Włochy - Trani. Pod ostrogą włoskiego buta

Tu jada się naprawdę późno. Patrzymy z niedowierzaniem, jak o godz. 22 restauracja zaczyna się wypełniać... przedszkolakami!
Do Trani przyjeżdżamy "w ciemno". Przebijając się przez jednokierunkowe, ciasne, zapchane samochodami uliczki, docieramy wreszcie na jakiś opustoszały plac otoczony podupadającymi kamienicami. Parkujemy i ruszamy pieszo na poszukiwanie noclegu. W najbliższym sklepiku z prasą i tysiącem drobiazgów pytamy o pokoje do wynajęcia. Sprzedawca zastanawia się chwilę, naradza ze znajomym i wspólnie orzekają, że znają jedno miejsce. - Jak tam dojechać? - To skomplikowane - sklepikarz drapie się w głowę. - Lepiej pójdźcie na piechotę, zapytajcie, czy są miejsca, a potem podjedziecie.

Tak znajdujemy pokój w B&B (40 euro bez śniadania) w zabytkowej kamienicy nad sklepem z owocami morza, przy wysadzanym piniami placu Gradenigo, na którym codziennie sprzedają wprost z ciężarówki pachnące, złociste melony. Stąd można dojść wszędzie - nad morze, do katedry, do zamku i na targ rybny.

***

Trani, miasto portowe w Apulii, leży tuż pod ostrogą włoskiego buta, 40 km od Bari, stolicy prowincji. Według legendy założył je syn Diomedesa, jednego z bohaterów "Iliady". We wczesnym średniowieczu Trani było znaczącym portem handlowym, bramą na wschód, miejscem współistnienia wielu różnych kultur - żyła tu największa na południu Włoch społeczność żydowska. W XI w. spisano tu prawdopodobnie pierwszy średniowieczny kodeks morski, tzw. Ordinamenta Maris, w XII w. wybudowano wspaniałą katedrę, a w XIII w. - cesarz Fryderyk II postawił nad brzegiem morza jeden ze swoich imponujących zamków. Z Trani wyruszały krucjaty, kościół i szpital miał tu zakon templariuszy. Miasto utrzymało silną pozycję aż do końca XVIII w., dzieląc losy całego południa pozostającego pod wpływami francuskimi i hiszpańskimi. Zniszczone w 1799 r. podczas walk między Francją a królem Obojga Sycylii Ferdynandem I straciło swój prymat na rzecz Bari i nigdy już nie odzyskało dawnego znaczenia. Dziś port w Trani służy głównie rybakom i sportowcom, a 50-tysięczne miasto ma charakter raczej prowincjonalny. Choć szczyci się powstaniem jednej z pierwszych w regionie instytucji do spraw turystyki, turystów przyjeżdża tu niewielu.

Wszystko to sprawia, że Trani zachowało niezwykły, naturalny urok, a mieszkańcy wydają się żyć tak, jak żyli od zawsze.

***

Pierwszego wieczoru szybko rozpakowujemy walizki i wychodzimy na miasto, żeby coś zjeść. Centrum wydaje się puste, ale port jarzy się światłami i tętni życiem. Nie ma jednak co liczyć na kolację przed godz. 21 - tu jada się naprawdę późno. I to niezależnie od wieku - patrzymy z niedowierzaniem, jak o godz. 22 jedna z restauracji zaczyna się wypełniać... przedszkolakami!

W menu głównie owoce morza i ryby, ale są też dania kuchni ogólnowłoskiej, jak pesto czy zwykły sos pomidorowy Razem z pieczywem dostaje się zwykle tzw. taralli (sucharki trochę podobne do precli) przyprawione włoskim koprem, anyżkiem albo grzybami (można je kupić w lokalnych sklepach spożywczych i na straganach). Pozytywnie zaskakuje nas makaron, jest delikatny i dość miękki (klasyczny al dente niech się schowa), bo wyrabiany ręcznie, z dodatkiem jajek (kluskożercom polecamy znakomitą Trattoria Sapori przy via Zanardelli).

Znamienna dla miast południa Włoch jest obecność bezdomnych psów. W Trani widać je głównie na nabrzeżu, są duże (często wielkości owczarka niemieckiego), chude i zaniedbane. Wieczorami śpią na chodnikach, nie reagując na przechodzących ludzi. Zbierają się w porcie. Może w nocy karmione są odpadkami z restauracji albo nad ranem resztkami ryb z połowów? Widok tych miejskich psów i brak jakiejkolwiek reakcji ze strony przechodniów bardzo nas porusza. Mamy chwilowe wrażenie, że znaleźliśmy się gdzieś daleko poza Europą Zachodnią.

***

Z portu widać w oddali dzwonnicę i transept katedry, którą słusznie nazywa się królową kościołów apulijskich - w żółtych światłach latarń wydaje się cudem architektury romańskiej. Rano na tle nieba i morza wygląda jeszcze wspanialej. Stoi bowiem nad samym brzegiem Adriatyku, a jej kremowo-biała fasada z lokalnego wapienia idealnie harmonizuje z turkusowo-kobaltową wodą i lazurowym niebem. Wybudowano ją w latach 1099-1143 dla uczczenia greckiego pielgrzyma San Nicola Pellegrino (św. Mikołaj Pielgrzym), który przybył do Apulii z nabożnym śpiewem na ustach - tak głośnym, że za zakłócanie spokoju wyrzucano go z kolejnych miast. Arcybiskup Trani dostrzegł w nim jednak świętość. Kiedy po kilku dniach pobytu w Trani Nicola zmarł, szybko go kanonizowano i rozpoczęto budowę świątyni, czy raczej rozbudowę istniejącego kościoła Santa Maria.

Fasadę katedry obiega rząd ślepych arkad. Nad wejściem umieszczono dość prostą rozetę otoczoną nieco dziwacznymi rzeźbami. Z tyłu, od strony morza, zaskakują trzy niezwykle wysokie absydy. Wnętrze podzielone jest na trzy nawy i zajmuje trzy poziomy. Z nawy głównej schodzi się do krypty św. Mikołaja, z gęsto rozmieszczonymi 28 kolumnami, gdzie przechowywane są relikwie świętego. Potem do kolejnej krypty - pierwotnego kościoła Santa Maria, również trzynawowego, wspartego na 22 kolumnach, ozdobionego mocno zniszczonymi freskami.

Do katedry przylega niezwykła dzwonnica z XIII w. zbudowana na kilkunastometrowym łuku. Pierwsze i drugie piętro zdobią biforia (okna z podwójnymi arkadami), wyżej mamy kolejno: triforia, quadriforia i pentaforia. W latach 50. XX w. usunięto z budowli wszelkie barokowe dewiacje i dziś możemy podziwiać ją w romańskiej prostocie i surowości.

Niedaleko na nabrzeżu stoi omywany przez fale Castello Svevo, zamek cesarza Fryderyka II, który na południu Włoch stworzył w XIII w. całą sieć twierdz, z najsłynniejszym Castel del Monte uważanym za jedno z najdoskonalszych dzieł architektury średniowiecza (ok. 40 km od Trani w głąb lądu). Zamek w Trani wzniesiono na planie kwadratu, z czterema wieżami i dziedzińcem. Niegdyś otaczała go fosa, do głównej bramy wiódł drewniany most zwodzony, potem zastąpiony przez kamienny. Pierwszą znaczącą przebudowę twierdza przeszła w XVI w., kolejną w XIX, kiedy przekształcono ją w więzienie. W czasie generalnej renowacji w latach 70. XX w. usunięto sporo z tych zmian i oczyszczono mury. Zamek lśni w słońcu i wygląda jak nowy. Wewnątrz mieści się małe muzeum.

***

Te dwa najcenniejsze zabytki leżą w najstarszej części Trani, niegdyś otoczonej murami, zburzonymi w II połowie XIX w. Obejmuje ona też dawną dzielnicę żydowską - Giudecca. Pod rządami Fryderyka II, tolerancyjnego dla różnych wyznań, Żydzi mogli tu mieszkać i prosperować, przyczyniając się znacząco do rozwoju miasta. Zaczęto ich prześladować w XVI w. i dopiero teraz społeczność hebrajska zaczyna się powoli odradzać. Z czterech synagog pozostały dwie, w tym przywrócona do swoich funkcji synagoga przy Piazza Scolanova, którą można zwiedzać, a jeśli jest zamknięta, to chociaż zajrzeć przez okno.

Dwie uliczki dalej, przy długiej, wijącej się via Ognisanti stoi Chiesa di Ognisanti (kościół Wszystkich Świętych), zbudowany przez templariuszy w pierwszej połowie XII w. Rycerze Świątyni prowadzili tu również dom dla pielgrzymów, realizując pierwotny, podstawowy cel bractwa, czyli sprawowanie opieki nad wiernymi wędrującymi do Ziemi Świętej. Niestety, kościoła nie udaje nam się zwiedzić - podobno otwierany jest sporadycznie. Pozostaje więc podziwianie prostego portalu z arkadami, w które wmontowano ochronne kraty. Do budynku przylegają kamienice, chcąc zobaczyć prezbiterium, trzeba przejść aż na portowe nabrzeże. Zniszczone absydy i nieruchomy dzwon na wieży robią smętne wrażenie.

