Łukasz Kalinowski, ekonomista, podróżnik
16.03.2009
, aktualizacja: 13.03.2009 13:32
Serce zostało w Japonii, kraju fascynującego odrębnością, nowoczesnością i jednocześnie infantylnością. Podróż do Japonii jest jak wyprawa na inną planetę
Tłumy ludzi wylewają się z hipernowoczesnych pociągów, jedzą najdziwniejsze jedzenie w niezliczonych barach, przesiadują w salonach gier elektronicznych i nigdy nie odzywają się z własnej inicjatywy do nielicznych cudzoziemców. Stopień nowoczesności i zurbanizowania jest nieporównywalny z żadnym innym miejscem na świecie. Nawet przyroda, choć piękna, jest mocno uregulowana. Aby zobaczyć pasącą się na łące krowę, trzeba pojechać na słabo zaludnioną północną wyspę Hokkaido. Wszystko to sprawia wrażenie obcowania z jakąś wyższą, trudną do ogarnięcia cywilizacją.
Doleciałem tam...
samolotem. Podczas pierwszej wyprawy na Daleki Wschód zwiedziliśmy Japonię i Koreę Północną. Za każdym razem przesiadaliśmy się w Pekinie. Po kolorowej Japonii, Pekin wydawał się szary i przygnębiający. Po powrocie z Korei jawił się jako kraina wolności i swobody, wolnorynkowy raj.
Niezapomniany dzień...
przeżyłem na Tonga, gdzie przyjechaliśmy zobaczyć koronację króla Jerzego Tupu V, jedynego monarchy na Pacyfiku. Tonga jest uzależnione od nowozelandzkiej pomocy finansowej, ale na koronację wydało dwa miliony dolarów! Król wystąpił w gronostajach, zagraniczni goście we frakach i w sukniach balowych, a świta w kreacjach rodem z operetki. Wszystko odbyło się w stolicy Tonga Nuku'alofa, miasteczku o trzech ulicach na krzyż, gdzie obok pałacu królewskiego pasą się świnie, podstawa majątku każdej tongańskiej rodziny. Przez dwa dni stolicę opanowały limuzyny z koronami na tablicach rejestracyjnych, wśród gości był nawet przyszły cesarz Japonii. Po koronacji każdy mógł zrobić sobie zdjęcie ze złotym tronem, który - co z dumą podkreślano - został wykonany w Chinach. Po południu oglądaliśmy pokaz tańców ludowych, tańczonych zarówno na stojąco, jak i na siedząco. Być może są one pochodną genetycznej otyłości Tongańczyków, szczęśliwego i uśmiechniętego narodu żyjącego bezproblemowo na linii zmiany daty, prawdziwym końcu świata.
Nigdy nie podróżuję...
bez dobrej mapy, choć przed wyjazdem zwykle znam mapę na pamięć. Wiele lat temu, zwiedzając byłą Jugosławię, małym fiatem pojechaliśmy na dzień do Albanii. Jedyna droga do stolicy, wąska i pełna wyrw, prowadziła przez wszystkie szczyty gór po kolei. Pokonanie stu kilometrów nam zajęło cały dzień, Tiranę obejrzeliśmy o zachodzie słońca. W drodze powrotnej zerwał się potężny wiatr z ulewą zwalający na drogę drzewa. Ostatnia półka skalna przed przejściem granicznym była zakorkowana przez ponad sto samochodów, częściowo przysypanych lawiną kamieni. Nie mogliśmy zawrócić, myśleliśmy, że utkniemy tam na tydzień. Spaliśmy w samochodzie przykryci mapą, okazało się, że papier bardzo dobrze chroni przed chłodem. Rano obudziło nas pukanie w szybę. Kto i jakim cudem odgruzował górską drogę w kilka godzin - nigdy się nie dowiedzieliśmy.
Najlepsze wakacje spędziłem...
15 lat temu, w czasach studenckich, gdy z grupą przyjaciół wynajęliśmy mikrobus z kierowcą i przejechaliśmy całą Europę aż do przylądka św. Wincentego na czubku Portugalii. To była wielka szkoła demokracji i współżycia społecznego, do dziś pamiętam ten wyjazd niemalże dzień po dniu.
W Polsce lubię...
