Weronika Naszarkowska-Multanowska, malarka
13.04.2009
, aktualizacja: 10.04.2009 13:24
Serce zostało na Mazowszu, i mieszka - na stałe - na skraju parku krajobrazowego przy rezerwacie malowniczej rzeki Mieni. Wśród piasków i sosen, w drewnianym świdermajerowskim domu
SERWISY
Niezapomniany dzień...
to dzień przyjazdu do nadmorskiej miejscowości Pwhelli w Walii. Adres pensjonatu brzmiał lakonicznie: "Plaża południowa". Był lipiec, środek sezonu, a my, w zdumieniu, przemierzaliśmy wymarłe miasto. Okna zabite deskami. Nikogo. Na plaży żywego ducha. Przerażający skrzek mew - Hitchcock. Na brzeg morza wyszła po nas właścicielka pensjonatu, garbuska. Byliśmy jedynymi pensjonariuszami. Nasz apartament o zapachu zbutwiałych liści, nigdy niemytych oknach, przez które majaczyło światło, wyposażony był w kilka koncertowych fortepianów. Mówiło się, że nikt na nich nie gra, ale codziennie po powrocie zastawaliśmy rozłożone nuty. Czuliśmy się jak bohaterowie filmu grozy. Deszcz nigdy nas nie opuszczał. Mimo to zaczarowały nas tajemniczo-bujne ogrody, ponure klify, pobudzające wyobraźnię zamki na pustkowiach, księżycowe odpływy morza, ciepło-wilgotne klimaty Golfsztromu. Wakacje w Walii były tak fantastyczne, że na pamiątkę do naszej rodziny dołączyła suczka welsch corgi.
Dolecieliśmy...
samolotem do Londynu, a do Walii dojechaliśmy samochodem.
W Polsce lubię...
tereny wschodnie, a szczególnie Drohiczyn. Spędzałam tam wakacje z mamą na plenerach malarskich. Było pod każdym względem malowniczo. Malarzy inspirowała "rozlewistość" nadbużańskich pejzaży. Z Góry Zamkowej rozciągał się widok, którego "okiem sokoła nie zmierzy ". Można było sobie wyobrażać niekończące się łupieżcze przemarsze wojsk najróżniejszych. Drohiczyn przechodził z rąk do rąk. Panowali tu książęta ruscy, królowie polscy, Tatarzy, Litwini, Szwedzi. Po przetaczającej się historii zostały zabytki: Góra Zamkowa, cerkiew greckokatolicka, ogromne, jak na skalę miejscowości, barokowe kościoły, klasztor Benedyktynów, resztki starego kirkutu w Kozich Rowach.
Kiedy odwiedzam Drohiczyn, wracają obrazy z przeszłości. Malarze z płótnami i sztalugami przedzierający się przez stada krów na nadbużańskich łąkach. Profesor, w ogromnym kapeluszu, który stojąc po pas w Bugu, czytał książkę - intelektualista nie może marnować czasu. Dzieciarnia wyposażona w widelce, grzebiąca w podmywanej skarpie w poszukiwaniu skarbów Jadźwingów (przekazanych do Muzeum Archeologicznego). Herbatki na plebanii. Przepiękne przydomowe ogródki, w których kwiatki mieszały się z ogórkami, dynią i marchewką. Piątkowe wyprawy na targ do Siemiatycz, skąd przywoziło się masło (palce lizać!) w liściach chrzanu.
Moje wspomnienia przywołują odległe czasy, ale można je snuć do woli, bo w Drohiczynie niewiele się zmieniło. Mało jest miejsc tak atrakcyjnych, w których mieszkańcy ze wschodnią życzliwością i otwartością pogawędzą z przyjezdnym. A historie o niedostępnej wyspie duchów czy skarbie Jadźwingów brzmią wiarygodnie. Drohiczyn to miejsce dla ludzi z wyobraźnią.
Podróżując z...
mężem staramy się znaleźć miejsca specjalne, dziwne. Szukamy bocznych dróg. Ciekawią nas ludzie, ich życie i opowieści. Unikamy jak ognia sieciowych hoteli. Kilkakrotnie powracaliśmy do pensjonatu Macieja Falkiewicza w Janowie Podlaskim, który mieści się w zabytkowym Domu Ryttów. Jest to zarazem galeria autorska, pełna antyków, zabawnych znalezisk, zaczarowanych gratów. Panuje tu artystyczny rozgardiasz. Śniadania są wtedy, kiedy wszyscy wstaną, a obiady, kiedy zupa się ugotuje. Przez okno zaglądają ulubione konie, w salonie rezydują koty, po podwórku przechadza się indor.
Największym atutem jest osobowość i gościnność Macieja, jego wspaniałe obrazy, które można oglądać na różnych etapach tworzenia. Gospodarz jest zapalonym i pełnym fantazji koniarzem. Organizuje biegi Świętego Huberta, zaprasza na rajdy do Drohiczyna, przeprawy przez Bug. Takie klimaty to jest coś, co sprawia nam prawdziwą przyjemność i czego szukamy.
