Pamiątka z wakacji. Tablica

W Polsce nie da się kupić samochodu po dwóch tygodniach sprzątania w hotelu, nawet jeśli zrzucają się na niego cztery osoby. W Kanadzie to zupełnie realne
Wystarczy paszport, adres korespondencyjny i po 45 min auto jest ubezpieczone, zarejestrowane, a właściciel dostaje błyszczącą "blachę". Przykręciliśmy ją do naszej Mazduni. Przestrzenny minivan służył nam do wycieczek w wolne weekendy i popołudnia. Przemierzaliśmy szutrowe trakty w Górach Skalistych, w zimnych górskich jeziorach łowiliśmy ryby, które potem piekliśmy nad ogniskiem. Odwiedziliśmy badlands, pustynne kaniony we wschodniej Albercie i Calgary, kowbojskie miasto na prerii.

Sielanka skończyła się dzień przed startem Wielkiej Włóczęgi - Mazduni pękł pasek rozrządu. Parę dni później zastąpił ją 20-letni Marceli. Spisywał się dzielnie, mimo różnych kłopotów. Psuły się (na zmianę) pompa paliwowa i pompa woda, później wysiadł wskaźnik paliwa, zepsuły się okna i zamki, odpadł fotel kierowcy. Opony pękały cztery razy, raz wypadła boczna szyba. Plan jednak wykonaliśmy prawie do końca. Po trzech tygodniach i 9 tys. przejechanych kilometrów byliśmy na Alasce, a Marceli miał zatarty silnik. Pewnie do dzisiaj stoi na poboczu Denali Highway u stóp Mount McKinley. A nam pozostały wspaniałe wspomnienia i tablica KEM282. O to, kto ją powiesi w swoim pokoju na ścianie, ciągnęliśmy zapałki.

W Kanadzie każda prowincja ma swoją dewizę, którą umieszcza się na tablicach rejestracyjnych. Marceli, zarejestrowany w Canmore, dumnie reklamował Krainę Dzikiej Róży - Albertę.