Rzym w sześciu odsłonach
22.12.2008
, aktualizacja: 22.12.2008 16:33
Wieczne miasto nie jest do podziwiania z dystansu, jest do przeżywania. Błąkając się po nim, pozwólmy sobie na radość odkrywania detali
ZOBACZ TAKŻE
- Policja rozbiła gang gladiatorów spod Koloseum (11-08-11, 14:23)
- Rzym. Zarobić na beatyfikacji (08-03-11, 09:20)
- Codziennie w Fontannie di Trevi ok.1500 euro od turystów (06-05-10, 11:00)
- Florencja - weekend z Michałem Aniołem. Miasta marzeń. (27-04-09, 06:00)
- Triest z Joyce'em pod rękę (28-07-08, 06:00)
- Włochy na liście UNESCO. Matera - Sassi w zapachu tymianku (07-04-08, 06:00)
- Padwa. Freskowy zawrót głowy (24-03-08, 06:00)
- Piękne miasta - Genua. Paganini non ripete! (11-02-08, 06:00)
- Zobaczyć Neapol i... (27-08-07, 06:00)
- Werona: śladami Romea i Julii (01-05-07, 00:00)
- List z Bolzano. Odwiedziny u Człowieka Lodu (01-05-07, 00:00)
- Bolonia. Tłusta, czerwona, uczona (27-07-09, 06:00)
- Wędrówki po Rzymie. Zatybrze pachnie kawą (19-10-09, 06:00)
- Włochy. Rzym. Panteon i plac Wenecki (27-07-11, 12:35)
Gdy w sercu Forum Romanum rozwarła się buchająca ogniem czeluść, bohaterski Marek Kurcjusz poświęcił życie, skacząc w otchłań i czyniąc miasto nieśmiertelnym. Właśnie dlatego niektórzy uważają, że Rzym jest Wiecznym Miastem. Ja jednak myślę, że Rzym jest wieczny, bo czerpie sam z siebie. Kolejne jego warstwy budowane były na fundamentach poprzednich. Rzym stał się mistrzem przemieniania starego w nowe, wykorzystywania, adaptowania. Dlatego jest samowystarczalny - wieczny.
Będąc w Rzymie, nie można nie zwiedzać, ale miasto niczego na nas nie wymusza. Nie musimy szukać historii - znajdzie nas sama.
Odsłona I. Via Appia
Ta droga była już staruszką, kiedy Brutus spiskował przeciwko Juliuszowi Cezarowi, kiedy Neron tworzył pomnik ku swojej czci i kiedy mieszkańcy bawili się podczas studniowych igrzysk na otwarcie Koloseum. Budowę Via Appia rozpoczęto 300 lat przed narodzinami Chrystusa. Droga zaczynała się w sercu Rzymu, tuż obok największego cyrku miasta - Circo Massimo - a kończyła pod Neapolem. Do dziś pokrywają ją bazaltowe kamienie, po których wędrowali Rzymianie, by składać hołd zmarłym. Jako że prawo zabraniało chowania ciał na obszarze miasta, Via Appia od momentu przekroczenia murów zamieniała się w cmentarz: marmurowe nagrobki z posągami półnagich herosów, mauzolea wyglądające jak twierdze. Przy Via Appia ciągną się również katakumby (podziemne korytarze z grobami) - miejsce spoczynku pierwszych chrześcijan.
Kiedy tam byłam, po Via Appia Antica (jest też Nuova) jeździli rowerzyści, spacerowali ludzie z psami. Próbowałam sobie wyobrazić, jak kiedyś wyglądała droga wyłożona szaro-czarnymi kamieniami, obsadzona po bokach ciemnozielonymi drzewami, z bielą marmurowych nagrobków pomiędzy nimi. Kiedyś nagrobki stały tuż obok siebie, dziś zachowały się nieliczne - okradzione, potłuczone i poobijane. Dla współczesnych rzymian Via Appia to miejsce spacerów, swoisty park stosunkowo niedaleko od centrum. Łatwo tam dojechać autobusem i urządzić sobie piknik na łące przy zamkniętym kamiennym kościółku naprzeciwko antycznego mauzoleum.
