Krynica i okolica. Jan z dzbana
12.01.2009
, aktualizacja: 08.01.2009 19:47
Obawiałam się, że to staromodne uzdrowisko, a tymczasem...
Cała moja rodzina od lat jeździ na nartach. Kiedy rok temu przedstawiłam jej narzeczonego i okazało się - o zgrozo! - że Karol z białym szaleństwem nie ma nic wspólnego, zapadła decyzja o natychmiastowym przyspieszonym kursie.
Zaczęłam więc rozglądać się za miejscem, gdzie można by podjąć pierwsze nauki. Warunek: dobrze przygotowane, szerokie stoki, szybkie wyciągi i mało turystów - żeby lawirując w tłumie, początkujący narciarz się nie zniechęcił; miłe miasteczko z ciekawymi zabytkami plus szlaki górskie w okolicy - żeby było co robić, gdyby, nie daj Boże, plan wciągania w narciarski nałóg się nie powiódł.
I tak, trochę na chybił trafił, kierując się zasadą "bo tam nas jeszcze nie było", trafiliśmy do Krynicy-Zdrój (zwanej też Górską, dla odróżnienia od tej nadmorskiej), "perły polskich uzdrowisk" - jak przeczytać można w folderach. To modne w czasach Młodej Polski letnisko gościło ówczesne sławy, m.in. Modrzejewską, Reymonta, Sienkiewicza, Zapolską. Wcześniej zaś Grottgera, Kraszewskiego i Matejkę, a później - Nałkowską, Gałczyńskiego, Tuwima...
To miejsce z klimatem - pomyślałam, kiedy wjeżdżaliśmy do Krynicy. A tego akurat dnia było wietrznie i pochmurno, zupełnie jak w "Zazdrości i medycynie" Michała Choromańskiego (i we wspaniałym filmie na podstawie tej powieści w reżyserii Janusza Majewskiego z 1973 r.). Ta wyjątkowa zbieżność z literackim opisem sprzed 77 lat trochę mnie zaniepokoiła. Obawiałam się, że Krynica-Zdrój stawia raczej na sanatoria i pijalnie, a nie na rozwój narciarskiej infrastruktury. Nie bardzo chciało mi się wierzyć w tak zachwalane wyciągi, świetnie przygotowane trasy FIS-owskie i ponoć najdłuższą w Polsce kolej gondolową. Zanim więc zakosztowaliśmy słynnych wód, postanowiłam przekonać się, jak naprawdę wyglądają tu warunki narciarskie...
***
Licząca ok. 11,5 tys. mieszkańców Krynica leży w dolinie Kryniczanki, między grzbietami Beskidu Sądeckiego i Niskiego. Założona w XVI w., nosiła początkowo nazwę Krzenycze. Sto lat później odkryto tu źródła wód mineralnych o leczniczych właściwościach (ponad dwadzieścia ujęć) i wieś przemianowano na Krynicę-Zdrój.
Od zachodu, przy wjeździe do miasteczka, mijamy górę Słotwiny z trzema wyciągami krzesełkowymi (950, 860 i 120 m), a od wschodu, przy wyjeździe - Jaworzynę Krynicką, najwyższy tutejszy szczyt (1114 m). Wbrew moim obawom okazało się, że kolej gondolowa rzeczywiście prezentuje się świetnie: dolna stacja jest przestronna i wygodna, a sześcioosobowe nowoczesne wagoniki zawiozą nas na górę w siedem minut. Stoi tu schronisko zbudowane w 1937 r. i nazwane imieniem Józefa Piłsudskiego - według miejscowych przekazów marszałek miał zasadzić na stoku rosnącą do dziś limbę.
Na szczycie zaczyna się czerwona trasa nr 1 - ma 2,6 km i należy do najdłuższych oświetlonych tras w kraju. Prócz niej mamy do wyboru siedem innych o zróżnicowanym stopniu trudności: kilometrową czarną FIS-owską dla doświadczonych narciarzy, trzy tzw. rodzinne (jedna kilometrowa i dwie po 900 m) oraz zieloną i niebieską dla początkujących. Trudno mi ocenić tak zachwalaną na Jaworzynie dobrą przepustowość wyciągów, bo trafiliśmy tam w zeszłym roku akurat na okres między feriami, więc nie mogłam nadziwić się brakowi kolejek.
