Słowacja - Sulovskie Vrchy

Po drodze nie brak punktów widokowych, trzeba tylko uważać, by w pogoni za wyjątkowym zdjęciem nie zrobić o jeden krok za dużo...
Sulovskie Vrchy to wymarzone miejsce dla miłośników wspinaczki. Najczęściej słychać tu rozmowy o przejściu drogi 6+ czy 9-, na wędkę albo z własną asekuracją. Lina, szpej i niewygodne, maleńkie "baletki" to jednak nie dla mnie, wolę moje ciężkie buty i kije trekkingowe. Na szczęście góry zmieszczą miłośników obu tych sportów. Z Bielska-Białej przez Cieszyn to tylko 140 km, a tłumów nie ma ani na szlakach, ani na drogach.

***

Sulov to maleńka miejscowość: sklep, dwa bary, kościół i dom modlitwy. I chyba wciąż jeszcze działające głośniki zamontowane wzdłuż głównej ulicy. Najwyższy góra Wielki Manin ma zaledwie 890 m, ale szlaków do wędrówki nie zabraknie. Razem z Małym Maninem (812 m) dominuje nad okolicą.

Zielony szlak zaczyna się we wsi Zaskalie. Malowniczymi łąkami, a później pięknym bukowym lasem w niespełna godzinę dochodzę do miejsca, gdzie łączy się z żółtym. Chyba tylko na początku maja bukowe liście mają tak intensywny, soczysty zielony kolor! Jeszcze kilkadziesiąt minut i prawie osiągam wierzchołek Wielkiego Manina. Szlak omija szczyt, by zakosami zejść w stronę miejscowości Povazska Tepla. Skorzystanie z wąskiej ścieżki, wydeptanej przez nielicznych zdobywców, jest chyba mniejszym przestępstwem niż jazda motorem w granicach parku krajobrazowego. Niestety, dwie takie maszyny na chwilę zakłóciły moją wędrówkę.

Kto widział słowackie Tatry zniszczone przez wichurę ponad dwa lata temu, nie będzie zaskoczony. Ja nie byłam tu ostatnio, więc zejście z Manina sprawiło mi wielką przykrość. Po zaledwie kilkuset metrach szlak się urywa. Zniszczyły go powyrywane z korzeniami drzewa, niektóre, już pocięte, czekają na zwózkę. Żeby zejść kilkaset metrów w dół, trzeba się nieźle namęczyć. W końcu, na przełaj, między drzewami, udało mi się trafić z powrotem na szlak. Jeszcze kilkanaście minut i ścieżka doprowadziła mnie do wąskiej asfaltowej drogi.

Wzdłuż Maninskiego Potoku warto podejść w górę, by zobaczyć wąwóz Manin, gdzie droga wciska się między skały. W najwęższym miejscu wąwóz ma zaledwie 3,7 m. W przeszłości był nieprzejezdny dla wozów i furmanek. By przedostać się na drugą stronę, woźnica musiał rozładować i zdemontować wóz, a później złożyć go na nowo. Dzisiejszy kształt osiągnięto w 1933 r., wysadzając skały blokujące przejazd. Dzięki temu jest znacznie szerzej, ale i tak samochody nie mogą się minąć. Ponad głowami skały do wspinaczki, przy jednej z nich tablice upamiętniające wspinaczy, także tych, którzy zginęli tu tragicznie. "Skały piękne, skały okrutne" - głosi motto na jednej z nich.

Sulovskie Vierchy to także ruiny zamków budowanych w trudno dostępnych miejscach. Najpopularniejszy jest Sulovski Zamek, a raczej to, co z niego zostało - zielonym szlakiem docieram tu w godzinę. Znacznie dłużej trzeba maszerować do ruin Hricovego Zamku. Ale za to można mieć pewność, że po drodze nikogo nie spotkamy.

Podczas dwugodzinnej wędrówki mijam dwa szczyty - Bradę (816 m) i Rohac (802 m). Po drodze nie brak punktów widokowych, trzeba tylko uważać, by w pogoni za wyjątkowym zdjęciem nie zrobić o jeden krok za dużo... Z przełęczy pod Rohacem jeszcze godzina czerwonym szlakiem - ścieżka do ruin odchodzi w lewo (uwaga: łatwo ją przegapić!). Po niewielkim zamku zostały piwnice i kilka ścian. "Wejście na własną odpowiedzialność" - ostrzega tablica, ale trudno się oprzeć.

Tą samą drogą wracam na przełęcz zielonym, a później niebieskim szlakiem. Najpierw bukowym lasem do Rohackiego Siodełka, gdzie przygotowano miejsce dla strudzonych wędrowców, później piękną łąką (łąki to najlepsza reklama tych niewysokich gór). Cała wycieczka zajęła mi ok. 6 godzin.

***

Znajomi od rana wspinają się w Maninie, 17 km od Sulova. Zamiast jechać tam autem, wybieram jeden z dwóch szlaków łączących obie wsie. Oznakowane na zielono i czerwono są także ścieżką rowerową. Pieszo to niewiele ponad godzinę, później drugie tyle trzeba iść po asfalcie. Po drodze można zobaczyć kilkudziesięciometrowej wysokości skalne okno - jeden z największych nawisów we wschodnich Karpatach.

Sulov to także miejsce dla ornitologów. W lasach mieszka aż 80 gatunków ptaków. Ich śpiewy towarzyszyły mi kolejnego dnia, kiedy szłam z Sulova żółtym szlakiem na przełęcz Pastuch (ok. godziny). Gdybym poszła dalej za żółtymi znakami, po kolejnych dwóch godzinach mogłabym odpoczywać w Rajeckich Teplicach - wybrałam jednak Zibrid (867 m). Z przełęczy Pastuch jest dosyć stromo, ale idzie się 20 min. Wracam na przełęcz i znowu stromo do góry. Choć to tylko 200 m w pionie, ale można dostać zadyszki. Zielony szlak jest bardzo widokowy - przez trzy godziny z jednej strony mam Sulov, z drugiej Fatrę. Ścieżka przeciska się między skałami (jedna nazywa się Pyskata Kaczka), raz obniżając się o kilkadziesiąt metrów, to znów prowadząc pod górkę. I tak kilkanaście razy. Tylko mapa wprowadza mnie w błąd, podając, że odcinek od Pyskatej Kaczki do Siodełka pod Rohacem można pokonać w pół godziny. W rzeczywistości szybki marsz zajął mi dwa razy tyle. Ale wizja smażonego sera, serowych korbaczyków i zimnego słowackiego piwa dodała mi sił.

Dojazd. Z Bielska-Białej przez Cieszyn, Cadcę i Żylinę, za Bytcą kierunkowskaz na Sulovskie Skały (10 km), można też jechać przez Zwardoń (oba warianty bez winietek).