Odsłona II. Domus Aurea
Prosta brama uchyla się, dziewczyna z kręconymi włosami i w kasku na głowie uśmiecha się do nas: - Zapraszam. Wejdźcie do Domus Aurea, złotego pałacu Nerona.
Po pożarze, który doszczętnie zniszczył kilka dzielnic, nie oszczędzając cesarskich pałaców, Neron postanowił skorzystać z okazji i za publiczne pieniądze wybudował sobie posiadłość tak wspaniałą, że drugiej takiej nie było w całym starożytnym świecie.
Cały kompleks łączył wzgórza Palatyn i Eskwilin. Na jego terenie Neron wyczarował park ze sztucznym jeziorem, połaciami lasu i dzikimi zwierzętami. Do pałacu kazał doprowadzić rurociągi z wodami termalnymi oddalonymi o 20 km od Rzymu. Westybul był tak ogromny, że mieścił się w nim ponad 30-metrowy posąg Nerona - boga słońca. W centrum pałacu zbudował kaplicę z kamienia księżycowego, przez który przechodziło światło. Sklepienie jednej jadalni kręciło się, naśladując ruch niebios, a na ucztujących z otwieranego sufitu spadały tysiące płatków róży. Dom nie bez powodu został nazwany złotym - złoto zdobiło ściany, posągi, mozaiki, zastawy stołowe.
Tam, gdzie kiedyś były lasy, ciągną się zatłoczone arterie, a zamiast zwierząt kręcą się ludzie. Dziś w miejscu jeziora stoi Koloseum, niedaleko, przysypany ziemią, kryje się dawny pałac szalonego władcy.
W kaskach na głowach zagłębiamy się pod ziemię. Słuchając opowieści przewodniczki, nagle widzę, jak ceglane ściany rozstępują, się ukazując ogromny ogród. Obracam się, słysząc szum wody - to ożyła fontanna w ścianie. Promienie słońca odbijają się w posadzce zalanej wodą. Na suficie zachowała się szklana mozaika ukazująca dwie postacie - tańczące, walczące? Choć dziś ściany są ze zwykłych cegieł, widać na nich ślady po marmurze, który też odbijał światło dnia. Dom Nerona odkrył przez przypadek pod koniec XV w. młody rzymianin. Ziemia osunęła mu się pod nogami i ku swojemu zdziwieniu znalazł się w komorze ozdobionej cudownymi, kolorowymi freskami.
Pałac ogołocono z kosztowności, kiedy kolejny cesarz użył go jako fundamentu pod publiczne termy. Podczas przebudowy sale Domus Aurea zostały wypełnione do dwóch trzecich wysokości piachem i gruzem, dlatego malarze (wśród nich Rafael i Michał Anioł) mogli spuszczać się na linie w głąb ziemi i chodzić po przygotowanym gruncie na wysokości sufitów. Niektórzy zostawili nawet swoje podpisy, które dziś - po usunięciu gruzu - możemy oglądać z odległości kilku metrów od ziemi. Niestety, nikt nie pomyślał o zabezpieczeniu fresków - powietrze razem z deszczem dostającym się przez wykopane otwory dokonało dzieła zniszczenia. Dziś niektóre ściany są czerwone, ale z trudem odnajdziemy na nich ślady wijących się winorośli, rozchylających się pąków kwiatów czy kiście winogron. Malarze zrobili kopie malowideł - freski z domu Nerona stały się inspiracją dla ścian m.in. w Muzeach Watykańskich. Nam pozostaje nadzieja, że w nie odkopanych jeszcze salach, do których nie dotarli renesansowi malarze, zachowały się nietknięte malowidła zdobiące Domus Aurea (rezerwacje: www.pierreci.it).
Odsłona III. Pasquino
Wędrując po Rzymie, wcześniej czy później trafimy do Centro Historico - najbardziej znanych fontann, placów i sklepów. Za każdym rogiem kryją się miejsca, które kojarzymy z lekcji historii, filmów Felliniego i... pokazów mody: Fontana di Trevi, Piazza Navona, kościół Santa Maria del Popolo, Campo di Fiori, Schody Hiszpańskie...
