Sylwester 2008. Fajerwerki nad Szprewą
29.12.2008
, aktualizacja: 30.12.2008 15:59
Pod Bramą Brandenburską od czternastu lat zbiera się w sylwestra wielojęzyczny tłum
ZOBACZ TAKŻE
- Sylwester na końcu świata. Ilha de Mozambique - No limits w Cafe Ancora (29-12-08, 06:00)
- Berlin jest sexy (11-02-08, 06:00)
- Od Berlina do Stuttgartu (01-05-07, 00:00)
- Sylwester na ciepło. Propozycje Sylwestra innego niż zazwyczaj (09-11-09, 06:00)
- Tropiki pod Berlinem (01-05-07, 00:00)
- Berlin: rejs zamiast spaceru (28-04-08, 11:15)
"To absolutnie wyjątkowe wydarzenie, nieporównywalne nawet ze świętowaniem sylwestra na Time Square w Nowym Jorku. Dzięki arenie zbudowanej wokół Bramy Brandenburskiej Berlin w końcu odnalazł swoją własną scenę do zabawy" - pisał cztery lata temu tygodnik "Welt am Sonntag".
Od tamtego czasu berlińska impreza noworoczna - największa tego typu w Europie - jeszcze bardziej urosła. A jeśli by zmierzyć zaangażowaną w nią energię i pieniądze, można by nimi obdzielić kilka sylwestrowych nocy w Europie.
***
Od czternastu lat pod Bramą Brandenburską zbiera się wielojęzyczny tłum (prócz Europejczyków są i Amerykanie). W tym roku władze miejskie przewidują, że bawić się będzie ponad milion ludzi. Akredytowało się już pół tysiąca dziennikarzy i ponad 350 ekip telewizyjnych.
Zabawa zaczyna się wczesnym wieczorem. Na scenie pojawiają się międzynarodowe gwiazdy popu i rocka, niemieccy aktorzy i telewizyjne sławy (dokładny tegoroczny program zostanie wkrótce ogłoszony na: www.silvester-berlin.de ). I tak aż do odliczania ostatnich chwil dzielących nas od Nowego Roku i spektakularnego pokazu ogni sztucznych...
Jedyna rzecz, która psuje nieco klimat zabawy, to zmasowany atak petard i wszystkiego, co po podpaleniu wybucha (tylko przez jeden dzień w roku można nimi legalnie handlować). Niektóre ulice zamieniają się wręcz w pola bitewne. Jak napisał jeden podróżników prowadzących bloga (www.gridskipper.com ), „najlepszym miejscem, gdzie można świętować sylwestra, jest dach budynku czy bunkier na szczycie góry”.
Sam przekonałem się o tym w niejednokrotnie. W zeszłym roku, kiedy szliśmy z przyjaciółmi na jedną z imprez, w parku Friedrichshain spotkaliśmy samotnego pana w średnim wieku, z wielką torbą sztucznych ogni i petard, który zawzięcie odpalał jedną po drugiej. Dwie godziny później, gdy zmienialiśmy klub, stał w tym samym miejscu i wciąż odpalał...
***
Nie wszystkich jednak pociąga perspektywa milionowego tłoku, hałasu, wybuchających zewsząd petard i największego zagęszczenia stoisk z kiełbaskami na metr kwadratowy. Porzucamy więc Bramę Brandenburską i ruszamy w miasto. Jest to wyprawa, która nie ma końca, bo nie ma w tej chwili drugiego takiego miejsca w Europie, a może i na świecie, które tak bardzo tętniłoby życiem jak Berlin. Według wyliczeń
Berlin Tourismus Marketing w sezonie letnim codziennie odbywa się tu półtora tysiąca legalnych imprez - od koncertów przez wernisaże, po spektakle teatralne i pokazy filmów. Zaś tych "partyzanckich", nielegalnych (a często niezwykłych), nikt nie zliczy.