Tej zimy nowy na trasie rodzinnej nr 2 ruszył czteroosobowy wyciąg krzesełkowy (900 m), który być może rozładuje ścisk na tym najbardziej popularnym szlaku. Są też nowości dla najmłodszych: prócz dotychczasowego "Żółwika" na szczycie Jaworzyny przy dolnej stacji krzesełek powstał "Mały Wacek" ze szkółką narciarską. Ucieszy także Karola, któremu "Żółwik" już się znudził. Tak, tak, bowiem i w tym roku wybieramy się do Krynicy...
Gdy dopisuje pogoda, ze szczytu Jaworzyny widać Tatry, Beskidy, Gorce i góry po słowackiej stronie (nam zdarzyło się też widzieć Krynicę we mgle - kiedy wjeżdżaliśmy na górę, chmury znajdowały się poniżej i czułam się jak w Alpach). Po ukochanym Kasprowym wydała mi się najciekawszym stokiem w Polsce. Trasy czarna i czerwona mają duże nachylenie, ale są długie i szerokie, co sprawia, że zjazd jest przyjemniejszy niż np. z zakopiańskiego Nosala. Poza tym mamy ich kilka do wyboru, więc stok zbyt szybko nam się nie znudzi.
Dwa lata temu powstał pomysł połączenia kolejkami linowymi stacji narciarskich Wierchomla, Jaworzyna, Słotwiny i Muszyna - bez zdejmowania nart dałoby się jeździć na obszarze 40 km kw., od miejscowości Łosie do Wierchomli. Byłby to największy w Europie Środkowej region narciarski z 30 wyciągami, trasami dla biegówek, torami saneczkowymi (w 1929 r. powstał w Krynicy słynny całoroczny tor na Górze Parkowej, niestety popadł w ruinę; trwa budowa nowego) i stokami do uprawiania trikke ski (rodzaj roweru na płozach). Na razie jednak tzw. projekt Siedmiu Dolin pozostaje na papierze (czynna jest tylko stacja Wierchomla - Dwie Doliny). Zdaniem dyrektora Popradzkiego Parku Krajobrazowego kompleks narciarski przyczyniłby się do degradacji środowiska naturalnego. Burmistrz Muszyny i akcjonariusze gondoli na Jaworzynę zamierzają oń nadal walczyć.
***
W okolicy mamy kilka ciekawych szlaków wędrownych. Na początek wybraliśmy ten prowadzący - a jakże! - na Jaworzynę (narciarze nie mają na tę górę wyłączności). Po drodze mija się Diabelski Kamień - pięciometrową skałę, która kształtem przypomina grzyb. Według legendy głaz przytaszczył diabeł z tatrzańskiej turni, by zrzucić go na bijące tu cudowne źródełko. Gdy był już pod samym szczytem, zapiał kur; diabeł się przestraszył i upuścił kamień niedaleko źródełka.
Mimo tej atrakcji trasa okazała się jednak monotonna. Można ją skrócić i skorzystać, tak jak narciarze, z kolei gondolowej, siły zaś oszczędzić na dalszą drogę, do malowniczo położonego drewnianego schroniska Bacówka nad Wierchomlą. My trafiliśmy na ładną pogodę - doskonale było stąd widać Tatry. Dobrze jednak, że wzięliśmy dokładną mapę, bo miejscami szlak jest słabo oznakowany, a jeśli ktoś tak jak my wybierze się poza sezonem, po drodze nie uświadczy żywego ducha. Wycieczkę zakończyliśmy na Bacówce, choć można by iść dalej, aż do Szczawnika. Pokonanie całej trasy zajęłoby jednak sześć godzin, a zimą to zbyt daleko.
Dla niestrudzonych jest też inny wariant - zamiast do Szczawnika, można skręcić na Pustą Wielką (1061 m) i dalej szlakiem niebieskim kierować się na Żegiestów Zdrój. Tuż przed Żegiestowem jest podobno dość ostre zejście, ale zabezpieczone linami. Trasa bardzo polecana, choć też raczej na lato.