Łatwo przeoczyć niewielkie Piazza Pasquino w pobliżu Piazza Navona. Znajduje się na nim pierwszy "mówiący" pomnik Rzymu z 1501 r. nazwany przez mieszkańców Pasquino najprawdopodobniej na cześć krawca, który mieszkał w pobliżu - nie bał się krytykować władz i papieża. Sam posąg pochodzi z III w p.n.e. i przedstawia herosa, dziś już trudno stwierdzić którego, gdyż jest poobijany, brakuje mu rąk i nóg, rysy twarzy zatarły się od działania wody. Podobno w średniowieczu służył jako kamień pozwalający suchą nogą przejść po błotnistym terenie. To na nim w 1501 r. zawisły pierwsze paszkwile wymierzone przeciwko papieżowi i jego administracji. Najsłynniejszy z nich był reakcją na decyzję Urbana VIII wywodzącego się z bogatego rodu Barberinich o przetopieniu brązowych ozdób z Panteonu na kolumny w Bazylice św. Piotra. Gdy ogłoszono tę decyzję, na pomniku Pasquino zawisła kartka: "Czego nie zrobili barbarzyńcy, tego dokonali Barberini". Z czasem "mówiących" pomników przybywało. Stały w najbardziej ruchliwych punktach miastach tak, żeby jak najwięcej ludzi zdążyło przeczytać paszkwile, zanim zerwie je straż. Dziś pomnik Pasquino oklejony jest kartkami z rymowanymi krytykami rządów Berlusconiego.
Odsłona IV. Cmentarz protestancki
Ze stacji metra Piramida wychodzimy na nieregularny plac. Panuje tu zamieszanie: odchodzą pociągi, ulice przecinają się pod dziwnymi kątami. Włosi w garniturach piją na śniadanie kawę, pogryzając słodkie rogaliki. Nad placem dominuje biała piramida Cestiusza - grobowiec rzymskiego ekwity z 12 r. p.n.e. Zachowała się głównie dzięki rzymskiemu zmysłowi do nadawania nowego znaczenia rzeczom już istniejącym i ponownego ich wykorzystywania. W III w. włączono ją w ciąg nowych murów okalających wiecznie rozrastające się miasto. Dziś stoi odgrodzona od ulicy, niedostępna, wyniosła, poszarzała. Prowadzi w cichą uliczkę z murem z jednej strony, parterowymi domkami z drugiej. Za murem kryje się protestancki cmentarz założony w XVIII w. dla obcokrajowców niekatolików, którzy umarli w Rzymie. Kiedy przejdziemy przez niewielką bramę, znajdziemy się w innym świecie. Wszystko tu jest białe: nagrobki, anioły opłakujące zmarłych, zasmucone figury, skromne krzyże. Naokoło panoszy się zieleń - palmy, pinie, pnącza, agawy, barwinki wciśnięte między nagrobne płyty i białe róże zasadzone przy ścieżce. Słońce otula cmentarz ciepłym kolorem. Dlatego tak bardzo lubią go słynne rzymskie koty - wylegują się na płytach, w donicach, przy ścieżkach. Mruczą, ocierają się, towarzyszą w zwiedzaniu, pomagają w kontemplacji. Są strażnikami i dobrymi duchami tego miejsca. Niektóre mają nawet swoje dostosowane do rozmiarów nagrobki w dalszej części cmentarza.
Angielski poeta Percy Shelley (1792-1822) napisał, że niektórzy mogą zakochać się w śmierci na myśl o byciu pochowanym w tak uroczym miejscu. Niedługo potem utonął u wybrzeży Italii, a jego prochy trafiły w miejsce, które tak go urzekło. Zielono-białe królestwo słońca i kotów jest również miejscem wiecznego spoczynku przyjaciela Shelleya, poety Johna Keatsa (1795-1821).
