Idę Charlottenstrasse, potem skręcam w Kochstrasse. Tu Berlin pokazuje swoje surowe oblicze. Prawie nie ma przechodniów (choć pobliskie ulice tętnią życiem), fasady budynków są zimne, długie rzędy okien wydają się puste, nawet aut parkuje mało. Widać wieżowiec z neonem "Die Welt" - to gmach koncernu Springera, galeria musi być gdzieś w pobliżu.

Na Lindenstrasse odnajduję nr 35: galeria Żak/Branicka prowadzona przez dwie rodaczki - Monikę Branicką i Asię Żak - znajduje się na trzecim piętrze. Dawniej obrazy Rogalskiego cieszyły grą koloru. W tych, które widzę, dominują szarości. Dowiaduję się od jednej z młodych dam, że działają w tym miejscu od 2007 r., równocześnie kierując fundacją sztuki w Krakowie. Widać, że stoją obiema nogami na ziemi sąsiadów i własnej. Bezosobowa grzeczność dobrze koresponduje z klimatem obrazów. Wystawa Zbigniewa Rogalskiego potrwa do 20 czerwca. Gdybym do tego czasu zaoszczędził 20 tys. euro na jeden z obrazów, to może odwiedziłbym galerię jeszcze raz (prace kosztują od 7 do 22 tys. euro, www.zak-branicka.com).

Wracam na Friedrichstrasse. Tu kipi życie! Tu kolory znów rozmawiają ze sobą. Kiedy wysiadam z pociągu na Savignyplatz, czuję się prawie jak w domu.

Z głównego dworca w Berlinie (Berlin Hbf) trzeba wsiąść w kolejkę S-Bahn w kierunku zachodnim do przystanku Friedrichstrasse - ok. 5 min. Polecam książkę Arno Widmanna i Marty Kilińskiej "Berlin od ulicy" wydaną przez edition.fotoTAPETA



Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • hotele
  • loty
  • Oferty Booking.com
  • Oferty FRU.PL

Podróże.gazeta.pl na Facebooku

Aktualna oferta