Niedaleko stąd, na Piazza Longobardi, trafiamy na cudny targ rybny, który odbywa się codziennie rano. Mieszkańcy i restauratorzy kupują żywe ryby, kraby, małże, krewetki z nocnego połowu. Sprzedawców słychać już z daleka, jak śmieją się i przekrzykują, zachwalając swój towar. Największy tłum kłębi się przy solidnym mężczyźnie o masywnych przedramionach spalonych na ciemny brąz. Być może na jego prostym drewnianym wózku rzucają się w męce najlepsze kąski? Na straganach można też kupić sery po bardzo przystępnych cenach, wędliny, świeże owoce i warzywa o niepowtarzalnym, intensywnym smaku, jaki spotyka się chyba tylko na południu. Są także przeróżne przetwory: nadziewane papryczki, czosnek, miejscowe dzikie cebulki lampascioni, oliwki, karczochy, grzyby upchane w litrowych słojach. Przyjemność z uczestniczenia w tym porannym, radosnym handlowaniu zakłóca nam widok chudych, bojaźliwych kotów, chowających się pod samochodami albo w bramach w oczekiwaniu na ochłapy.

***

Stare Trani ma jasny kolor wapienia, wydaje się suche i szorstkie pod niewiarygodnie intensywnym, nieskazitelnym błękitem nieba. Większość domów zbudowano z dość dużych bloków kamiennych, teraz gdzieniegdzie poczerniałych z brudu i od spalin, poprzerastanych roślinnością. Wędrujemy powoli po zaniedbanych uliczkach centrum, obserwując zwyczajne i, jak się zdaje, od wieków niezmienione życie mieszkańców. Natykamy się na rybaków, którzy siedząc na stołkach przed kamienicą, czyszczą i naprawiają sieci (bardzo chętnie pozwalają się fotografować, a nawet domagają się indywidualnych ujęć). Drzwi do mieszkań są często oszklone, bez zasłon, niekiedy otwarte na oścież, tak że widać ich wnętrza: rodziny przy obiedzie albo haftujące kobiety, które spoglądają na nas z ciekawością. Na jednym z maleńkich przydomowych straganów kupujemy niezwykle słodkie, świeżo zerwane białe winogrona, ważone na oko w ręku, bo sprzedająca nie ma wagi.

W mieście robi się też wino. Najsłynniejsze to słodkie Moscato di Trani, które zyskało oznaczenie DOC, ale do obiadu pija się wina stołowe wytrawne. Zauważywszy suterenę z kilkoma beczkami, w których właśnie trwa fermentacja, wchodzimy, aby kupić lokalny specjał. Młodziutkie wino kosztuje grosze, producent sprzedawca nalewa je nam do plastikowych butelek po napojach, które trzyma przygotowane na stoliku (na wszelki wypadek nie przyglądam im się zbyt dokładnie, chcę wierzyć, że są wystarczająco czyste). Wino trzeba wypić jak najszybciej, nie da się go przechowywać.

Na ulicy można kupić surowe oliwki wprost ze skrzynki, które smaży się potem na oliwie (sposób nieznany na północy Włoch, gdzie oliwki się obowiązkowo zasala albo zakwasza, żeby pozbyć się goryczki). Produkcja oliwy jest ważną i dochodową częścią gospodarki południa - 40 proc. włoskiej oliwy pochodzi właśnie z Apulii. Ma ona zwykle wyjątkowy, mocno owocowy zapach i wspaniały, zdecydowany smak. Gdy próbuję jej po raz pierwszy, wiem od razu, że to będzie moja ulubiona oliwa.

Przy via Ognisanti 108 mieści się chyba najlepsza lodziarnia w Trani, a być może nawet i w całej Apulii (albo i w całych Włoszech) - Orso Bianco (Biały Niedźwiedź). Kiczowaty pysk białego niedźwiedzia sterczy nad drzwiami lokalu, a z chodnika unosi się podświetlony na niebiesko dym. Czyż można nie wstąpić do takiego przybytku? Lody są wspaniałe, nie mamy najmniejszych wątpliwości, że robią je ze świeżych, naturalnych produktów. Najwyraźniej czuć to w pistacjowych, kręconych z orzeszków, bo są słonawe. Orso Bianco czynna jest tylko wieczorami, ponieważ, jak wyjaśniła nam sprzedawczyni, potrzeba całego dnia, żeby wyprodukować odpowiednią ilość lodów. Tu nie sprzedaje się lodów wczorajszych. Nasz plan, aby ostatnie śniadanie w Trani przed wyruszeniem w dalszą podróż po gorącym wybrzeżu Apulii zjeść właśnie w lodziarni, spalił na panewce...

* A.M. Goławska jest autorką książki "Toskania, Umbria i okolice. Przewodnik subiektywny"