Odsłona V. Zatybrze
Wąskimi uliczkami Getta, za plecami Teatro Marcello próbuję trafić na Zatybrze. Zapada zmierzch, skrzeczące czarne ptaki fruwają po różowym niebie. To, co z początku wydawało się ślepą uliczką, okazuje się furtką do Tybru. Jeszcze tylko kamienny mostek, wyspa, drugi kamienny mostek, szeroka ulica i nagle wszystko cichnie i maleje. Rzym traci swoją monumentalność i historyczność. Są tylko ciche domki w toskańskich kolorach: ochra, brunatny pomarańcz, przygaszona czerwień, obdrapana żółć. Rogi domów zdobią rzeźbione metalowe parasole, które chronią świętych w narożnikach przed deszczem.
Idę w stronę viale di Trastevere. Coraz więcej knajpek, coraz gwarniej, coraz tłumniej. Na maleńkim Piazza del Drago, który właściwie nie jest placem, a poszerzonym skrzyżowaniem dwóch ulic, kryje się knajpka Il Ponentino. Ponętna nazwa powinna każdego zachęcić, żeby wejść do środka, a szczególnie tych, którzy uważają, że dzień bez makaronu jest nic niewart. Najdoskonalsze jest ravioli z łososiem. Małe, ręcznie robione pierożki, po włożeniu do ust powoli rozpuszczają się, odkrywając przed nami kolejne warstwy smaku. A jeśli to czwartek, należy koniecznie poddać się szaleństwu gnocchi. Tylko tego dnia restauratorzy zabierają się do ręcznego wyrabiania tych mączno-ziemniaczanych grudek. Na świeże gnocchi w sosie na bazie sera gorgonzola, w pomidorach z bazylią, ze świeżym pesto, w ostro doprawionym sosie ze śmietaną i grzybami, przychodzą tłumy.
Idę via della Lungaretta od strony wyspy. Za viale di Trastevere zaczyna się zabawa. Stragany z biżuterią, torebkami, szalikami, pamiątkami (nie do końca wiecznymi) z Wiecznego Miasta. Sklepy z płytami, których nie znajdziemy w Polsce (gigantyczna kolekcja Paolo Contego, najlepsze utwory Gianny Nannini), skórzane buty najwyższej jakości. Ulice odurzają zapachem lawendy sprzedawanej na wagę. Choć temperatura oscyluje w granicach zera, na ulicy porozstawiane są stoliki oświetlane płomieniami grzejników. Przy via della Lungaretta, na małym placyku, a może po prostu parkingu, pod ścianami rozgościły się trattorie, winiarnie, kafejki i restauracje. W oknach migoczą lampki, wejścia porośnięte są bluszczem. W winiarni każdy wolny centymetr ściany pokrywają butelki, na stołach płoną świeczki. Karta zawiera dwie strony dań i 30 stron win. Lasagna ma kremową konsystencję przełamaną pikantnością przypraw. Bakłażany zapieczone w pomidorach i parmezanie przyjemnie kłują w język, a malutkie sakiewki z makaronu kryją w sobie niespodziankę, która ciągle śni mi się w najmilszych snach o biesiadowaniu - gruszki z szafranem i łagodnym serkiem, trochę na słodko, trochę na słono (nawet nie zauważyłam, kiedy osiem sakiewek znikło z mojego talerza).
Zatybrze było kiedyś dzielnicą biedoty, gorszą stroną Tybru. Jedynym ciekawym punktem był kościół Santa Maria di Trastevere z pięknymi mozaikami. W pewnym momencie Trastevere przejęli artyści. Mają tu swoje sklepiki z biżuterią, ciuchami, butami. Zaraz też zaczęły się otwierać knajpki z klimatem: drewniane, belkowane sufity, kamienne posadzki, światła migoczące w oknach. Nie ma tu naganiaczy jak w centrum, którzy ciągną do środka lokali. Na Zatybrzu sami tworzymy swoją trasę - za każdym razem inną, odkrywającą coś nowego.
