Francja na liście UNESCO. Nieznośna lekkość Lyonu

Centrum rozłożyło się między turkusowo-zielonym Rodanem a brunatną Saoną
Na pierwszy rzut oka wydaje się podobny do innych francuskich miast. Ale kto pozna Lyon choć trochę bliżej, bez trudu zorientuje się, że kryje on wiele tajemnic...

Lyon, jak bodaj każde francuskie miasto, zachował XIX-wieczne śródmieście pełne kilkupiętrowych kamienic o spadzistych dachach, z balkonami z kutych krat. Ich architektoniczne ozdoby czerpią inspirację ze wszystkich możliwych stylów. Dziś pewnej nowoczesności usiłują nadać mu handlowe deptaki, oryginalne, często zabawne fontanny czy współczesne obiekty wkomponowane w zabytkowe mury. Jak choćby dworzec kolejowy Perrache, gmach opery, czy uniwersytecki wydział prawa w dawnej fabryce papierosów. Wieczorem wiele budowli jest efektownie oświetlonych. Czasem wydaje się, że nieco na wyrost - pracowici mieszkańcy (ok. 500 tys.) wcześnie chodzą spać, zaś turyści na ogół tylko tędy przejeżdżają w drodze do Prowansji, nad Morze Śródziemne czy w Alpy.

Miasto ożywia się trzy razy w roku: w trzeci czwartek listopada za sprawą Beaujolais Nouveau, 8 grudnia w święto Niepokalanego Poczęcia (tradycja stawiania w oknach zapalonych świeczek przerodziła się w Święto Światła) i w czerwcu, za sprawą Święta Muzyki zwiastującego początek lata.

Na co dzień jest tu spokojnie. Lyończycy nade wszystko cenią tradycję, wygodę i dyskrecję (podobno jest tu najwięcej tajnych stowarzyszeń i lóż masońskich we Francji!) i nawet przybyszów z innych regionów kraju traktują jak obcych.

Mieszkańcy najlepszych śródmiejskich dzielnic rzadko zapuszczają się do położonej na wysokim wzgórzu Croix Rousse, dawnej dzielnicy tkaczy, czy do Gerland, u zbiegu Saony i Rodanu, znanej ze stadionu Olympique Lyonnais (od siedmiu lat nie oddał mistrzostwa kraju!) i nowoczesnych laboratoriów farmaceutycznych.

Co prawda część ulic wyłączono z ruchu kołowego, ale metrem i maleńkimi autobusikami łatwo dotrzemy niemal w każdy zakątek śródmiejskiego półwyspu (Presque-Ile). Półwyspu, bowiem centrum Lyonu rozłożyło się malowniczo między turkusowo-zielonym Rodanem, a łączącą się z nim parę kilometrów dalej brunatną Saoną. To właśnie na jej prawym brzegu znajdują się najciekawsze zabytki.

***

Trzy parafie i jedna ulica - tak najkrócej można opisać stare miasto (Vieux Lyon) wciśnięte między obudowany betonowymi parkingami brzeg Saony, a pełne starożytności wzgórze Fourviere (nazwa pochodzi od forum, które stało tu w czasach, gdy Lyon zwał się Lugdunum). Główna ulica św. Jana zachowała średniowieczny kształt - kamienny chodnik nachyla się z obu stron ku biegnącemu środkiem rynsztokowi (dziś nic już nim, oczywiście, nie płynie). Prowadzi ona równolegle do rzeki, wokół siatka mniejszych uliczek. Choć całość wydać się może niepozorna, jest to największy w Europie renesansowy kompleks urbanistyczny! Miasto rozbudowywało się ku wschodowi, pozostawiając w nienaruszonym stanie historyczne kwartały. Są autentyczne i tętnią życiem. W 1989 r. na liście światowego dziedzictwa UNESCO znalazło się 10 proc. powierzchni starego Lyonu - w sumie 500 ha.

Ulicą św. Jana idziemy zwykle na przekór chronologii. Od neogotyckiego kościoła św. Jerzego (jego twórca, znany XIX-wieczny architekt Pierre-Marie Bossan mówił, że był to "grzech młodości") do katedry św. Jana Chrzciciela i najstarszego w mieście kościoła św. Pawła z 549 r.

Próżno by tu szukać rynku jako serca dzielnicy. Funkcji tej nie spełnia plac przed katedrą, zaś wspaniałe targi z warzywami, starociami, rzemiosłem (inne w każdy dzień tygodnia) odbywają się na bulwarze nad rzeką. Ów plac kinomani rozpoznają z pewnością - był filmową Pragą w "Nieznośnej lekkości bytu" Philipa Kaufmana (1987 r.) według powieści Milana Kundery.