Bieszczady. Za to, że nic się w nich nie zmienia i pozostają gdzieś na marginesie rzeczywistości. Dolny Śląsk, bo każda góra i dolina kryją tam jakąś tajemnicę. Lubię wybrzeże Bałtyku, ale tylko poza sezonem. W Jastarni wiosną wszystkie sklepiki są pozamykane, ulice puste, a okiennice klekoczą na wietrze
Mój ulubiony hotel...
nie należy do żadnej sieci i pełnił kiedyś zupełnie inną funkcję. W Australii nocowaliśmy w cudownym XIX-wiecznym drewnianym klasztorze otoczonym winnicami. W Kapsztadzie spaliśmy w pensjonacie w wiktoriańskim szeregowcu z kolonialnym salonem, w którym na gości czekała zawsze karafka z sherry. W Polsce moim ideałem jest Młyn Klekotki. Naprawdę niezapomnianą noc przeżyłem jednak, śpiąc na dachu pod gołym, gwiaździstym niebem nad pustynią w Jordanii.
Niebo w gębie poczułem...
na śniadaniu w białowieskim hotelu Żubrówka (tamtejszy bufet nie ma sobie równych w Polsce), w Surinamie, zapomnianej byłej holenderskiej kolonii, gdzie łączą się wpływy kuchni azjatyckiej i karaibskiej, a ostatnio w paryskiej restauracji Le Duc. Rekomendacją był film "Motyl i skafander", którego sparaliżowany bohater, dawniej bon-vivant, marzył o kolacji właśnie w tym miejscu. Le Duc jest zupełnie niepozorny z wyglądu, zdobią go boazerie z lat 70., ale podaje fenomenalne dary morza: zupełnie nieznane rodzaje ślimaków i małż, najznakomitsze ostrygi i niesamowicie przyrządzone ryby.
Nigdy więcej nie powrócę do...
Las Vegas, świata centrów handlowych, tandetnych show i kasyn pełnych ludzi w amoku przepuszczających astronomiczne kwoty.
Wkrótce będę w drodze...
na Spitsbergen i do Paryża. Mam nadzieję, że także do Wodospadów Wiktorii.
Wymarzony cel podróży:
biegun północny, biegun południowy. Liczę też na to, że za mojego życia trafi pod strzechy turystyka kosmiczna.
Doleciałem tam...
samolotem. Podczas pierwszej wyprawy na Daleki Wschód zwiedziliśmy Japonię i Koreę Północną. Za każdym razem przesiadaliśmy się w Pekinie. Po kolorowej Japonii, Pekin wydawał się szary i przygnębiający. Po powrocie z Korei jawił się jako kraina wolności i swobody, wolnorynkowy raj.
Niezapomniany dzień...
przeżyłem na Tonga, gdzie przyjechaliśmy zobaczyć koronację króla Jerzego Tupu V, jedynego monarchy na Pacyfiku. Tonga jest uzależnione od nowozelandzkiej pomocy finansowej, ale na koronację wydało dwa miliony dolarów! Król wystąpił w gronostajach, zagraniczni goście we frakach i w sukniach balowych, a świta w kreacjach rodem z operetki. Wszystko odbyło się w stolicy Tonga Nuku'alofa, miasteczku o trzech ulicach na krzyż, gdzie obok pałacu królewskiego pasą się świnie, podstawa majątku każdej tongańskiej rodziny. Przez dwa dni stolicę opanowały limuzyny z koronami na tablicach rejestracyjnych, wśród gości był nawet przyszły cesarz Japonii. Po koronacji każdy mógł zrobić sobie zdjęcie ze złotym tronem, który - co z dumą podkreślano - został wykonany w Chinach. Po południu oglądaliśmy pokaz tańców ludowych, tańczonych zarówno na stojąco, jak i na siedząco. Być może są one pochodną genetycznej otyłości Tongańczyków, szczęśliwego i uśmiechniętego narodu żyjącego bezproblemowo na linii zmiany daty, prawdziwym końcu świata.
