Z pasją o podróżach, wycieczkach i wyjazdach

RPA. Rowerem na Przylądek Dobrej Nadziei

  • Pin It
Jerzy Pawleta
26.01.2009 , aktualizacja: 28.01.2009 14:11
A A A Drukuj
Ratusz w Cape Town Fot. Jerzy Pawleta / Forum Ratusz w Cape Town
Cape Town, inaczej Kapsztad, to dziwne miasto. Z jednej strony - jedno z najpiękniejszych na świecie, położone między błękitno-zielonym oceanem, niektórzy twierdzą, że nawet dwoma - Indyjskim i Atlantyckim - a urwistymi ścianami góry Table Mountain, gdzie swoje posiadłości mają najzamożniejsi tego świata, z Davidem Beckhamem włącznie. Z drugiej natomiast, jak na Afrykę jest zbyt "białe", mimo że ludności czarnej i kolorowej jest już ponad 50 proc. Oczywiście wszystkie nacje tworzące tę narodowościową mozaikę to Południowoafrykańczycy, w zdecydowanej większości dumni ze swego pochodzenia i miejsca zamieszkania.
Grota nad Oceanem Indyjskim
Fot. Jerzy Pawleta
Grota nad Oceanem Indyjskim
Grób na plaży Struisbaai
Fot. Jerzy Pawleta
Grób na plaży Struisbaai
Dzieci w porcie
Fot. Jerzy Pawleta
Dzieci w porcie
Kapsztad to rozległe miasto rozlokowane na brzegach licznych zatok i zatoczek z wielką górą pośrodku, więc jego atrakcje rozrzucone są na przestrzeni wielu kilometrów. Na szczęście dla mnie w pięknej dzielnicy Muizenberg (nad oceanem) mieszka od lat mój bielski przyjaciel Roman. Zamieszkałem w samym centrum w hostelu Long Street Backpackers przy ulicy o tej samej nazwie (wcześniejsza rezerwacja przez internet, 140 randów, czyli ok. 46 zł za noc; 1 rand = ok. 0,33 zł).

Stąd w sobotę rano odebrał mnie Roman. Była piękna południowoafrykańska pogoda. Listopad (tutaj wiosna), ponad 29 stopni C, bezchmurne niebo, chłodny wiatr od oceanu. Pojechaliśmy na obrzeża, zaczynając od góry Signal Hill. Mijając z jednej strony malowniczą Lion's Head (669 m n.p.m.), z drugiej Table Mountain (1088 m), wspięliśmy się na 350 m. Nad nami piętrzą się wspaniałe góry, w dole wieżowce centrum i port, dalej w lewo budowa stadionu na mistrzostwa świata w piłce nożnej 2010. W głębi na błękitnej wodzie widać Robben Island z jednym z najsłynniejszych na świecie więzień (siedział tu Nelson Mandela), zaliczoną do światowego dziedzictwa UNESCO. Z drugiej strony zamknięte górami malownicze zatoczki zachodniego wybrzeża. Tam pojechaliśmy.

Przy nadmorskich bulwarach wysadzanych palmami, usianymi kafejkami i restauracjami znajdują się najwspanialsze rezydencje. Piaszczyste plaże to mimo wiatru raj dla opalających się, grających w siatkówkę plażową czy początkujących surferów. Od kąpieli odstrasza wyjątkowo zimna woda, nawet poniżej 10 stopni C, choć wielu osobom to nie przeszkadza, by się zamoczyć w białych falach. Kolorytu dopełniają ciemnoskórzy muzycy, linoskoczkowie, sprzedawcy koralików. Każda plaża ma swoją nazwę i swoich gości. Plaże Clinton 1 i 2, nieco osłonięte od wiatru granitowymi głazami, odwiedzają modelki i młodzież z dobrze sytuowanych rodzin. Plaża nr 3 jest gejowska, a nr 4 - rodzinna. Camps Bay leży u podnóża szczytów Dwunastu Apostołów, LLandudno Beach to raj dla surferów, a sąsiednia Sandy Bay - dla nudystów.