Tymczasem lepiej wybrać spacerowy szlak prowadzący wokół Krynicy, przez niewysokie szczyty: Huzary (nazwa prawdopodobnie od bitwy, która rozegrała się tu w 1770 r. pomiędzy konfederatami barskimi a austriackimi huzarami), Jakubik, Kopciową, Jaworzynkę, aż do Góry Krzyżowej. Tutaj spotykaliśmy więcej wędrowców, bo trasa nie należy do trudnych. Widoki wcale jednak nie ustępują tym w wyższych partiach gór, a po drodze mija się kilka pięknych polan.
***
Na deser wjechaliśmy na Górę Parkową (prowadzi na nią wprost z deptaka, obok pijalni Jan, kolej linowo-terenowa, jak na Gubałówkę). Słodki podwieczorek czekał na nas w kawiarni U Babuni, w starym drewnianym domu w stylu szwajcarskim. Takim samym jak większość zabytkowych budowli w centrum miasta.
Bo swój charakter Krynica zawdzięcza przede wszystkim architekturze - domom wczasowym, pensjonatom, restauracjom i pijalniom ozdobionym drewnianymi galeryjkami, wykuszami i balkonami. Nie ukryto ich wśród drzew czy za ogrodzeniami, lecz wystawiono na pokaz. Przy szerokich Bulwarach Dietla, głównym deptaku, wzdłuż którego płynie zwężająca się w tym miejscu Kryniczanka, rozlokowały się najbardziej reprezentacyjne wille. Największa to "Witoldówka" z drugiej połowy XIX w. Mieścił się w niej Zakład Dietetyczny dr. Bolesława Skórczewskiego (nazwę wzięła od imienia jego syna Witolda), który leczył pierwszych kuracjuszy i promował zdrowy tryb życia, dziś - restauracja i pensjonat.
Za nią charakterystyczna "Romanówka", siedziba Muzeum Nikifora (właśc. Epifaniusz Drowniak, urodzony w Krynicy w 1895, zmarł w Foluszu w 1966). Zgromadzono tu obrazy ze wszystkich okresów twórczości artysty samouka oraz pamiątki osobiste i przybory malarskie, m.in. pieczęcie, którymi sygnował swoje prace, i sławną skrzynię do przechowywania akwarel służącą mu często za miejsce do spania. Niedaleko ujrzymy pomnik Nikifora, który przykucnął z psem na niskim murku.
Zaczęłam więc rozglądać się za miejscem, gdzie można by podjąć pierwsze nauki. Warunek: dobrze przygotowane, szerokie stoki, szybkie wyciągi i mało turystów - żeby lawirując w tłumie, początkujący narciarz się nie zniechęcił; miłe miasteczko z ciekawymi zabytkami plus szlaki górskie w okolicy - żeby było co robić, gdyby, nie daj Boże, plan wciągania w narciarski nałóg się nie powiódł.
I tak, trochę na chybił trafił, kierując się zasadą "bo tam nas jeszcze nie było", trafiliśmy do Krynicy-Zdrój (zwanej też Górską, dla odróżnienia od tej nadmorskiej), "perły polskich uzdrowisk" - jak przeczytać można w folderach. To modne w czasach Młodej Polski letnisko gościło ówczesne sławy, m.in. Modrzejewską, Reymonta, Sienkiewicza, Zapolską. Wcześniej zaś Grottgera, Kraszewskiego i Matejkę, a później - Nałkowską, Gałczyńskiego, Tuwima...
To miejsce z klimatem - pomyślałam, kiedy wjeżdżaliśmy do Krynicy. A tego akurat dnia było wietrznie i pochmurno, zupełnie jak w "Zazdrości i medycynie" Michała Choromańskiego (i we wspaniałym filmie na podstawie tej powieści w reżyserii Janusza Majewskiego z 1973 r.). Ta wyjątkowa zbieżność z literackim opisem sprzed 77 lat trochę mnie zaniepokoiła. Obawiałam się, że Krynica-Zdrój stawia raczej na sanatoria i pijalnie, a nie na rozwój narciarskiej infrastruktury. Nie bardzo chciało mi się wierzyć w tak zachwalane wyciągi, świetnie przygotowane trasy FIS-owskie i ponoć najdłuższą w Polsce kolej gondolową. Zanim więc zakosztowaliśmy słynnych wód, postanowiłam przekonać się, jak naprawdę wyglądają tu warunki narciarskie...