Odsłona VI. Moja własna
Rzym zwiedzałam nie pierwszy raz, więc powoli zaczynam tu mieć swoje miejsca. Largo di Torre Argentina - antyczny plac z ruinami świątyń i teatru, dziś otoczony renesansowymi budynkami. Odsłonięte, oświetlone kamienie stały się domem dla kotów. Będąc tu za pierwszym razem, próbowałam je policzyć - doszłam do pięćdziesięciu kilku i pogubiłam się. Fontanna di Trevi ze ścianą wody, na której wyświetlano słynną scenę ze "Słodkiego życia" Felliniego, a później częstowano lokalnym winem i serami w czasie białej nocy. Uliczki przy Santa Maria Maggiore z ukrytymi podwórkami, skąpanymi w słońcu, porośniętymi bluszczem. Przechodzę tamtędy i wracają wspomnienia, ale za każdym razem odkrywam też coś nowego. Nawet w miejscach, które już znam: na Forum Romanum, w Muzeach Kapitolińskich czy w katakumbach. Kiedy wrócę do Rzymu po raz kolejny, na pewno znowu mnie zaskoczy jakąś legendą, historią, imprezą. Klimatem właściwym tylko sobie.
Widziałeś Rzym? Pochwal się w serwisie Kolumber.pl
Będąc w Rzymie, nie można nie zwiedzać, ale miasto niczego na nas nie wymusza. Nie musimy szukać historii - znajdzie nas sama.
Odsłona I. Via Appia
Ta droga była już staruszką, kiedy Brutus spiskował przeciwko Juliuszowi Cezarowi, kiedy Neron tworzył pomnik ku swojej czci i kiedy mieszkańcy bawili się podczas studniowych igrzysk na otwarcie Koloseum. Budowę Via Appia rozpoczęto 300 lat przed narodzinami Chrystusa. Droga zaczynała się w sercu Rzymu, tuż obok największego cyrku miasta - Circo Massimo - a kończyła pod Neapolem. Do dziś pokrywają ją bazaltowe kamienie, po których wędrowali Rzymianie, by składać hołd zmarłym. Jako że prawo zabraniało chowania ciał na obszarze miasta, Via Appia od momentu przekroczenia murów zamieniała się w cmentarz: marmurowe nagrobki z posągami półnagich herosów, mauzolea wyglądające jak twierdze. Przy Via Appia ciągną się również katakumby (podziemne korytarze z grobami) - miejsce spoczynku pierwszych chrześcijan.
Kiedy tam byłam, po Via Appia Antica (jest też Nuova) jeździli rowerzyści, spacerowali ludzie z psami. Próbowałam sobie wyobrazić, jak kiedyś wyglądała droga wyłożona szaro-czarnymi kamieniami, obsadzona po bokach ciemnozielonymi drzewami, z bielą marmurowych nagrobków pomiędzy nimi. Kiedyś nagrobki stały tuż obok siebie, dziś zachowały się nieliczne - okradzione, potłuczone i poobijane. Dla współczesnych rzymian Via Appia to miejsce spacerów, swoisty park stosunkowo niedaleko od centrum. Łatwo tam dojechać autobusem i urządzić sobie piknik na łące przy zamkniętym kamiennym kościółku naprzeciwko antycznego mauzoleum.
Odsłona II. Domus Aurea
Prosta brama uchyla się, dziewczyna z kręconymi włosami i w kasku na głowie uśmiecha się do nas: - Zapraszam. Wejdźcie do Domus Aurea, złotego pałacu Nerona.
Po pożarze, który doszczętnie zniszczył kilka dzielnic, nie oszczędzając cesarskich pałaców, Neron postanowił skorzystać z okazji i za publiczne pieniądze wybudował sobie posiadłość tak wspaniałą, że drugiej takiej nie było w całym starożytnym świecie.
Cały kompleks łączył wzgórza Palatyn i Eskwilin. Na jego terenie Neron wyczarował park ze sztucznym jeziorem, połaciami lasu i dzikimi zwierzętami. Do pałacu kazał doprowadzić rurociągi z wodami termalnymi oddalonymi o 20 km od Rzymu. Westybul był tak ogromny, że mieścił się w nim ponad 30-metrowy posąg Nerona - boga słońca. W centrum pałacu zbudował kaplicę z kamienia księżycowego, przez który przechodziło światło. Sklepienie jednej jadalni kręciło się, naśladując ruch niebios, a na ucztujących z otwieranego sufitu spadały tysiące płatków róży. Dom nie bez powodu został nazwany złotym - złoto zdobiło ściany, posągi, mozaiki, zastawy stołowe.