Berlińczycy uwielbiają się bawić. - Coraz częściej jednak unikają popularnych, zatłoczonych klubów. Biorą sprawy w swoje ręce i organizują imprezy w najbardziej zaskakujących miejscach - tłumaczy Henrik Tedefjard, Szwed, który po latach spędzonych w Londynie i Barcelonie zakochał się w Berlinie (tu znalazł pracę swoich marzeń, czyli oprowadzanie wycieczek). - Nie bądźcie więc zaskoczeni, jeśli traficie na młodych ludzi z magnetofonem, piwem i winem szalejących w najlepsze przy bankomacie albo w tramwaju. Nie zdziwcie się też, gdy po chwili przyjedzie policja i poprosi wszystkich, by grzecznie się rozeszli.
W Berlinie tak naprawdę panują tylko dwie pory roku: lato i zima. - Kiedy jest zimno, wszyscy przenoszą się do klubów, kawiarni, barów. Kiedy tylko zrobi się trochę cieplej, wylegają tłumnie nad Szprewę. Tylu plażowych imprez nie ma nawet w Barcelonie - opowiada Henrik.
Największym tegorocznym hitem były właśnie kluby położone wzdłuż brzegu Szprewy (założę się, że i w przyszłym roku będzie tak samo). Do najpopularniejszych należy Bar 25, gdzie zabawa może trwać od piątkowego wieczoru aż do poniedziałkowego południa. Wystrojem miejsce to przypomina skrzyżowanie saloonu w zapadłej mieścinie na dzikim zachodzie i chaty skleconej przez Robinsona Cruzoe. Klimat - niezobowiązujący. Zresztą w większości miejsc nikt nie patrzy na metki (ciuchy mają być wygodne), a "niezobowiązujący" to w Berlinie słowo klucz. Czuje się to wszędzie - w sklepach, klubach, restauracjach.
- Przeprowadza się do nas coraz więcej muzyków, więc scena klubowa kwitnie - mówi w rozmowie z "Gazetą" popularny didżej i producent Kaos.
Co niezwykłe, przy całej jego różnorodności i wielokulturowości bardzo łatwo jest Berlin oswoić, znaleźć własne miejsca. Dwa lata temu zupełnie przez przypadek odkryłem knajpę nieopodal uroczej ulicy Kastanienalle (nie wymieniał jej żaden przewodnik). Nie ma szyldu ani nawet nazwy, mieści się na parterze szarej, niepozornej kamienicy. Kilka pomieszczeń, które w latach NRD służyły pewnie za sklep spożywczy, wypełniają meble z różnych epok, w różnych stylach. Wchodząc, płaci się jedno euro, dostając w zamian kieliszki. A potem można już - do woli - pić niezłe wina i zajadać się domowymi smakołykami. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że samemu ustala się wysokość rachunku - przy wyjściu stoi szklana miska do której wrzuca się pieniądze.
***
Takich miejsc są setki. Prowadzą je głównie młodzi ludzie pełni pomysłów, a miasto im pomaga. Bo to, że Berlin tak szybko stał się imprezowo-kulturalną mekką, jest w dużej części zasługą burmistrza Klausa Wowereita, który postanowił uczynić go przyjaznym artystom.
- Nasze miasto - w przeciwieństwie do innych metropolii jak Londyn, Paryż czy Nowy Jork - jest w ich zasięgu finansowym. Początkujący artyści zarabiają przecież niewiele; ale by tu żyć i tworzyć, nie muszą szukać mieszkań na obrzeżach, mogą pozostać w centrum - mówił mi Wowereit podczas wizyty w Warszawie. - Poza tym wszędzie rozgłaszamy, że wspieramy creative industries [sektor gospodarki polegający na wymianie dóbr intelektualnych]. Organizujemy spotkania architektów, projektantów mody, muzyków, malarzy, namawiamy ich do współpracy. No i ściągamy do nas ciekawe imprezy jak choćby Fashion Week. Na start - artystyczny czy biznesowy - pomagamy załatwić młodym ludziom kredyty w wysokości 50 tys. euro.
Brzmi jak idylla, ale tak naprawdę miasto nie jest w najlepszej kondycji finansowej. I tylko dzięki niemieckiemu prawu nakazującemu bogatszym dzielić się zyskami do berlińskiej kasy płyną pieniądze z Monachium czy Stuttgartu. Na razie zabawa trwa, a ostatnie lata na pewno przejdą do historii Niemiec jako czas niezwykłego rozkwitu kultury. Warto przekonać się o tym samemu, bo przecież Warszawę dzieli od Berlina tylko sześć godzin podróży pociągiem.
Od tamtego czasu berlińska impreza noworoczna - największa tego typu w Europie - jeszcze bardziej urosła. A jeśli by zmierzyć zaangażowaną w nią energię i pieniądze, można by nimi obdzielić kilka sylwestrowych nocy w Europie.
***
Od czternastu lat pod Bramą Brandenburską zbiera się wielojęzyczny tłum (prócz Europejczyków są i Amerykanie). W tym roku władze miejskie przewidują, że bawić się będzie ponad milion ludzi. Akredytowało się już pół tysiąca dziennikarzy i ponad 350 ekip telewizyjnych.
Zabawa zaczyna się wczesnym wieczorem. Na scenie pojawiają się międzynarodowe gwiazdy popu i rocka, niemieccy aktorzy i telewizyjne sławy (dokładny tegoroczny program zostanie wkrótce ogłoszony na: www.silvester-berlin.de ). I tak aż do odliczania ostatnich chwil dzielących nas od Nowego Roku i spektakularnego pokazu ogni sztucznych...
Jedyna rzecz, która psuje nieco klimat zabawy, to zmasowany atak petard i wszystkiego, co po podpaleniu wybucha (tylko przez jeden dzień w roku można nimi legalnie handlować). Niektóre ulice zamieniają się wręcz w pola bitewne. Jak napisał jeden podróżników prowadzących bloga (www.gridskipper.com ), „najlepszym miejscem, gdzie można świętować sylwestra, jest dach budynku czy bunkier na szczycie góry”.
Sam przekonałem się o tym w niejednokrotnie. W zeszłym roku, kiedy szliśmy z przyjaciółmi na jedną z imprez, w parku Friedrichshain spotkaliśmy samotnego pana w średnim wieku, z wielką torbą sztucznych ogni i petard, który zawzięcie odpalał jedną po drugiej. Dwie godziny później, gdy zmienialiśmy klub, stał w tym samym miejscu i wciąż odpalał...
***
Nie wszystkich jednak pociąga perspektywa milionowego tłoku, hałasu, wybuchających zewsząd petard i największego zagęszczenia stoisk z kiełbaskami na metr kwadratowy. Porzucamy więc Bramę Brandenburską i ruszamy w miasto. Jest to wyprawa, która nie ma końca, bo nie ma w tej chwili drugiego takiego miejsca w Europie, a może i na świecie, które tak bardzo tętniłoby życiem jak Berlin. Według wyliczeń
Berlin Tourismus Marketing w sezonie letnim codziennie odbywa się tu półtora tysiąca legalnych imprez - od koncertów przez wernisaże, po spektakle teatralne i pokazy filmów. Zaś tych "partyzanckich", nielegalnych (a często niezwykłych), nikt nie zliczy.
Berlińczycy uwielbiają się bawić. - Coraz częściej jednak unikają popularnych, zatłoczonych klubów. Biorą sprawy w swoje ręce i organizują imprezy w najbardziej zaskakujących miejscach - tłumaczy Henrik Tedefjard, Szwed, który po latach spędzonych w Londynie i Barcelonie zakochał się w Berlinie (tu znalazł pracę swoich marzeń, czyli oprowadzanie wycieczek). - Nie bądźcie więc zaskoczeni, jeśli traficie na młodych ludzi z magnetofonem, piwem i winem szalejących w najlepsze przy bankomacie albo w tramwaju. Nie zdziwcie się też, gdy po chwili przyjedzie policja i poprosi wszystkich, by grzecznie się rozeszli.
W Berlinie tak naprawdę panują tylko dwie pory roku: lato i zima. - Kiedy jest zimno, wszyscy przenoszą się do klubów, kawiarni, barów. Kiedy tylko zrobi się trochę cieplej, wylegają tłumnie nad Szprewę. Tylu plażowych imprez nie ma nawet w Barcelonie - opowiada Henrik.
Największym tegorocznym hitem były właśnie kluby położone wzdłuż brzegu Szprewy (założę się, że i w przyszłym roku będzie tak samo). Do najpopularniejszych należy Bar 25, gdzie zabawa może trwać od piątkowego wieczoru aż do poniedziałkowego południa. Wystrojem miejsce to przypomina skrzyżowanie saloonu w zapadłej mieścinie na dzikim zachodzie i chaty skleconej przez Robinsona Cruzoe. Klimat - niezobowiązujący. Zresztą w większości miejsc nikt nie patrzy na metki (ciuchy mają być wygodne), a "niezobowiązujący" to w Berlinie słowo klucz. Czuje się to wszędzie - w sklepach, klubach, restauracjach.
- Przeprowadza się do nas coraz więcej muzyków, więc scena klubowa kwitnie - mówi w rozmowie z "Gazetą" popularny didżej i producent Kaos.
Co niezwykłe, przy całej jego różnorodności i wielokulturowości bardzo łatwo jest Berlin oswoić, znaleźć własne miejsca. Dwa lata temu zupełnie przez przypadek odkryłem knajpę nieopodal uroczej ulicy Kastanienalle (nie wymieniał jej żaden przewodnik). Nie ma szyldu ani nawet nazwy, mieści się na parterze szarej, niepozornej kamienicy. Kilka pomieszczeń, które w latach NRD służyły pewnie za sklep spożywczy, wypełniają meble z różnych epok, w różnych stylach. Wchodząc, płaci się jedno euro, dostając w zamian kieliszki. A potem można już - do woli - pić niezłe wina i zajadać się domowymi smakołykami. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że samemu ustala się wysokość rachunku - przy wyjściu stoi szklana miska do której wrzuca się pieniądze.
***
Takich miejsc są setki. Prowadzą je głównie młodzi ludzie pełni pomysłów, a miasto im pomaga. Bo to, że Berlin tak szybko stał się imprezowo-kulturalną mekką, jest w dużej części zasługą burmistrza Klausa Wowereita, który postanowił uczynić go przyjaznym artystom.
- Nasze miasto - w przeciwieństwie do innych metropolii jak Londyn, Paryż czy Nowy Jork - jest w ich zasięgu finansowym. Początkujący artyści zarabiają przecież niewiele; ale by tu żyć i tworzyć, nie muszą szukać mieszkań na obrzeżach, mogą pozostać w centrum - mówił mi Wowereit podczas wizyty w Warszawie. - Poza tym wszędzie rozgłaszamy, że wspieramy creative industries [sektor gospodarki polegający na wymianie dóbr intelektualnych]. Organizujemy spotkania architektów, projektantów mody, muzyków, malarzy, namawiamy ich do współpracy. No i ściągamy do nas ciekawe imprezy jak choćby Fashion Week. Na start - artystyczny czy biznesowy - pomagamy załatwić młodym ludziom kredyty w wysokości 50 tys. euro.
Brzmi jak idylla, ale tak naprawdę miasto nie jest w najlepszej kondycji finansowej. I tylko dzięki niemieckiemu prawu nakazującemu bogatszym dzielić się zyskami do berlińskiej kasy płyną pieniądze z Monachium czy Stuttgartu. Na razie zabawa trwa, a ostatnie lata na pewno przejdą do historii Niemiec jako czas niezwykłego rozkwitu kultury. Warto przekonać się o tym samemu, bo przecież Warszawę dzieli od Berlina tylko sześć godzin podróży pociągiem.
1
2
następne »
- hotele
- loty
- Oferty Booking.com
- Oferty FRU.PL
Podróże.gazeta.pl na Facebooku
Aktualna oferta

Podróżuj z nami co tydzień.
Przykładowy newsletterZaplanuj wakacje
Polska na weekend
Kontakt z redakcją
- ul. Czerska 8/10
- 00-732 Warszawa
- redakcja.podroze@gazeta.pl


