***
Licząca ok. 11,5 tys. mieszkańców Krynica leży w dolinie Kryniczanki, między grzbietami Beskidu Sądeckiego i Niskiego. Założona w XVI w., nosiła początkowo nazwę Krzenycze. Sto lat później odkryto tu źródła wód mineralnych o leczniczych właściwościach (ponad dwadzieścia ujęć) i wieś przemianowano na Krynicę-Zdrój.
Od zachodu, przy wjeździe do miasteczka, mijamy górę Słotwiny z trzema wyciągami krzesełkowymi (950, 860 i 120 m), a od wschodu, przy wyjeździe - Jaworzynę Krynicką, najwyższy tutejszy szczyt (1114 m). Wbrew moim obawom okazało się, że kolej gondolowa rzeczywiście prezentuje się świetnie: dolna stacja jest przestronna i wygodna, a sześcioosobowe nowoczesne wagoniki zawiozą nas na górę w siedem minut. Stoi tu schronisko zbudowane w 1937 r. i nazwane imieniem Józefa Piłsudskiego - według miejscowych przekazów marszałek miał zasadzić na stoku rosnącą do dziś limbę.
Na szczycie zaczyna się czerwona trasa nr 1 - ma 2,6 km i należy do najdłuższych oświetlonych tras w kraju. Prócz niej mamy do wyboru siedem innych o zróżnicowanym stopniu trudności: kilometrową czarną FIS-owską dla doświadczonych narciarzy, trzy tzw. rodzinne (jedna kilometrowa i dwie po 900 m) oraz zieloną i niebieską dla początkujących. Trudno mi ocenić tak zachwalaną na Jaworzynie dobrą przepustowość wyciągów, bo trafiliśmy tam w zeszłym roku akurat na okres między feriami, więc nie mogłam nadziwić się brakowi kolejek.
Tej zimy nowy na trasie rodzinnej nr 2 ruszył czteroosobowy wyciąg krzesełkowy (900 m), który być może rozładuje ścisk na tym najbardziej popularnym szlaku. Są też nowości dla najmłodszych: prócz dotychczasowego "Żółwika" na szczycie Jaworzyny przy dolnej stacji krzesełek powstał "Mały Wacek" ze szkółką narciarską. Ucieszy także Karola, któremu "Żółwik" już się znudził. Tak, tak, bowiem i w tym roku wybieramy się do Krynicy...
Gdy dopisuje pogoda, ze szczytu Jaworzyny widać Tatry, Beskidy, Gorce i góry po słowackiej stronie (nam zdarzyło się też widzieć Krynicę we mgle - kiedy wjeżdżaliśmy na górę, chmury znajdowały się poniżej i czułam się jak w Alpach). Po ukochanym Kasprowym wydała mi się najciekawszym stokiem w Polsce. Trasy czarna i czerwona mają duże nachylenie, ale są długie i szerokie, co sprawia, że zjazd jest przyjemniejszy niż np. z zakopiańskiego Nosala. Poza tym mamy ich kilka do wyboru, więc stok zbyt szybko nam się nie znudzi.
Dwa lata temu powstał pomysł połączenia kolejkami linowymi stacji narciarskich Wierchomla, Jaworzyna, Słotwiny i Muszyna - bez zdejmowania nart dałoby się jeździć na obszarze 40 km kw., od miejscowości Łosie do Wierchomli. Byłby to największy w Europie Środkowej region narciarski z 30 wyciągami, trasami dla biegówek, torami saneczkowymi (w 1929 r. powstał w Krynicy słynny całoroczny tor na Górze Parkowej, niestety popadł w ruinę; trwa budowa nowego) i stokami do uprawiania trikke ski (rodzaj roweru na płozach). Na razie jednak tzw. projekt Siedmiu Dolin pozostaje na papierze (czynna jest tylko stacja Wierchomla - Dwie Doliny). Zdaniem dyrektora Popradzkiego Parku Krajobrazowego kompleks narciarski przyczyniłby się do degradacji środowiska naturalnego. Burmistrz Muszyny i akcjonariusze gondoli na Jaworzynę zamierzają oń nadal walczyć.