Romańsko-gotycka katedra zawiedzie w pierwszej chwili tego, kto oczekuje budowli równie ogromnej, jak świątynie z północnej Francji. Jej boczne wieże - choć potężne - mają tylko 44 m wysokości. Ale fasada jest harmonijna i piękna (zjeżdżając bądź schodząc ze wzgórza nad miastem, dojrzymy siedzącego na jej trójkątnym zwieńczeniu kamiennego Boga Ojca, jak, zawieszony w powietrzu, króluje nad światem). Kolejnym powodem do rozczarowania mogą być puste nisze po figurach proroków i świętych oraz pozbawione głów anioły ponad nimi. To "pamiątki" po religijnych zamieszkach w XVI w. i po rewolucji francuskiej. Katedra, jako jedna z niewielu budowli w Lyonie, ucierpiała też w czasie II wojny światowej - podmuch towarzyszący wysadzaniu mostów przez hitlerowców zniszczył witraże. Na szczęście zachował się najstarszy (XII w.) i najcenniejszy, w kaplicy na lewo od chóru. Przetrwały też rozety (częściowo odrestaurowane) - dwie w narteksie i jedna w fasadzie. Dlatego trzeba tu przyjść wcześnie rano, gdy napełniają kościół żółtym i niebieskim blaskiem. Jeszcze piękniej jest o zachodzie, gdy słońce niemal rozpala wnętrze ciepłym, czerwonym światłem.

W tym wnętrzu o stosunkowo skromnych rozmiarach (80 m długości, 26 szerokości, 32,5 wysokości), za to o wspaniałych proporcjach, można dostrzec, jak rozbudowywano świątynię (powstawała od XII w. przez ponad 300 lat). W chórze za głównym ołtarzem zobaczymy więc, że dolna część absydy jest romańska i że sklepienie tzw. kaplicy burbońskiej to XVI-wieczny gotyk płomienisty.

Z XI w. pochodzi przylegający do kościoła romański budynek Manécanterie, dawnej Scholi, o przepięknej fasadzie, dziś siedziba katedralnego skarbca (można oglądać). Tuż obok pozostałości wczesnochrześcijańskich kościołów św. Stefana i św. Krzyża oraz baptysterium z IV w., które chroni szklany dach, przez który można zajrzeć do środka.

Idąc dalej na północ na Place du Change (Wymiany) ujrzymy prostokątny budynek z XVII w. - zbór protestancki. Na okalającym go tarasie zwykle bawią się dzieci albo przysiadają wędrowcy. Była to pierwsza w mieście siedziba kantoru i giełdy, aż w 1803 r Napoleon przekazał go protestantom (religijne prądy "przypływały" tu Rodanem z niedalekiej kalwińskiej Genewy). Do środka można wejść tylko w soboty i niedziele, lub w czasie koncertów.

Przy place du Change mieszkali bogacze. Świadczy o tym choćby XIV-wieczna kamienica Thomassin należąca do rodziny kupców bławatnych. Ma rozmiary niewielkiego pałacyku, a jej kilkupiętrową fasadę z jasnego kamienia zdobią bogato rzeźbione obramowania okien i drzwi.

***

Zwiedzanie lyońskiej starówki nie polega jednak na chodzeniu ulicami i oglądaniu fasad domów, ale ich... podwórek. To tutaj ukryte są prawdziwe renesansowe skarby.

Podwórka i słynne traboules (na wpół tajemne przejścia między kamienicami) zachwycają architekturą krytych korytarzy, kręconych schodów, galerii, ozdobnymi framugami okien i drzwi. Plany tych przejść dostaniemy w biurach informacji turystycznej (na Placu Bellecour i przy stacji metra D obok katedry) i warto z nich skorzystać, bo są naprawdę dobrze ukryte. Podczas okupacji znikali w nich członkowie francuskiego ruchu oporu, uciekając przed agentami gestapo.

Przy okazji warto zajrzeć do muzeum marionetek z całego świata w kamienicy florenckich bankierów Gadagne czy odnaleźć w jednym z korytarzy kręcone schody obywające się bez głównej osi. Każdy przewodnik zaprowadzi nas do arcydzieła królewskiego architekta Philiberta de l'Orme z 1536 r.: na podwórku łączącym dwie kamienice rodziny Builloud przy ulicy Żydowskiej (Juiverie) ujrzymy wspartą na łukach rzeźbioną galerię w stylu włoskiego renesansu, godną królewskiego pałacu.

Ale inne podwórka też zachwycają. Można podziwiać doskonałość ich proporcji, stare studnie i zwisające z wysokich pięter kwiaty. Na moim ulubionym dziedzińczyku znajduje się wejście do siedziby parafii ormiańskiej i malownicze zaplecze restauracji.