Obejrzawszy plaże pojechaliśmy na pyszną rybę do portowej smażalni Fish on the Rocks w malowniczej Hout Bay (duża porcja - 35 randów, czyli ok. 11 zł). Dalej droga w kierunku miasta wiodła przez High Constantia i Kirstenbosch Botanical Garden, z którego prowadzą długie, wygodne ścieżki na Table Mountain.

***

Umawiamy się na następny dzień w Muizenbergu, gdzie muszę dojechać pociągiem (ok. 20 km, bilet 8,50 randów). Z uwagi na Big Walk - wielki marsz ku zdrowiu, w którym udział biorą wszyscy - jedyna droga do Simonstown, celu naszej wycieczki, będzie czasowo nieprzejezdna.

Wieczorny spacer po okolicy. Jest spokojnie i przyjaźnie. Po mieście rozsiana jest armia czarnych i kolorowych, odzianych w odblaskowe kamizelki i uzbrojonych w walkie-talkie. Pilnują wszystkiego: parkingów, bankomatów, parków, ulic, wody i powietrza, szczerząc w uśmiechu białe zęby. Dzień i noc.

W Muizenberg wsiadamy w kolejny pociąg (11 randów) i lądujemy w Simonstown. Półgodzinny spacer przez portowe miasteczko z kolonialną architekturą i małym targiem kończy się przed bramą parku narodowego Boulders (Głazy, wstęp 25 randów). Teren zamieszkują niewielkie pingwiny afrykańskie - z 1,5-milionowej populacji pod koniec XX w. na skutek niekontrolowanego łowiectwa pozostało 10 proc. Te pływające z niezwykłą szybkością 7 km/godz. i nurkujące do 2 minut pingwiny mają również swoich naturalnych wrogów w oceanie. Są to głównie rekiny, czasami orki. Na lądzie - małe tropikalne drapieżniki mongoose, kradnące jajka i porywające pisklęta mewy kelp gulls, czy nawet koty i psy. Przeciwstawiają się wrogom czarno-białym kolorem ochronnym (czarny dla wrogów patrzących na wodę z góry, biały dla atakujących spod wody) i bardzo ostrymi dziobami.

Lunch (znakomita ryba i domowe wino, ok. 80 randów) jemy w restauracji na dworcu kolejowym Kalkbaai (Kalk Bay). Labirynt pomieszczeń barowo-restauracyjnych wisi na skałach między wodami oceanu (większe fale przynoszą słoną bryzę) a torami kolejowymi biegnącymi na wysokości dachu The Brass Bell Restaurant.

Po południu zaliczamy plażę w Muizenberg. W kolorowych budkach przy nadmorskim deptaku urzędują z lornetkami shark spotters - wypatrywacze rekinów. Opłaca ich fundacja założona przez kobietę, której przyjaciółka została śmiertelnie zaatakowana przez rekina. Wypatrywacze mają stanowiska również w górach, skąd penetrują całe wybrzeże.

Wieczorem wpadłem do kultowego lokalu Mama Africa (wstęp 10 randów, piwo ok. 20). Muzyka na żywo w wykonaniu czarnego zespołu, w którym królują trzy marimby, a towarzyszą im saksofonista, trębacz i śpiewająca perkusistka, porywa do tańca całą salę (ze mną włącznie).

***

Kolejnego ranka wyruszam na rowerze na podbój najwyższej góry w okolicy, wyrastającej tuż przy końcu mojej Long Street. Kloof Street, potem Kloof Nek, aż do małego ronda, tak stromo, że czasem muszę podprowadzać rower. Tu uzupełniam płyny w organizmie, popijając z przydrożnego kraniku made in England ("kranówka" w Kapsztadzie jest znakomita i zdatna do picia). Dalej strome serpentyny Tafelberg Street prowadzą mnie pod stację kolejki linowej na Table Mountain, którą mijam bez żalu. Po kilkuset metrach docieram do oznakowanego szlaku przez przełęcz Platteklip Gorge na Beacon, bo stąd najszybciej można się dostać na najwyższy szczyt pasma - Maclear's Beacon (1088 m).