***
W okolicy mamy kilka ciekawych szlaków wędrownych. Na początek wybraliśmy ten prowadzący - a jakże! - na Jaworzynę (narciarze nie mają na tę górę wyłączności). Po drodze mija się Diabelski Kamień - pięciometrową skałę, która kształtem przypomina grzyb. Według legendy głaz przytaszczył diabeł z tatrzańskiej turni, by zrzucić go na bijące tu cudowne źródełko. Gdy był już pod samym szczytem, zapiał kur; diabeł się przestraszył i upuścił kamień niedaleko źródełka.
Mimo tej atrakcji trasa okazała się jednak monotonna. Można ją skrócić i skorzystać, tak jak narciarze, z kolei gondolowej, siły zaś oszczędzić na dalszą drogę, do malowniczo położonego drewnianego schroniska Bacówka nad Wierchomlą. My trafiliśmy na ładną pogodę - doskonale było stąd widać Tatry. Dobrze jednak, że wzięliśmy dokładną mapę, bo miejscami szlak jest słabo oznakowany, a jeśli ktoś tak jak my wybierze się poza sezonem, po drodze nie uświadczy żywego ducha. Wycieczkę zakończyliśmy na Bacówce, choć można by iść dalej, aż do Szczawnika. Pokonanie całej trasy zajęłoby jednak sześć godzin, a zimą to zbyt daleko.
Dla niestrudzonych jest też inny wariant - zamiast do Szczawnika, można skręcić na Pustą Wielką (1061 m) i dalej szlakiem niebieskim kierować się na Żegiestów Zdrój. Tuż przed Żegiestowem jest podobno dość ostre zejście, ale zabezpieczone linami. Trasa bardzo polecana, choć też raczej na lato.
Tymczasem lepiej wybrać spacerowy szlak prowadzący wokół Krynicy, przez niewysokie szczyty: Huzary (nazwa prawdopodobnie od bitwy, która rozegrała się tu w 1770 r. pomiędzy konfederatami barskimi a austriackimi huzarami), Jakubik, Kopciową, Jaworzynkę, aż do Góry Krzyżowej. Tutaj spotykaliśmy więcej wędrowców, bo trasa nie należy do trudnych. Widoki wcale jednak nie ustępują tym w wyższych partiach gór, a po drodze mija się kilka pięknych polan.
***
Na deser wjechaliśmy na Górę Parkową (prowadzi na nią wprost z deptaka, obok pijalni Jan, kolej linowo-terenowa, jak na Gubałówkę). Słodki podwieczorek czekał na nas w kawiarni U Babuni, w starym drewnianym domu w stylu szwajcarskim. Takim samym jak większość zabytkowych budowli w centrum miasta.
Bo swój charakter Krynica zawdzięcza przede wszystkim architekturze - domom wczasowym, pensjonatom, restauracjom i pijalniom ozdobionym drewnianymi galeryjkami, wykuszami i balkonami. Nie ukryto ich wśród drzew czy za ogrodzeniami, lecz wystawiono na pokaz. Przy szerokich Bulwarach Dietla, głównym deptaku, wzdłuż którego płynie zwężająca się w tym miejscu Kryniczanka, rozlokowały się najbardziej reprezentacyjne wille. Największa to "Witoldówka" z drugiej połowy XIX w. Mieścił się w niej Zakład Dietetyczny dr. Bolesława Skórczewskiego (nazwę wzięła od imienia jego syna Witolda), który leczył pierwszych kuracjuszy i promował zdrowy tryb życia, dziś - restauracja i pensjonat.
Za nią charakterystyczna "Romanówka", siedziba Muzeum Nikifora (właśc. Epifaniusz Drowniak, urodzony w Krynicy w 1895, zmarł w Foluszu w 1966). Zgromadzono tu obrazy ze wszystkich okresów twórczości artysty samouka oraz pamiątki osobiste i przybory malarskie, m.in. pieczęcie, którymi sygnował swoje prace, i sławną skrzynię do przechowywania akwarel służącą mu często za miejsce do spania. Niedaleko ujrzymy pomnik Nikifora, który przykucnął z psem na niskim murku.
