Marta Rękas, studentka SGH i członek Klubu Turystycznego Tramp, przewodnik portalu www.koniecswiata.net

Serce zostało w... Kanadzie. Jest przeogromna. Ani w Europie, ani w Azji nie ma tak bezkresnej przestrzeni jak tutaj
Świetnie ujął to pewien Szwajcar, którego spotkaliśmy w podróży. Mieszka w Kanadzie od 12 lat. - André, czemu wyjechałeś ze Szwajcarii, przecież macie takie piękne góry? - pytaliśmy zdziwieni. A on na to, że w kraju było mu za ciasno...

Choć może zabrzmi to górnolotnie, nigdzie indziej człowiek nie jest tak blisko natury. Odczułam to zwłaszcza w Górach Skalistych. Życia nie starczy, by je przejść. Są surowe i niedostępne, zupełnie jak w książkach Jacka Londona o pierwszych pionierach. Nigdy nie zapomnę też Dempster Highway w prowincji Jukon - wyboistej drogi szutrowej liczącej ponad 700 km. Nazywana jest szosą, która zabija opony. I faktycznie, straciliśmy aż cztery. Cudem dotarliśmy do najbardziej wysuniętej na północ eskimoskiej wioski Inuvik. Wrażenie przygnębiające - większość mieszkańców żyje z zasiłku, przez pół roku trwa tutaj noc polarna.

Lubię też...

Azję Centralną. Podróżowałam po Uzbekistanie, Tadżykistanie i Kirgistanie. To wciąż mało znane rejony. W górach Pamir w zachodniej części Tadżykistanu są miejsca, które trudno znaleźć nawet na mapie. Turysta z kijami trekkingowymi i aparatem fotograficznym na szyi robi na tadżyckich pasterzach niesamowite wrażenie. Są oni potomkami Persów, a ich język nie zmienił się od wieków - swobodnie czytają starożytne teksty pochodzące z czasów króla Dariusza I. Ostatnim razem, gdy byłam w Tadżykistanie, zdobyłam z przyjaciółmi Pik Lenina. Z siedmiu osób na szczyt weszło aż pięć! Z tej podróży pamiętam też Dolinę Wachańską tuż przy granicy z Afganistanem, gdzie nocowaliśmy u lokalnego biznesmena Rashida. Handlował cukrem, jeździł regularnie do Kabulu, nie przejmując się sytuacją polityczną. Żartował, że na czas interesów ogłasza się zawieszenie broni, bo business is business. Miło też wspominam gościnnych Kirgizów. Zanim na dobre ruszyliśmy w góry, musieliśmy najpierw obowiązkowo odwiedzić kilka jurt. W każdej trzeba było porozmawiać (choć nawet po rosyjsku niełatwo się tu dogadać), wypić herbatę i coś zjeść. W ten sposób pierwszego dnia wyprawy z planowanych kilkunastu kilometrów zrobiliśmy zaledwie pięć, bo z przejedzenia nie mogliśmy się ruszyć.

Niezapomniany dzień...

miał miejsce na kirgisko-kazaskiej granicy. Kilka dni wcześniej przeszliśmy nielegalnie górami do Kirgistanu i potem z tego powodu mieliśmy problem z jego opuszczeniem. Bardziej niż Kirgizi, nieufni byli wobec nas strażnicy kazascy. Zatrzymali nas i długo przesłuchiwali. Ale gdy okazało się, skąd jesteśmy, rozmowa od razu zeszła na piłkę nożną, bo nazajutrz miał być mecz Polska - Kazachstan. Wymuszono na nas obietnicę, że będziemy kibicować... Kazachom, i przepuszczono dalej.

W Polsce najchętniej odwiedzam...

oczywiście góry, nasze sielskie Beskidy, Sudety To nie jest tak, że jak ktoś wdrapał się na siedmiotysięcznik, to gardzi Beskidem Niskim czy Bieszczadami. W Bieszczadach też są ogromne przestrzenie, oszałamiająca przyroda, stare cmentarze i opuszczone wsie.

Niezapomniany środek lokomocji...

Najwięcej przygód można przeżyć, podróżując autostopem. Zjeździliśmy w ten sposób całą Alaskę. A jakich oryginalnych ludzi spotykaliśmy! Kiedyś podwoził nas dziadek w kraciastej koszuli, ze szklanym okiem i w ciemnych okularach a la Chuck Norris. Opowiadał, że już niedługo powstanie Republika Niepodległej Arktyki, a te chmury na niebie to dzieło amerykańskiego rządu

Duże wrażenie zrobiła też na mnie kolej transsyberyjska. Czas nie ma tu znaczenia, liczy się tylko postój, jazda, postój, jazda, a dni mijają na rozmowach z prowadnikami (odpowiednik naszych konduktorów: otwierają drzwi, sprawdzają bilety, pilnują porządku), którzy bez przerwy piją wódkę.

Niebo w gębie poczułam w...

Kanadzie. Do Anchorage podwoziła nas stopem pewna Kanadyjka. Żegnając się, zostawiła nam na wszelki wypadek numer telefonu, gdybyśmy byli w potrzebie. No i kilka dni później rzeczywiście byliśmy. A właściwie to ja byłam, bo koledzy wylecieli już do Polski i zostałam zupełnie sama, bez dachu nad głową. I wtedy ona zaprosiła mnie do swego domu. Akurat świętowano podsumowanie sezonu łowieckiego i wieczorem na stół wjechały nieprzebrane ilości mięsiw i ryb. Najbardziej smakowało mi mięso łosia i halibuty przyrządzone na tysiąc sposobów.

Chciałabym pojechać...

w góry Nepalu. Tyle się już o nich naczytałam, że wreszcie chciałabym je zobaczyć na własne oczy. Marzy mi się też wejście na lodowiec Baltoro w północnym Pakistanie. Prowadzą z niego szlaki na najtrudniejsze szczyty gór Karakorum, K2, Gasherbrum czy Broad Peak. Ostatnio pilnie śledzę losy polskich himalaistów, coraz bardziej fascynuje mnie profesjonalna wspinaczka.



Skomentuj:
Marta Rękas, studentka SGH i członek Klubu Turystycznego Tramp, przewodnik portalu www.koniecswiata.net
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX