Za porządny obiad dla dwóch osób płaciliśmy równowartość około 20 zł. W swojskiej karczmie u stóp zamku dwie miski gulaszu z koszem świeżego chleba, piwo i kawa kosztowały niecałe 12 zł. Próbowałam porównywać różne ceny i najczęściej na Słowacji jest o wiele taniej niż w Polsce, nie wspominając już o kurortach alpejskich.
Gór na Słowacji pod dostatkiem. Wyciągi można znaleźć w wielu miejscach kraju, ale najbardziej znana wśród narciarzy góra to Chopok. Na jej północnych stokach jest spory kompleks wyciągów i tras. Może nie jest imponujący w porównaniu z ogromnymi ośrodkami Austrii czy Włoch, ale można tam jeździć po 27 kilometrach tras o różnym stopniu trudności.
Najbardziej mnie zdziwiło, że u stóp góry... nie ma żadnej miejscowości. Zazwyczaj w ośrodkach narciarskich dolne stacje wyciągów leżą niedaleko jakiegoś miasteczka czy przynajmniej wioski, a tu nie. Po prostu koniec długiej i wąskiej doliny, a do najbliższej osady jest dobre kilkanaście kilometrów. Gdzieniegdzie wybudowano tylko kompleksy hotelowe z dużymi restauracjami, basenami, sauną i innymi udogodnieniami. Wieczorami, kiedy zamkną wyciągi, jest pusto i ciemno, bo życie towarzyskie toczy się w hotelach, a na zewnątrz nie ma żywego ducha.
Za to w Dolinie Demianowskiej - tej, która prowadzi do wyciągów - jest kilka wartych obejrzenia miejsc. Warto wybrać się na spacer do Vrbickiego Plesa , największego stawu w Niskich Tatrach leżącego ponad 1100 metrów n.p.m. Ale "hitem" nie do ominięcia jest ogromna jaskinia z przepiękną szatą naciekową -Demianowska Jaskinia Wolności (Slobody). Odkryto ją dopiero w latach 20., a w ostatnich latach wykorzystywana jest także w celach leczniczych - jako podziemne sanatorium. Jest to jedna z najpopularniejszych słowackich jaskiń, dlatego trzeba liczyć się z tym, że do zwiedzania może być wielu chętnych. Wejście jest wysoko i trzeba albo wspinać się ostro pod górę, albo skorzystać... z wyciągu krzesełkowego. Za to widoki we wnętrzu wynagradzają trudy dotarcia i tłok. Zwisające sznury długich "sopli" odbijają się w wodach podziemnych jeziorek - wygląda to bajkowo! Cała jaskinia ma prawie osiem i pół kilometra długości, ale do zwiedzania udostępniony jest dwukilometrowy odcinek.
Najbliższą większą miejscowością, a jednocześnie centrum regionu jest Liptovski Mikulasz - spore miasteczko z sympatyczną starówką i niezbyt ciekawą resztą. Niestety, we wszystkich słowackich miastach położonych przepięknie u stóp gór przerażają mnie paskudne bloki i wieżowce, bez których architekci i urbaniści w czasach socjalizmu zapewne nie potrafili wyobrazić sobie nowoczesności. Najczęściej brudne, szare i odrapane, oblepione talerzami anten satelitarnych całkowicie psują panoramę. Z jednej strony przykro, że ludzie dopuścili do zeszpecenia górskich okolic takimi "pudełkami", a z drugiej wiadomo, że nic się nie da zrobić, przynajmniej na razie.
Niektóre "klocki" są odnawiane i przebudowywane - na przykład na przemysłowych przedmieściach są hotele wyglądające na dawne hotele robotnicze. Wskazuje na to nie tylko ich położenie tuż przy bramie fabryki, ale też "akademikowy" układ wnętrz - każde dwa pokoje mają przedpokój, w którym urządzona jest kompletna kuchnia, oraz wspólną łazienkę. Na szczęście są odnowione, wyposażone w nowe sprzęty, tak że mogą być całkiem wygodnym lokum za niewysoką cenę. Władze Liptovskiego Mikulasza starają się, żeby miasto stało się atrakcyjne dla turystów. Zabytkowe kamieniczki na rynku są odnawiane, a placyki i chodniki wykładane są gustowną kostką. Działa nieźle wyposażona informacja, w której można kupić mapy, przewodniki, dostać ulotki.
Na obejrzenie najważniejszych zabytków nie potrzeba tu wiele czasu. Warto przyjrzeć się kościołowi świętego Mikołaja , od którego zaczęła się historia miasta. Zresztą kościół trudno byłoby ominąć - jego wysoką wieżę widać zewsząd. Był wielokrotnie przebudowywany i bryła zatraciła pierwotny charakter, ale dociekliwi mogą odnaleźć ślady średniowiecza - na przykład rzeźbiony tympanon nad głównym wejściem czy gotyckie ołtarze wewnątrz.
W Liptovskim Mikulaszu odbył się proces słynnego Janosika i tam też zbójnik został stracony. Pamiątki po nim można zobaczyć w miejscowym muzeum.
Liptovski Mikulasz ma swoje niespodzianki. W jednej z odchodzących od rynku uliczek natrafiamy na okazały klasycystyczny budynek z gigantycznym portykiem i potężnymi kolumnami. Intryguje swoim przeznaczeniem - czy to sąd, teatr, może muzeum? Okazało się, że to... dawna synagoga ! Niestety, nie mogliśmy dostać się do środka - chyba była tam jakaś wystawa, ale zamknięta na głucho.