Wspaniałe wakacje...
spędziliśmy w Mondaino, w kamiennym domu na pustkowiu. Po przyjeździe okazało się, że ma on dwanaście sypialni i codziennie spaliśmy w innej. Po zmierzchu otaczały nas szumy, szmery, szepty i głosy. Później dowiedzieliśmy się, że dom był starą austerią. Nocami wspominał czasy dawnej świetności.
W tym roku w Buonconvento trafiliśmy do gospodarstwa agroturystycznego, oddalonego o dziesięć kilometrów od najbliższego miasteczka. Całe obejście pełne było przedziwnych, recyklingowych rzeźb. Okazało się, że gospodarz ma duszę artysty. Wśród toskańskiego pejzażu, niezmiennego, jak z obrazów starych mistrzów, te szalone rzeźby z resztek po cywilizacji robiły wrażenie.
Niebo w gębie...
poczułam w restauracji Carskiej w Białowieży. Trafiliśmy przypadkiem. Spodobał nam się parokilometrowy dojazd po wertepach. Spodziewaliśmy się, przewrotnie, że pod pompatyczną nazwą kryje się mało uczęszczana jadłodajnia, a trafiliśmy na najbardziej wyrafinowaną kuchnię. Klimaty białorosyjskie. Niezwykłą, pieczołowicie odrestaurowaną architekturę carskiego dworca. Jesiotra, którego nie da się zapomnieć.
Na wyprawę...
zawsze zabieram chęć nowych doznań i otwarcie na niespodziankę. Staram się ani na chwilę nie zapominać, że to, co wydaje się koszmarem, może być najmocniejszym wspomnieniem i najzabawniejszą anegdotą.
Nie mam...
wymarzonego celu podróży. Nasze plany kształtuje chwila, czyjaś opowieść, zdjęcie, obraz. Mamy tylko jedną zasadę: staramy się pobyć w każdym miejscu dłużej niż chwilę. Poczuć prawdę ludzi, przyrody, historii.
W podróżowaniu...
tak naprawdę najprzyjemniejsze jest powracanie do domu. Wspominanie przygód, zmyślanie przygód. Opowiadanie wymyślonych przygód przyjaciołom w starym drewnianym domu nad rzeką Mienią.
to dzień przyjazdu do nadmorskiej miejscowości Pwhelli w Walii. Adres pensjonatu brzmiał lakonicznie: "Plaża południowa". Był lipiec, środek sezonu, a my, w zdumieniu, przemierzaliśmy wymarłe miasto. Okna zabite deskami. Nikogo. Na plaży żywego ducha. Przerażający skrzek mew - Hitchcock. Na brzeg morza wyszła po nas właścicielka pensjonatu, garbuska. Byliśmy jedynymi pensjonariuszami. Nasz apartament o zapachu zbutwiałych liści, nigdy niemytych oknach, przez które majaczyło światło, wyposażony był w kilka koncertowych fortepianów. Mówiło się, że nikt na nich nie gra, ale codziennie po powrocie zastawaliśmy rozłożone nuty. Czuliśmy się jak bohaterowie filmu grozy. Deszcz nigdy nas nie opuszczał. Mimo to zaczarowały nas tajemniczo-bujne ogrody, ponure klify, pobudzające wyobraźnię zamki na pustkowiach, księżycowe odpływy morza, ciepło-wilgotne klimaty Golfsztromu. Wakacje w Walii były tak fantastyczne, że na pamiątkę do naszej rodziny dołączyła suczka welsch corgi.
Dolecieliśmy...
samolotem do Londynu, a do Walii dojechaliśmy samochodem.
W Polsce lubię...
tereny wschodnie, a szczególnie Drohiczyn. Spędzałam tam wakacje z mamą na plenerach malarskich. Było pod każdym względem malowniczo. Malarzy inspirowała "rozlewistość" nadbużańskich pejzaży. Z Góry Zamkowej rozciągał się widok, którego "okiem sokoła nie zmierzy ". Można było sobie wyobrażać niekończące się łupieżcze przemarsze wojsk najróżniejszych. Drohiczyn przechodził z rąk do rąk. Panowali tu książęta ruscy, królowie polscy, Tatarzy, Litwini, Szwedzi. Po przetaczającej się historii zostały zabytki: Góra Zamkowa, cerkiew greckokatolicka, ogromne, jak na skalę miejscowości, barokowe kościoły, klasztor Benedyktynów, resztki starego kirkutu w Kozich Rowach.
Kiedy odwiedzam Drohiczyn, wracają obrazy z przeszłości. Malarze z płótnami i sztalugami przedzierający się przez stada krów na nadbużańskich łąkach. Profesor, w ogromnym kapeluszu, który stojąc po pas w Bugu, czytał książkę - intelektualista nie może marnować czasu. Dzieciarnia wyposażona w widelce, grzebiąca w podmywanej skarpie w poszukiwaniu skarbów Jadźwingów (przekazanych do Muzeum Archeologicznego). Herbatki na plebanii. Przepiękne przydomowe ogródki, w których kwiatki mieszały się z ogórkami, dynią i marchewką. Piątkowe wyprawy na targ do Siemiatycz, skąd przywoziło się masło (palce lizać!) w liściach chrzanu.
Moje wspomnienia przywołują odległe czasy, ale można je snuć do woli, bo w Drohiczynie niewiele się zmieniło. Mało jest miejsc tak atrakcyjnych, w których mieszkańcy ze wschodnią życzliwością i otwartością pogawędzą z przyjezdnym. A historie o niedostępnej wyspie duchów czy skarbie Jadźwingów brzmią wiarygodnie. Drohiczyn to miejsce dla ludzi z wyobraźnią.
Podróżując z...
mężem staramy się znaleźć miejsca specjalne, dziwne. Szukamy bocznych dróg. Ciekawią nas ludzie, ich życie i opowieści. Unikamy jak ognia sieciowych hoteli. Kilkakrotnie powracaliśmy do pensjonatu Macieja Falkiewicza w Janowie Podlaskim, który mieści się w zabytkowym Domu Ryttów. Jest to zarazem galeria autorska, pełna antyków, zabawnych znalezisk, zaczarowanych gratów. Panuje tu artystyczny rozgardiasz. Śniadania są wtedy, kiedy wszyscy wstaną, a obiady, kiedy zupa się ugotuje. Przez okno zaglądają ulubione konie, w salonie rezydują koty, po podwórku przechadza się indor.
Największym atutem jest osobowość i gościnność Macieja, jego wspaniałe obrazy, które można oglądać na różnych etapach tworzenia. Gospodarz jest zapalonym i pełnym fantazji koniarzem. Organizuje biegi Świętego Huberta, zaprasza na rajdy do Drohiczyna, przeprawy przez Bug. Takie klimaty to jest coś, co sprawia nam prawdziwą przyjemność i czego szukamy.
Wspaniałe wakacje...
spędziliśmy w Mondaino, w kamiennym domu na pustkowiu. Po przyjeździe okazało się, że ma on dwanaście sypialni i codziennie spaliśmy w innej. Po zmierzchu otaczały nas szumy, szmery, szepty i głosy. Później dowiedzieliśmy się, że dom był starą austerią. Nocami wspominał czasy dawnej świetności.
W tym roku w Buonconvento trafiliśmy do gospodarstwa agroturystycznego, oddalonego o dziesięć kilometrów od najbliższego miasteczka. Całe obejście pełne było przedziwnych, recyklingowych rzeźb. Okazało się, że gospodarz ma duszę artysty. Wśród toskańskiego pejzażu, niezmiennego, jak z obrazów starych mistrzów, te szalone rzeźby z resztek po cywilizacji robiły wrażenie.
Niebo w gębie...
poczułam w restauracji Carskiej w Białowieży. Trafiliśmy przypadkiem. Spodobał nam się parokilometrowy dojazd po wertepach. Spodziewaliśmy się, przewrotnie, że pod pompatyczną nazwą kryje się mało uczęszczana jadłodajnia, a trafiliśmy na najbardziej wyrafinowaną kuchnię. Klimaty białorosyjskie. Niezwykłą, pieczołowicie odrestaurowaną architekturę carskiego dworca. Jesiotra, którego nie da się zapomnieć.
Na wyprawę...
zawsze zabieram chęć nowych doznań i otwarcie na niespodziankę. Staram się ani na chwilę nie zapominać, że to, co wydaje się koszmarem, może być najmocniejszym wspomnieniem i najzabawniejszą anegdotą.
Nie mam...
wymarzonego celu podróży. Nasze plany kształtuje chwila, czyjaś opowieść, zdjęcie, obraz. Mamy tylko jedną zasadę: staramy się pobyć w każdym miejscu dłużej niż chwilę. Poczuć prawdę ludzi, przyrody, historii.
W podróżowaniu...
tak naprawdę najprzyjemniejsze jest powracanie do domu. Wspominanie przygód, zmyślanie przygód. Opowiadanie wymyślonych przygód przyjaciołom w starym drewnianym domu nad rzeką Mienią.
- hotele
- loty
- Oferty Booking.com
- Oferty FRU.PL
Podróże.gazeta.pl na Facebooku
Aktualna oferta

Podróżuj z nami co tydzień.
Przykładowy newsletterZaplanuj wakacje
Polska na weekend
Kontakt z redakcją
- ul. Czerska 8/10
- 00-732 Warszawa
- redakcja.podroze@gazeta.pl




więcej zdjęć