Idąc dalej deptakiem, znajdziemy się koło muszli koncertowej z tablicą ku czci Jana Kiepury (co roku w sierpniu odbywa się w Krynicy europejski festiwal jego imienia). To dla słynnego tenora w 1938 r. zbudowano modernistyczną willę "Patria" według projektu Bohdana Pniewskiego. Niezwykle okazała, trzypiętrowa, odbiega stylem od tradycyjnych krynickich budowli. Była jedynym polskim domem Jana Kiepury. Przyjeżdżał tu z najodleglejszych zakątków świata, by spotykać się z rodziną, a w ślad za nim artyści i arystokraci (raz złożyła wizytę holenderska para królewska). Przed "Patrią" gromadziły się tłumy wielbicieli, wołając: "Jasiu, śpiewaj!". I czasem podobno pojawiał się na balkonie i śpiewał modne przeboje: "Brunetki, blondynki", "Ninon", "Signorinę"...
***
W herbie ma Krynica dzban. Według legendy odkryte na Górze Parkowej źródło od wieków miało moc leczniczą. Zawdzięcza mu życie pewien rycerz powracający z wojennej wyprawy. Na prośbę pasterki, która znalazła rannego w lesie, Matka Boska nakazała obmyć go w chłodnym zdroju nieopodal. Rycerz przeżył, a na miejscu cudownego ozdrowienia postawił figurę Maryi. Dziś stoi tu rzeźba autorstwa Artura Grottgera, a zdrój nazwano Źródełkiem Miłości.
Legenda legendą, ale prawdziwy rozkwit przyniosła kurortowi w połowie XIX w. działalność profesora Uniwersytetu Jagiellońskiego Józefa Dietla (1804-78) uznawanego za ojca polskiej balneologii, który w krynickich wodach dostrzegł remedium na wiele schorzeń. Okazało się, że kąpiele kwasowęglowe są bardzo wskazane dla osób z wadami serca i nadciśnieniem, zaś wody pitne pomagają m.in. w przypadku schorzenia nerek i cukrzycy, obniżają poziom cholesterolu...
Choć nie jestem amatorką wód mineralnych, wstyd byłoby ich nie spróbować. Chyba najbardziej okazale prezentuje się nowoczesna przeszklona Pijalnia Główna z 1971 r.: na piętrze sala koncertowa i kawiarnia, w której można napić się dobrej kawy, na dole oranżeria z mnóstwem egzotycznych roślin - idealne miejsce na odpoczynek. Wszędzie oczywiście kraniki do czerpania wód. Do wyboru Jan, Słotwinka i Zuber (ta ostatnia, choć podobno niezastąpiona przy wielu dolegliwościach, ma wyjątkowo przykry, gorzki i mdły smak, najczęściej więc miesza się ją z innymi). Przy wyjściu sklep z miodami z pobliskiej pasieki Kamianna.
Do pijalni Jan w Parku Zdrojowym u stóp Góry Parkowej zwabiły nas elegancko wypielęgnowane ścieżki i niewielki staw, nad którym stoi nieduży drewniany pawilon z charakterystyczną altanką na dachu, zbudowany w 1933 r. Źródło wzięło nazwę od kąpielowego Jana, który korzystającym z zabiegów borowinowych kuracjuszom przynosił wodę ze znajdującego się tu ujęcia. To również jedyna w Krynicy pijalnia, w której spróbujemy wody Józef. W neorenesansowym Starym Domu Zdrojowym z 1889 r. odwiedzić można pijalnię Mieczysław, a na terenie Parku Słotwińskiego - Słotwinkę (1815 r., najstarszy budynek w uzdrowisku).
Kiepskiemu degustatorowi wszystkie wody smakować będą tak samo, ale przypuszczam, że stali bywalcy świetnie je rozpoznają.
***
Idąc wieczorem na pożegnalny spacer przyprószonymi śniegiem Bulwarami Dietla, usłyszeliśmy dobiegającą skądś muzykę. To w ponadstuletnim pensjonacie Wisła odbywał się dancing. Weszliśmy do środka. Szatniarka zlustrowała nas od stóp do głów, a gdy nie chcieliśmy zostawić kurtek, niechętnie przyjęła tłumaczenie, że chcemy się tylko rozejrzeć. Orkiestra w rogu przygrywała stare szlagiery, dwie pary siedziały przy małym stoliku. Kiedy wchodziliśmy, jedna z nich właśnie ruszyła na parkiet...