Tylko co z rowerem? Na początku szlaku jest budka informacji turystycznej (zamknięta) i parking (niestrzeżony). Przypinam więc rower do balustrady na zakręcie, ale grupa turystów brytyjskich ostrzega, że lepiej tak go nie zostawiać. Biorę więc rower na plecy i wnoszę stromą ścieżką do pierwszych dużych krzaków, kładę w miejscu niewidocznym ze szlaku i z drogi i zasypuję darnią.

Szlak ostro pnie się w górę, mijając malowniczy wodospad, widok na miasto w dole i ocean. Na skrzyżowaniach szlaków są wyraźne tabliczki informacyjne z kierunkami tras, na skałach co jakiś czas namalowane żółte stopy. Ostre podejście żlebem kończy się skalną szczeliną na szczycie przełęczy. I tu niespodzianka - szczyt Table Mountain to wielki płaskowyż z kilkoma skalnymi kręgami wystającymi kilkanaście metrów ponad plateau. Najwyższy taki "stół" to właśnie Maclear's Beacon. Dotarłem do niego po 2,5 godz. wspinaczki (i spaceru). Czas na lunch i podziwianie. Widać nawet odległy o dziesiątki kilometrów Przylądek Dobrej Nadziei (Cape of Good Hope) zamykający False Bay.

Idąc z powrotem w stronę górnej stacji kolejki, wybieram drogę nad urwiskiem spadającym setki metrów w stronę centrum miasta - 45 min przepięknych widoków, ale i dreszczyku emocji.

Wsiadam do wagonika (bilet w dół 65 randów, powrotny 130) i czuję się nagle jak w UFO. Nie dość, że wagonik jest okrągły jak latający talerz, to jeszcze najpierw zaczyna przesuwać się ściana kabiny, a po chwili podłoga kręci się wolno w przeciwnym kierunku. Wszystko po to, by bez przeszkód oglądać panoramę. A rower leżał na swoim miejscu (mówią, że przestępczość to plaga RPA)...

Objeżdżając na nim miasto, odwiedziłem dzielnicę kolorowych domków kolorowej (głównie malajscy muzułmanie) ludności, czyli Bo-Kaap. Staje się powoli modna, bo domki na jej obrzeżach adoptują na swoje potrzeby m.in. architekci i artyści.

Na Greenmarket Square straciłem (bez żalu) kilkadziesiąt randów. Czego tam nie ma! Biżuteria wykonana ze wszystkiego, z czego się da, rzeźby od centymetrowych do kilkumetrowych, kamienne i drewniane, z kości i metalu. Maski, obrazy, instrumenty i broń. Kupiłem obrazek (z 400 cena spadła do 50 randów), małą rzeźbę (ze 100 na 20), bransoletkę za mniej niż pół ceny. Kto się tu nie targuje, ten nie żyje.

Ulicą Darling pojechałem pod zamek Castle of Good Hope, najstarszą (XVII w.) ocalałą w całości budowlę miasta, i pomknąłem wzdłuż potężnych murów bastionu w stronę parlamentu, podziwiając po drodze pyszniący się na tle Table Mountain kolonialny budynek ratusza z biblioteką. Mimo zakazu (kto ich tu przestrzega?) pognałem ulicą Government przez zielone Company's Gardens; w początkach kolonializmu uprawiano tu zboże, sadzono kapustę i ziemniaki, dziś królują drzewa, trawa i krzewy ozdobne. Mijając South African National Gallery (wystawy sztuki współczesnej), South African Museum (najstarsze muzeum w kraju, bogate zbiory przyrodnicze i kulturowe) oraz Jewish Museum (ciekawa architektura, nieciekawe zasieki), dotarłem do ruchliwej Orange Street. Po jej drugiej stronie powitał mnie różowymi kolumnami i aleją palmową słynny Mount Nelson Hotel, enklawa kolonializmu.

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • hotele
  • loty
  • Oferty Booking.com
  • Oferty FRU.PL

Podróże.gazeta.pl na Facebooku

Aktualna oferta