***

A restauracje są żelaznym punktem programu. Choć rozmaitość kuchni z całego świata jest ogromna, warto pójść do lokalnej bouchon, ze stołami nakrytymi obrusami w kratę. Ta tradycyjna kuchnia jest ciężka i dość tłusta, dużo w niej "świniny" (cochonailles), jak mówią lyończycy, ale bardzo smakowita. Wędliny są świetne, sałata ze skwarkami i jajkiem w koszulce podawana na przystawkę może zastąpić danie główne, mięsa smażone są grubsze niż gdzie indziej i obowiązkowo krwiste, golonka jest panierowana, a ciepły mus z drobiowych wątróbek rozpływa się w ustach. Quenelles - duże "kluski" z drobnej kaszki i mięsa szczupaka, pęczniejące w piecu - choć niby mało wyraziste, też mają coś w sobie. Z kolei andouillette, czyli kiszka albo gruba kiełbasa z gotowanych flaków, o specyficznym zapachu, którego nie zabijają przyprawy, to danie wyłączne dla amatorów.

Wino - beaujolais, lokalne Coteaux du Lyonnais lub Cote du Rhone - najlepiej wziąć "z beczki". Podają je w półlitrowych butelkach z grubym dnem, w których dawniej sprzedawano mleko.

Rozplanujmy zwiedzanie tak, by odpoczynek wypadł w porze obiadu bądź kolacji (12-14, wieczorem od 20). Nie tylko dlatego, żeby zobaczyć, gdzie jadają miejscowi, ale by uniknąć lokali otwartych na okrągło, powstałych na użytek turystów. No, chyba że stać nas na restaurację w ekskluzywnym hotelu Cour des Loges. Kilka pokoi zajmowanych zwykle przez wyjątkowych gości (słynni muzycy, śpiewacy operowi, politycy) urządzono w kamieniczkach przylegających do jednego z piękniejszych podwórek, nakrytego szklanym dachem. Druga restauracja mieści się na kilku piętrach tzw. różowej wieży - klatki schodowej o cyklamenowych ścianach.

Takich okrągłych wież w ciepłych barwach (róż, cynober, brunatny) jest w starym Lyonie chyba kilkadziesiąt. Możemy je zobaczyć na ściennym fresku parę kroków dalej. Podobnych malowideł jest w mieście wiele, wykorzystują pomysłowo "ślepe" ściany, niektóre są nawet zmieniane z biegiem lat (ich spis znajdziemy w specjalnym przewodniku).

I oto doszliśmy do kościoła św. Pawła. Dziś ma kształt późnogotyckiej świątyni o harmonijnych proporcjach. Naprzeciwko nowoczesna jeszcze przed stu laty, dziś prawie nieużywana niewielka stacja kolejowa St Paul, z klasycyzującym wnętrzem o pięknej posadzce. Możemy się stąd udać najwyżej do kilku podmiejskich miejscowości na zachód od Lyonu.

***

Na górę Fourviere (120 m nad poziomem starówki) wiezie nas 108-letnia skrzypiąca kolejka zębata, która rusza ze stacji metra tuż obok katedry. Z zieleni wyrastają zabudowania klasztorów, szkoły, szpitale (Lyon to ważne centrum medyczne). Jest i schronisko młodzieżowe ze świetnym widokiem na całe miasto. Wśród drzew i krzewów kryją się prywatne posesje. Wysiadamy przed bazyliką Matki Bożej ze złotą statuą Maryi na wieży - eklektyczne, monumentalne dzieło Bossana widać bodaj z każdego punktu miasta. Za jej plecami sterczy mała wieża Eiffle'a - metalowa konstrukcja z końca XIX w., przypominająca ostatnie piętro swej paryskiej koleżanki (służy jako antena radiowa). Ruch tu zawsze spory, bo bazylika z jej sanktuarium cudownej Czarnej Madonny jest celem pielgrzymek. Ciemna, drewniana figurka z XVI w. w złocistej sukience i koronie stoi na ołtarzu przylegającej do bazyliki barokowej kaplicy. Ma metr wysokości, ale wydaje się dużo mniejsza. Złocenia ściennych dekoracji i ołtarza z XVIII w. przyciemnił dym wiecznie płonących świec wotywnych. Na ścianach bazyliki przykuwają uwagę mozaiki przedstawiające historię chrześcijańskiej Francji.

Stąd tylko pięć minut spaceru do antycznych teatrów. Amfiteatr z czasów Augusta powstał ok. 15 r. n.e. W II w. powiększył go Hadrian, by mógł pomieścić 10 tys. osób. Odrestaurowany w latach 30. XX w. wciąż gości spektakle. Latem odbywa się tu festiwal Noce Fourviere pod hasłem "Dla każdego coś miłego" (mnie zdarzyło się słuchać Raya Charles'a, Paola Conte i Golden Gate Quartet). Teatr można zwiedzać i - szepcząc na scenie słowa słyszalne w najdalszym rzędzie widowni (częściowo zrekonstruowanej, częściowo autentycznej) - wypróbować niezmienną od dwóch tysiącleci akustykę. Gdzieniegdzie zachowały się fragmenty autentycznych tynków w kolorze purpury i cynobru, chronią je specjalne daszki.

Sąsiedni Odeon z połowy II w. mieścił 3 tys. widzów; odbywały się tu koncerty, czytano teksty literackie. Zachowała się unikalna, geometryczna posadzka orchestronu.

Obydwa chyba najpiękniej prezentują się oglądane z ogromnych okien sąsiedniego Musée Gallo-Romain. Jego betonowe ściany wtopione we wzgórze, nie psują widoku. Zwiedzając, schodzimy spiralnie na coraz niższe poziomy. Znajduje się tu jedna z najbogatszych francuskich kolekcji starożytności - rzeźb, ceramiki, biżuterii, narzędzi i przedmiotów codziennego użytku, np. buteleczki na perfumy i kosmetyki z kolorowego szkła. Wszystkie obiekty pochodzą z Lyonu i najbliższych okolic. Niezapomniane wrażenie robią leżące na podłodze mozaiki - najpierw patrzymy na nie z wysoka, a potem zbliżamy się coraz bardziej, przez cały czas widząc za oknami rzymskie teatry. Po drugiej stronie rzeki, za zakrętem, jest jeszcze jeden, gdzie w II w. lwy rozszarpywały pierwszych chrześcijan. Kładły się tylko u stóp lyońskiej męczennicy św. Blandyny - nie chciały jej skrzywdzić (w końcu rzymską patrycjuszkę ścięto mieczem).

***

Stojąc koło muzeum bądź na widokowym tarasie przed bazyliką mamy całe miasto jak na dłoni (można wypożyczyć lunetę). Widać czerwone i brunatne dachówki, okrągłe wieże i zabawne, wysokie kominy Vieux Lyon. Widać też pas zabudowań po drugiej stronie rzeki: dawną dzielnicę drukarzy z Muzeum Drukarstwa i Bankowości, a dziś głównie restauracji, ze sterczącymi wieżami gotyckich kościołów św. Niziusza i św. Bonawentury. Dalej widać XIX-wieczną architekturę śródmiejskiego Półwyspu między rzekami, pas platanów na bulwarach, wreszcie nowoczesne dzielnice. Wyróżnia się wysypany czerwonym żwirem prostokąt "pięknego podwórca", Bellecour, i zielona plama ogromnego parku Tete d'Or (według legendy znaleziono tu starożytną rzeźbę głowy w złocie) - z jeziorem, rosarium, ogrodem zoologicznym i hipodromem. Da się też zauważyć, że ostro zakończone szklane zwieńczenie 165-metrowego brązowego biurowca i hotelu, zwanego Ołówkiem, to nie awangardowy pomysł amerykańskich architektów, lecz ukłon w stronę szklanych "piramid" wieńczących dachy staromiejskich kamienic, wpuszczających, ku wygodzie artystów, światło na ciemne strychy.

Niekiedy ujrzymy nawet Alpy, odległe o 150 km. Widok ośnieżonych szczytów, które wydają się na wyciągnięcie ręki, zwiastuje, że za dwa dni w Lyonie niechybnie spadnie deszcz.

Kiedyś z głupia frant spytałam, dlaczego miasto założono właśnie tutaj. Usłyszałam: - Starożytni Rzymianie też lubili patrzeć na ośnieżone Alpy i wiedzieć, jaka będzie pogoda.

Wśród rzymskich ruin

130-letnie kolejka finiculaire zawiezie nas ze stacji metra St Jean na pełne rzymskich ruin wzgórze St Just. Zobaczymy tu fragmenty nagrobków, sarkofagów, mauzoleów, fontann, a nawet akweduktu i term, gęsto rozsiane wśród XIX- i XX-wiecznej zabudowy. Najwięcej antycznych szczątków zgromadzono wokół kościoła św. Ireneusza, pierwszego biskupa miasta i jego patrona. Niestety, nie zachował się nagrobek świętego z III w. ani nieco późniejsze sanktuaria, tylko krypta z X w. Szczątki tablic z rzymskimi inskrypcjami zobaczymy też koło stacji metra St Jean, tuż przy katedrze (ze śródmieścia prowadzi tu w pełni zautomatyzowana linia D). To pamiątka po licznych znaleziskach archeologicznych odkrytych przy okazji budowy metra.

Skomentuj:
Francja na liście UNESCO. Nieznośna lekkość Lyonu
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX