Z pasją o podróżach, wycieczkach i wyjazdach

Karkonosze i Góry Izerskie na biegówkach. Zupa w zaspie

  • Pin It
Jerzy Sadownik
19.01.2009 , aktualizacja: 16.01.2009 13:15
A A A Drukuj
Schronisko Śląski Dom na Równi pod Śnieżką Fot. Jerzy Sadownik Schronisko Śląski Dom na Równi pod Śnieżką
Wracamy do schroniska czarnym szlakiem, podziwiając świerki pokryte grubą warstwą szronu - istna bajkowa kraina!

Fot. Jerzy Sadownik
Fot. Jerzy Sadownik
Zaczynają się ferie 2008, a śniegu ani śladu, za oknem wiosna. W 14-letnim synu rozbudziłem pasję biegania na nartach, ale gdzie tu biegać? Może w Karkonoszach? Postanawiamy przejść od przełęczy Okraj do Hali Izerskiej w Górach Izerskich (sześć noclegów wcześniej rezerwuję w schroniskach).

W Szklarskiej Porębie wsiadamy w autobus w kierunku Kowar. Miasto żyło dotąd w cieniu Karpacza i Szklarskiej Poręby, brak tu ośrodków narciarskich i wyciągów. Ale przed wiekami było potęgą gospodarczą za sprawą górnictwa rud żelaza (w XI w. odkryto magnetyt, najbogatszą rudę żelaza) i dzięki położeniu na szlaku pomiędzy Karkonoszami i Rudawami Janowickimi. Dziś ma tu siedzibę znana fabryka dywanów.

Ostatnio wiele się w Kowarach zmieniło. Dzięki funduszom unijnym przygotowano piękne szlaki narciarstwa biegowego - w sumie kilkadziesiąt kilometrów oznakowanych tras. Niestety, nie mamy szczęścia - śniegu brak, dałoby się jeździć tylko na rowerze...

Postanawiamy jednak zostać w Kowarach jeden dzień i zwiedzić miasto (jeszcze w latach 60. było niedostępne dla turystów, stacjonowały tu oddziały rosyjskie, strzegąc tajemnic kopalni uranu, w których zmuszano do pracy polskich więźniów). Dziś ta dawna osada górników i hutników jest pięknie odnowiona, a starówkę zamknięto dla ruchu kołowego. Przy deptaku stoją kamienice z XVIII i XIX w., niektóre o rokokowych fasadach. Mieszczą się w nich sklepy i restauracje, jest punkt informacji turystycznej. Cicho tu i spokojnie.

Z Kowar niedaleko do sanatorium gruźliczego w Bukowcu, gdzie tworzył słynny grafik Józef Gielniak (1932-72; niestety nie ma tam jego prac, można je zobaczyć, we Wrocławiu).

Okoliczne stoki pełne są starych sztolni i wyrobisk. W jednym z nich powstało muzeum przedstawiające historię kopalni, w innych znajdują się jedyne w Polsce inhalatornie rodanowe, w których leczy się zapalenia stawów, chorobę wieńcową i nadciśnienie. Jest też sztolnia, w której można zobaczyć biegnącą po ścianie żyłę rudy uranowej osłoniętą pancerną szybą (promieniowanie). W sąsiedniej dolinie warto obejrzeć marsjański krajobraz po potężnym osuwisku nad potokiem Jedlica - wskutek powodzi w 2006 r. zjechały tu na dół tysiące ton kamieni.

***

Nazajutrz - w Karkonosze. Niestety, z Kowar do przełęczy Okraj nie ma zimą stałej komunikacji. Ale miła kierowniczka ośrodka MSWiA, w którym nocujemy (to był nasz najtańszy nocleg, tylko 30 zł od osoby), załatwia nam podwodę, czyli prywatny samochód, za 20 zł. I tak dotarliśmy do przełęczy zasypanej co najmniej metrową warstwą śniegu. W promieniach zimowego słońca przypinamy narty i starym Szlakiem Przyjaźni Polsko-Czeskiej ruszamy na zachód, do Sowiej Przełęczy. Po dwóch godzinach jesteśmy na miejscu. Obiad jemy w schronisku Jelenka po czeskiej stronie (pyszne naleśniki z jagodami i oczywiście knedliczki, w przyzwoitej cenie).

Powyżej schroniska zaczyna się podejście Czarnym Grzbietem na Śnieżkę - zajmie nam dwie godziny, z nartami przytroczonymi do plecaków. Pod wieczór zdobywamy szczyt. Stoi tu charakterystyczny budynek w kształcie trzech talerzy, w którym mieści się stacja meteorologiczna (w tutejszym muzeum obejrzymy m.in. stare przyrządy i osobliwości). Można się ogrzać i coś zjeść, ale nie można przenocować. W kaplicy św. Wawrzyńca raz w roku 10 sierpnia odbywają się msze. Po czeskiej stronie góry można wysłać pocztówkę ze stemplem urzędu pocztowego na Śnieżce.

Do Śląskiego Domu, gdzie mamy zarezerwowane noclegi, schodzimy lodową ścieżką wyślizganą przez turystów. Oj, przydałyby się raki! Idziemy, trzymając się łańcuchów. Droga jest dobrze oznaczona metalowymi słupkami, a potem drewnianym relingiem.

Do Śląskiego Domu na Równi pod Śnieżką docieramy nocą. Wygląda jak duża stodoła, ale w środku jest miło i przytulnie. Sala jadalna stylizowana na alpejską, drewniane ławy, rzeźby i obrazy pamiętają czasy niemieckich właścicieli. Schronisko powstało w latach 20. XX w., na fundamentach spalonego budynku z 1847 r. To wspaniały punkt wypadowy w najpiękniejsze rejony Karkonoszy, Kotły Wielkiego i Małego Stawu oraz czeskie Studniczne Hory i Kozi Hrbety. Postanawiamy spędzić w Domu dwa dni, zwiedzając okolicę i doskonaląc jazdę na biegówkach.

***

Pierwszego dnia ruszamy na wycieczkę w stronę stawów, do schroniska Samotnia. Szlak czerwony po polskiej stronie granicy jest oblodzony i wyślizgany przez pieszych turystów, dopiero niebieski do Luen~ Boudy nadaje się dla biegaczy. Dotarłszy do tego schroniska, skręcamy na prawo, do szlaku żółtego. Obiad jemy przy Spalonej Strażnicy w śnieżnej jamie wygrzebanej przez narciarzy w ogromnej zaspie. Wodę na zupę topimy ze śniegu.

Szlakiem niebieskim schodzimy do Kotłów. Już po 100 m zaczyna się gęsta mgła. Ale nie można się zgubić - oznakowana słupami trasa prowadzi do schroniska Strzecha Akademicka, skąd już tylko krótki spacer dzieli nas od Samotni. Po dwóch godzinach od wymarszu docieramy do celu.

Samotnia, malowniczo położona nad Małym Stawem, to jedno z najładniejszych schronisk w Sudetach. A zarazem jedno z najstarszych w polskich górach (pierwsze informacje o noclegach w pasterskiej budzie nad stawem pochodzą z 1670 r.). Można tu zjeść i przenocować, wypożyczyć sprzęt narciarski i skiturowy.

Do Śląskiego Domu wracamy czarnym szlakiem, podziwiając po drodze piękne świerki pokryte grubą warstwą szronu - istna bajkowa kraina!

***

Drugi dzień wita nas huraganowym wiatrem. Mury schroniska jęczą pod naporem nawałnicy - wieje ponad 180 km/godz., z trudem da się otworzyć drzwi. Siedzimy więc w schronisku i wychodzimy tylko na chwilę, by pojeździć na nartach.

Nazajutrz zupełna odmiana - słonecznie, lekki mróz. Wyruszamy czerwonym szlakiem w stronę Przełęczy Karkonoskiej. Okrążamy od góry Mały i Wielki Staw i dochodzimy do malowniczych skałek zwanych Słonecznikami. Jedna z nich, od północy, przypomina postać ludzką - według legendy jest to Liczyrzepa, pan i władca gór, strażnik skarbów. Stąd już tylko godzina drogi do schroniska Odrodzenie na Przełęczy Karkonoskiej. Niestety, nie ma ono dobrej opinii - jedzenie drogie, najcieplejszym pomieszczeniem jest jadalnia - więc turyści często wybierają czeską Spindlerową Boudę po drugiej stronie granicy (ceny porównywalne).