Nigdy nie podróżuję...
bez dobrej mapy, choć przed wyjazdem zwykle znam mapę na pamięć. Wiele lat temu, zwiedzając byłą Jugosławię, małym fiatem pojechaliśmy na dzień do Albanii. Jedyna droga do stolicy, wąska i pełna wyrw, prowadziła przez wszystkie szczyty gór po kolei. Pokonanie stu kilometrów nam zajęło cały dzień, Tiranę obejrzeliśmy o zachodzie słońca. W drodze powrotnej zerwał się potężny wiatr z ulewą zwalający na drogę drzewa. Ostatnia półka skalna przed przejściem granicznym była zakorkowana przez ponad sto samochodów, częściowo przysypanych lawiną kamieni. Nie mogliśmy zawrócić, myśleliśmy, że utkniemy tam na tydzień. Spaliśmy w samochodzie przykryci mapą, okazało się, że papier bardzo dobrze chroni przed chłodem. Rano obudziło nas pukanie w szybę. Kto i jakim cudem odgruzował górską drogę w kilka godzin - nigdy się nie dowiedzieliśmy.
Najlepsze wakacje spędziłem...
15 lat temu, w czasach studenckich, gdy z grupą przyjaciół wynajęliśmy mikrobus z kierowcą i przejechaliśmy całą Europę aż do przylądka św. Wincentego na czubku Portugalii. To była wielka szkoła demokracji i współżycia społecznego, do dziś pamiętam ten wyjazd niemalże dzień po dniu.
W Polsce lubię...
Bieszczady. Za to, że nic się w nich nie zmienia i pozostają gdzieś na marginesie rzeczywistości. Dolny Śląsk, bo każda góra i dolina kryją tam jakąś tajemnicę. Lubię wybrzeże Bałtyku, ale tylko poza sezonem. W Jastarni wiosną wszystkie sklepiki są pozamykane, ulice puste, a okiennice klekoczą na wietrze
Mój ulubiony hotel...
nie należy do żadnej sieci i pełnił kiedyś zupełnie inną funkcję. W Australii nocowaliśmy w cudownym XIX-wiecznym drewnianym klasztorze otoczonym winnicami. W Kapsztadzie spaliśmy w pensjonacie w wiktoriańskim szeregowcu z kolonialnym salonem, w którym na gości czekała zawsze karafka z sherry. W Polsce moim ideałem jest Młyn Klekotki. Naprawdę niezapomnianą noc przeżyłem jednak, śpiąc na dachu pod gołym, gwiaździstym niebem nad pustynią w Jordanii.
Niebo w gębie poczułem...
na śniadaniu w białowieskim hotelu Żubrówka (tamtejszy bufet nie ma sobie równych w Polsce), w Surinamie, zapomnianej byłej holenderskiej kolonii, gdzie łączą się wpływy kuchni azjatyckiej i karaibskiej, a ostatnio w paryskiej restauracji Le Duc. Rekomendacją był film "Motyl i skafander", którego sparaliżowany bohater, dawniej bon-vivant, marzył o kolacji właśnie w tym miejscu. Le Duc jest zupełnie niepozorny z wyglądu, zdobią go boazerie z lat 70., ale podaje fenomenalne dary morza: zupełnie nieznane rodzaje ślimaków i małż, najznakomitsze ostrygi i niesamowicie przyrządzone ryby.
Nigdy więcej nie powrócę do...
Las Vegas, świata centrów handlowych, tandetnych show i kasyn pełnych ludzi w amoku przepuszczających astronomiczne kwoty.
Wkrótce będę w drodze...
na Spitsbergen i do Paryża. Mam nadzieję, że także do Wodospadów Wiktorii.
Wymarzony cel podróży:
biegun północny, biegun południowy. Liczę też na to, że za mojego życia trafi pod strzechy turystyka kosmiczna.
-
Łukasz Kalinowski, ekonomista, podróżnik
upiorki
25.03.09, 23:29
pozdrowienia dla Łukasza Kalinowskiego... pozdrawia Monika Kalinowska :)»
-
Rozumiem,ze gdyby kieszen byla pelna,opinia
paseo
26.03.09, 12:06
o Las Vegas bylaby inna»
- hotele
- loty
- Oferty Booking.com
- Oferty FRU.PL
Podróże.gazeta.pl na Facebooku
Aktualna oferta

Podróżuj z nami co tydzień.
Przykładowy newsletterZaplanuj wakacje
Polska na weekend
Kontakt z redakcją
- ul. Czerska 8/10
- 00-732 Warszawa
- redakcja.podroze@gazeta.pl
