Tam, gdzie kiedyś były lasy, ciągną się zatłoczone arterie, a zamiast zwierząt kręcą się ludzie. Dziś w miejscu jeziora stoi Koloseum, niedaleko, przysypany ziemią, kryje się dawny pałac szalonego władcy.
W kaskach na głowach zagłębiamy się pod ziemię. Słuchając opowieści przewodniczki, nagle widzę, jak ceglane ściany rozstępują, się ukazując ogromny ogród. Obracam się, słysząc szum wody - to ożyła fontanna w ścianie. Promienie słońca odbijają się w posadzce zalanej wodą. Na suficie zachowała się szklana mozaika ukazująca dwie postacie - tańczące, walczące? Choć dziś ściany są ze zwykłych cegieł, widać na nich ślady po marmurze, który też odbijał światło dnia. Dom Nerona odkrył przez przypadek pod koniec XV w. młody rzymianin. Ziemia osunęła mu się pod nogami i ku swojemu zdziwieniu znalazł się w komorze ozdobionej cudownymi, kolorowymi freskami.
Pałac ogołocono z kosztowności, kiedy kolejny cesarz użył go jako fundamentu pod publiczne termy. Podczas przebudowy sale Domus Aurea zostały wypełnione do dwóch trzecich wysokości piachem i gruzem, dlatego malarze (wśród nich Rafael i Michał Anioł) mogli spuszczać się na linie w głąb ziemi i chodzić po przygotowanym gruncie na wysokości sufitów. Niektórzy zostawili nawet swoje podpisy, które dziś - po usunięciu gruzu - możemy oglądać z odległości kilku metrów od ziemi. Niestety, nikt nie pomyślał o zabezpieczeniu fresków - powietrze razem z deszczem dostającym się przez wykopane otwory dokonało dzieła zniszczenia. Dziś niektóre ściany są czerwone, ale z trudem odnajdziemy na nich ślady wijących się winorośli, rozchylających się pąków kwiatów czy kiście winogron. Malarze zrobili kopie malowideł - freski z domu Nerona stały się inspiracją dla ścian m.in. w Muzeach Watykańskich. Nam pozostaje nadzieja, że w nie odkopanych jeszcze salach, do których nie dotarli renesansowi malarze, zachowały się nietknięte malowidła zdobiące Domus Aurea (rezerwacje: www.pierreci.it).
Odsłona III. Pasquino
Wędrując po Rzymie, wcześniej czy później trafimy do Centro Historico - najbardziej znanych fontann, placów i sklepów. Za każdym rogiem kryją się miejsca, które kojarzymy z lekcji historii, filmów Felliniego i... pokazów mody: Fontana di Trevi, Piazza Navona, kościół Santa Maria del Popolo, Campo di Fiori, Schody Hiszpańskie...
Łatwo przeoczyć niewielkie Piazza Pasquino w pobliżu Piazza Navona. Znajduje się na nim pierwszy "mówiący" pomnik Rzymu z 1501 r. nazwany przez mieszkańców Pasquino najprawdopodobniej na cześć krawca, który mieszkał w pobliżu - nie bał się krytykować władz i papieża. Sam posąg pochodzi z III w p.n.e. i przedstawia herosa, dziś już trudno stwierdzić którego, gdyż jest poobijany, brakuje mu rąk i nóg, rysy twarzy zatarły się od działania wody. Podobno w średniowieczu służył jako kamień pozwalający suchą nogą przejść po błotnistym terenie. To na nim w 1501 r. zawisły pierwsze paszkwile wymierzone przeciwko papieżowi i jego administracji. Najsłynniejszy z nich był reakcją na decyzję Urbana VIII wywodzącego się z bogatego rodu Barberinich o przetopieniu brązowych ozdób z Panteonu na kolumny w Bazylice św. Piotra. Gdy ogłoszono tę decyzję, na pomniku Pasquino zawisła kartka: "Czego nie zrobili barbarzyńcy, tego dokonali Barberini". Z czasem "mówiących" pomników przybywało. Stały w najbardziej ruchliwych punktach miastach tak, żeby jak najwięcej ludzi zdążyło przeczytać paszkwile, zanim zerwie je straż. Dziś pomnik Pasquino oklejony jest kartkami z rymowanymi krytykami rządów Berlusconiego.