***
W herbie ma Krynica dzban. Według legendy odkryte na Górze Parkowej źródło od wieków miało moc leczniczą. Zawdzięcza mu życie pewien rycerz powracający z wojennej wyprawy. Na prośbę pasterki, która znalazła rannego w lesie, Matka Boska nakazała obmyć go w chłodnym zdroju nieopodal. Rycerz przeżył, a na miejscu cudownego ozdrowienia postawił figurę Maryi. Dziś stoi tu rzeźba autorstwa Artura Grottgera, a zdrój nazwano Źródełkiem Miłości.
Legenda legendą, ale prawdziwy rozkwit przyniosła kurortowi w połowie XIX w. działalność profesora Uniwersytetu Jagiellońskiego Józefa Dietla (1804-78) uznawanego za ojca polskiej balneologii, który w krynickich wodach dostrzegł remedium na wiele schorzeń. Okazało się, że kąpiele kwasowęglowe są bardzo wskazane dla osób z wadami serca i nadciśnieniem, zaś wody pitne pomagają m.in. w przypadku schorzenia nerek i cukrzycy, obniżają poziom cholesterolu...
Choć nie jestem amatorką wód mineralnych, wstyd byłoby ich nie spróbować. Chyba najbardziej okazale prezentuje się nowoczesna przeszklona Pijalnia Główna z 1971 r.: na piętrze sala koncertowa i kawiarnia, w której można napić się dobrej kawy, na dole oranżeria z mnóstwem egzotycznych roślin - idealne miejsce na odpoczynek. Wszędzie oczywiście kraniki do czerpania wód. Do wyboru Jan, Słotwinka i Zuber (ta ostatnia, choć podobno niezastąpiona przy wielu dolegliwościach, ma wyjątkowo przykry, gorzki i mdły smak, najczęściej więc miesza się ją z innymi). Przy wyjściu sklep z miodami z pobliskiej pasieki Kamianna.
Do pijalni Jan w Parku Zdrojowym u stóp Góry Parkowej zwabiły nas elegancko wypielęgnowane ścieżki i niewielki staw, nad którym stoi nieduży drewniany pawilon z charakterystyczną altanką na dachu, zbudowany w 1933 r. Źródło wzięło nazwę od kąpielowego Jana, który korzystającym z zabiegów borowinowych kuracjuszom przynosił wodę ze znajdującego się tu ujęcia. To również jedyna w Krynicy pijalnia, w której spróbujemy wody Józef. W neorenesansowym Starym Domu Zdrojowym z 1889 r. odwiedzić można pijalnię Mieczysław, a na terenie Parku Słotwińskiego - Słotwinkę (1815 r., najstarszy budynek w uzdrowisku).
Kiepskiemu degustatorowi wszystkie wody smakować będą tak samo, ale przypuszczam, że stali bywalcy świetnie je rozpoznają.
***
Idąc wieczorem na pożegnalny spacer przyprószonymi śniegiem Bulwarami Dietla, usłyszeliśmy dobiegającą skądś muzykę. To w ponadstuletnim pensjonacie Wisła odbywał się dancing. Weszliśmy do środka. Szatniarka zlustrowała nas od stóp do głów, a gdy nie chcieliśmy zostawić kurtek, niechętnie przyjęła tłumaczenie, że chcemy się tylko rozejrzeć. Orkiestra w rogu przygrywała stare szlagiery, dwie pary siedziały przy małym stoliku. Kiedy wchodziliśmy, jedna z nich właśnie ruszyła na parkiet...
- hotele
- loty
- Oferty Booking.com
- Oferty FRU.PL
Podróże.gazeta.pl na Facebooku
Aktualna oferta

Podróżuj z nami co tydzień.
Przykładowy newsletterZaplanuj wakacje
Polska na weekend
Kontakt z redakcją
- ul. Czerska 8/10
- 00-732 Warszawa
- redakcja.podroze@gazeta.pl


