Moim zdaniem zbyt mało wykorzystywany jest zbójnik Janosik. Do postaci hardego harnasia nawiązują eksponaty w Muzeum Janka Krala . Zainteresowani przyrodą i lubiący oglądać wypchane zwierzaki powinni odwiedzić Muzeum Ochrony Przyrody i Jaskinioznawstwa .
Natomiast wszystkim łasuchom polecam wizyty w typowych na Słowacji przybytkach zwanych "cukaren". Są to cukierniokawiarnie, bezpretensjonalnie, ale sympatycznie urządzone, z dużym wyborem świeżych ciastek i drożdżówek, lodami i napojami. Wizyty w bajecznie tanich "cukareniach" o wiele bardziej przypadły mi do gustu niż podstawowa specjalność lokalnej gastronomii - bryndzowe haluszky, czyli kluseczki ziemniaczane ze świeżą bryndzą, tłuszczem i skwarkami. Bezskutecznie rozglądałam się za pamiętanymi sprzed lat knedlikami. Niestety, knedliki to specjalność czeska i w niepodległej Słowacji nie ma na nie miejsca...
Jadąc do Mikulasza od zachodu, możemy podziwiać Liptovską Marę - ogromne sztuczne jezioro u stóp gór. Latem jest ulubionym miejscem wypoczynku - pływają po nim statki, kajaki, windsurfingowcy, a zapaleni wędkarze usiłują coś złowić. W czasie jego budowy wysiedlono i zatopiono kilka wsi. Podobno nad powierzchnią wody wystaje jedna z wież kościelnych, ale nie udało mi się jej zobaczyć.
Za to mieszkają tam prawdopodobnie wydry - przynajmniej wskazują na to charakterystyczne znaki drogowe przy autostradzie. Zastanawiałam się, co zrobić, kiedy wydra wyskoczy mi przed maskę, ale żadnej nie udało mi się zobaczyć, mimo że pilnie wyglądałam...
Tereny jeziora i jego okolic są niezwykle cenne dla archeologów - odkryto tutaj osady celtyckie, i to całkiem solidnie zbudowane - otoczone kamiennymi wałami i ostrokołem, a do środka wchodziło się przez bramę z wieżą. Na terenach osady znaleziono między innymi... celtyckie falsyfikaty monet antycznych. Nie wiem, czy to pocieszające, czy raczej smutne, że fałszerstwo jest stare jak świat...
W średniowieczu celtyckie fortyfikacje wykorzystali sprytnie Słowianie, wygodnie w nich zamieszkując.
Wszystkich tych historii można dowiedzieć się w skansenie - muzeum archeologicznym w miejscowości Havranok nad brzegami jeziora, gdzie zrekonstruowane są budowle Celtów. Niestety, muzeum jest czynne wyłącznie w lipcu i sierpniu.
Za to nieopodal, w Beszeniovej, przez cały rok funkcjonują odkryte baseny wypełnione ciepłą wodą z bijących tu źródeł termalnych. Woda musi być specjalnie ochładzana, żeby nikt się nie poparzył - w źródle ma temperaturę prawie 70 stopni!
Nowoczesny, świetnie zorganizowany kompleks basenów zimą wygląda niesamowicie - wśród gęstej pary kłębią się nagie ciała... A parę metrów dalej przechadzają się ludzie w grubych kurtkach, czapkach i ciepłych rękawicach. Ciepłe wody znajdują wielu amatorów, zwłaszcza że mają one właściwości lecznicze. W jednych basenach woda ma prawie 40 stopni i nadaje się do leżenia i miłego wygrzewania, w innych jest bardziej ochłodzona, żeby można było w niej pływać.
Wyjazd na Słowację to świetny pomysł, który polecam wszystkim znajomym. Jednak zawsze staram się lojalnie uprzedzać o niektórych lokalnych zwyczajach, które mogą dziwić, ale mogą też drażnić.
Od czasu do czasu można napotkać "ducha socjalizmu", od którego już odwykliśmy - na przykład ekspedientki, które zdają się robić łaskę, że nas obsługują, albo są tak zajęte rozmową, że klienci boją się im przeszkodzić. Na szczęście takie podejście do turystów powoli się zmienia - generalnie jest lepiej niż parę lat temu. Pozostały jednak w wielu miejscach "podwójne" ceny - inne dla Słowaków i inne dla obcokrajowców.
Tak bywa w wielu hotelach i muzeach. Bilety wstępu i tak są tanie, ale obrusza nas sama zasada - dlaczego mamy płacić więcej? Dlaczego za zaparkowanie "malucha" pod wyciągiem płacimy więcej niż słowackie BMW? Niestety, takie są zasady i nie powinniśmy wylewać swojego oburzenia na osoby inkasujące pieniądze, bo to przecież nie one ustalają ceny.
Inną "lokalną specjalnością" są godziny otwarcia przybytków przeznaczonych do zwiedzania - muzeów, jaskiń itp. Na pewno ustalały je "ranne ptaszki", bo nierzadko na ostatnie wejście można załapać się około 14. Jeśli chcesz pozwiedzać coś po dniu na stoku - to się na pewno nie uda. Albo narty, albo zwiedzanie, i to wszystko z rana, bo późnym popołudniem wyciągi też są zamykane.
Po drugie, nie łudź się, że za dużo (czy w ogóle cokolwiek!) uda ci się zwiedzić w weekendy. To są dni wolne od pracy, także dla przewodników, bileterek i innych osób obsługujących turystów. Tak więc muzea czynne od poniedziałku do piątku w godzinach 9-15 nie należą do rzadkości. Dobrze, że w weekendy można przynajmniej pojeździć na nartach - na szczęście wyciągów nie zamykają...