Odsłona IV. Cmentarz protestancki
Ze stacji metra Piramida wychodzimy na nieregularny plac. Panuje tu zamieszanie: odchodzą pociągi, ulice przecinają się pod dziwnymi kątami. Włosi w garniturach piją na śniadanie kawę, pogryzając słodkie rogaliki. Nad placem dominuje biała piramida Cestiusza - grobowiec rzymskiego ekwity z 12 r. p.n.e. Zachowała się głównie dzięki rzymskiemu zmysłowi do nadawania nowego znaczenia rzeczom już istniejącym i ponownego ich wykorzystywania. W III w. włączono ją w ciąg nowych murów okalających wiecznie rozrastające się miasto. Dziś stoi odgrodzona od ulicy, niedostępna, wyniosła, poszarzała. Prowadzi w cichą uliczkę z murem z jednej strony, parterowymi domkami z drugiej. Za murem kryje się protestancki cmentarz założony w XVIII w. dla obcokrajowców niekatolików, którzy umarli w Rzymie. Kiedy przejdziemy przez niewielką bramę, znajdziemy się w innym świecie. Wszystko tu jest białe: nagrobki, anioły opłakujące zmarłych, zasmucone figury, skromne krzyże. Naokoło panoszy się zieleń - palmy, pinie, pnącza, agawy, barwinki wciśnięte między nagrobne płyty i białe róże zasadzone przy ścieżce. Słońce otula cmentarz ciepłym kolorem. Dlatego tak bardzo lubią go słynne rzymskie koty - wylegują się na płytach, w donicach, przy ścieżkach. Mruczą, ocierają się, towarzyszą w zwiedzaniu, pomagają w kontemplacji. Są strażnikami i dobrymi duchami tego miejsca. Niektóre mają nawet swoje dostosowane do rozmiarów nagrobki w dalszej części cmentarza.
Angielski poeta Percy Shelley (1792-1822) napisał, że niektórzy mogą zakochać się w śmierci na myśl o byciu pochowanym w tak uroczym miejscu. Niedługo potem utonął u wybrzeży Italii, a jego prochy trafiły w miejsce, które tak go urzekło. Zielono-białe królestwo słońca i kotów jest również miejscem wiecznego spoczynku przyjaciela Shelleya, poety Johna Keatsa (1795-1821).
Odsłona V. Zatybrze
Wąskimi uliczkami Getta, za plecami Teatro Marcello próbuję trafić na Zatybrze. Zapada zmierzch, skrzeczące czarne ptaki fruwają po różowym niebie. To, co z początku wydawało się ślepą uliczką, okazuje się furtką do Tybru. Jeszcze tylko kamienny mostek, wyspa, drugi kamienny mostek, szeroka ulica i nagle wszystko cichnie i maleje. Rzym traci swoją monumentalność i historyczność. Są tylko ciche domki w toskańskich kolorach: ochra, brunatny pomarańcz, przygaszona czerwień, obdrapana żółć. Rogi domów zdobią rzeźbione metalowe parasole, które chronią świętych w narożnikach przed deszczem.
Idę w stronę viale di Trastevere. Coraz więcej knajpek, coraz gwarniej, coraz tłumniej. Na maleńkim Piazza del Drago, który właściwie nie jest placem, a poszerzonym skrzyżowaniem dwóch ulic, kryje się knajpka Il Ponentino. Ponętna nazwa powinna każdego zachęcić, żeby wejść do środka, a szczególnie tych, którzy uważają, że dzień bez makaronu jest nic niewart. Najdoskonalsze jest ravioli z łososiem. Małe, ręcznie robione pierożki, po włożeniu do ust powoli rozpuszczają się, odkrywając przed nami kolejne warstwy smaku. A jeśli to czwartek, należy koniecznie poddać się szaleństwu gnocchi. Tylko tego dnia restauratorzy zabierają się do ręcznego wyrabiania tych mączno-ziemniaczanych grudek. Na świeże gnocchi w sosie na bazie sera gorgonzola, w pomidorach z bazylią, ze świeżym pesto, w ostro doprawionym sosie ze śmietaną i grzybami, przychodzą tłumy.