My nocujemy w Odrodzeniu. Po zimnej nocy nastaje jeszcze gorszy dzień z mgłą i huraganowym wiatrem. Nie mamy czasu, by czekać na zmianę aury, postanawiamy ominąć tę część Karkonoszy. Zostawiając Szyszak, Łabski Szczyt i Szrenicę, schodzimy do Przysieki, gdzie łapiemy autobus do Cieplic, a tam kolejny, do Jakuszyc. Pod wieczór lądujemy na Przełęczy Jakuszyckiej (mieliśmy się tu zjawić dwa dni później, ale udało się telefonicznie przesunąć noclegi). Mimo późnej pory na polanie tłok, pełno narciarzy w różnym wieku, język polski miesza się z czeskim i rosyjskim. Nic dziwnego, to chyba najlepiej przygotowane stoki dla biegaczy w tej części Europy.

Uciekamy z gwarnej polany w stronę schroniska Orle. Docieramy doń już o zmierzchu - wita nas ciepłem, a jego właściciel traktuje gości iście po ojcowsku. Orle jeszcze niedawno było stanicą wojsk pogranicza i każdy turysta starał się je omijać. Dziś to świetny punkt wypadowy w czeskie i polskie Izery (zimą na biegówkach, latem na rowerach). Leży na skrzyżowaniu narciarskich szlaków biegowych, do Jakuszyc jest stąd ok. 5 km.

Stary budynek przypominający kościół z wieżyczką to pozostałość huty szkła. Według sprawozdania z 1763 r. huta Karlstal-Orle, którą kierowała Johanna Catharina Preussler z pomocą malarza szkła Reichelta, produkowała białe i kolorowe szkło, żyrandole, maszyny elektrostatyczne, retorty i naczynia aptekarskie (na ich resztki można natrafić w potoku). Miejsce to doskonale nadawało się na hutę - nie brakowało wody, drewna opałowego i kwarcu.

Pół godziny drogi od schroniska znajduje się most nad Izerą, jedną z dwóch polskich rzek wpadających do Łaby. Piękny most, który spina brzeg polski i czeski, powstał na miejscu starego, zburzonego po wojnie przez żołnierzy ochrony pogranicza. Dawniej wiódł tędy szlak handlowy. Wożono nim również kwarc do hut szkła w pobliskiej Izerce, gdzie udajemy się na krótką wycieczkę na nartach. Okrążamy górę Bukowiec i docieramy do czeskiego szlaku biegowego.

Izerka to najwyżej położona wieś w Czechach; działały tu niegdyś dwie huty szkła, w dawnej szkole otwarto Muzeum Gór Izerskich. Piękna, słoneczna pogoda nie sprzyja jednak zwiedzaniu muzeów - wracamy do mostu, na głównym szlaku skręcamy w lewo i biegniemy do studenckiej Chatki Górzystów na Hali Izerskiej (ok. 2 godz.). Skromny bufet rozgrzewa zmarzniętych narciarzy we wszystkie dni z wyjątkiem poniedziałków. Można się stąd udać do schroniska na Stogu Izerskim i wrócić do Orlego, ale to wyprawa na cały dzień.

My mamy w planach wizytę w kopalni kwarcu, z której wołami dowożono ten minerał do Orlego. Rano wyruszamy więc kilkusetletnim traktem zwanym Szklarską Drogą w górę, ku grzbietowi Gór Izerskich. Szlak narciarski jest wspaniale utrzymany dzięki ratrakom. Koło południa docieramy do grzbietu w pobliżu kopalni Stanisław. Jest zamknięta, ale wszędzie leżą bryły kwarcu - nic dziwnego, kamieniołom eksploatowano metodą wybuchową. Wracamy drogą przez Jakuszyce. To już koniec naszej wyprawy.

Nazajutrz idziemy pieszo do Szklarskiej Poręby, wzdłuż nieużywanych torów kolejowych, które kiedyś łączyły Berlin z Pragą.

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • hotele
  • loty
  • Oferty Booking.com
  • Oferty FRU.PL

Podróże.gazeta.pl na Facebooku

Aktualna oferta