Idę via della Lungaretta od strony wyspy. Za viale di Trastevere zaczyna się zabawa. Stragany z biżuterią, torebkami, szalikami, pamiątkami (nie do końca wiecznymi) z Wiecznego Miasta. Sklepy z płytami, których nie znajdziemy w Polsce (gigantyczna kolekcja Paolo Contego, najlepsze utwory Gianny Nannini), skórzane buty najwyższej jakości. Ulice odurzają zapachem lawendy sprzedawanej na wagę. Choć temperatura oscyluje w granicach zera, na ulicy porozstawiane są stoliki oświetlane płomieniami grzejników. Przy via della Lungaretta, na małym placyku, a może po prostu parkingu, pod ścianami rozgościły się trattorie, winiarnie, kafejki i restauracje. W oknach migoczą lampki, wejścia porośnięte są bluszczem. W winiarni każdy wolny centymetr ściany pokrywają butelki, na stołach płoną świeczki. Karta zawiera dwie strony dań i 30 stron win. Lasagna ma kremową konsystencję przełamaną pikantnością przypraw. Bakłażany zapieczone w pomidorach i parmezanie przyjemnie kłują w język, a malutkie sakiewki z makaronu kryją w sobie niespodziankę, która ciągle śni mi się w najmilszych snach o biesiadowaniu - gruszki z szafranem i łagodnym serkiem, trochę na słodko, trochę na słono (nawet nie zauważyłam, kiedy osiem sakiewek znikło z mojego talerza).
Zatybrze było kiedyś dzielnicą biedoty, gorszą stroną Tybru. Jedynym ciekawym punktem był kościół Santa Maria di Trastevere z pięknymi mozaikami. W pewnym momencie Trastevere przejęli artyści. Mają tu swoje sklepiki z biżuterią, ciuchami, butami. Zaraz też zaczęły się otwierać knajpki z klimatem: drewniane, belkowane sufity, kamienne posadzki, światła migoczące w oknach. Nie ma tu naganiaczy jak w centrum, którzy ciągną do środka lokali. Na Zatybrzu sami tworzymy swoją trasę - za każdym razem inną, odkrywającą coś nowego.
Odsłona VI. Moja własna
Rzym zwiedzałam nie pierwszy raz, więc powoli zaczynam tu mieć swoje miejsca. Largo di Torre Argentina - antyczny plac z ruinami świątyń i teatru, dziś otoczony renesansowymi budynkami. Odsłonięte, oświetlone kamienie stały się domem dla kotów. Będąc tu za pierwszym razem, próbowałam je policzyć - doszłam do pięćdziesięciu kilku i pogubiłam się. Fontanna di Trevi ze ścianą wody, na której wyświetlano słynną scenę ze "Słodkiego życia" Felliniego, a później częstowano lokalnym winem i serami w czasie białej nocy. Uliczki przy Santa Maria Maggiore z ukrytymi podwórkami, skąpanymi w słońcu, porośniętymi bluszczem. Przechodzę tamtędy i wracają wspomnienia, ale za każdym razem odkrywam też coś nowego. Nawet w miejscach, które już znam: na Forum Romanum, w Muzeach Kapitolińskich czy w katakumbach. Kiedy wrócę do Rzymu po raz kolejny, na pewno znowu mnie zaskoczy jakąś legendą, historią, imprezą. Klimatem właściwym tylko sobie.
Widziałeś Rzym? Pochwal się w serwisie Kolumber.pl
- hotele
- loty
- Oferty Booking.com
- Oferty FRU.PL
Podróże.gazeta.pl na Facebooku
Aktualna oferta

Podróżuj z nami co tydzień.
Przykładowy newsletterZaplanuj wakacje
Polska na weekend
Kontakt z redakcją
- ul. Czerska 8/10
- 00-732 Warszawa
- redakcja.podroze@gazeta.pl















