Z pasją o podróżach, wycieczkach i wyjazdach

Pieniny jesienią. W krainie latającego mnicha

  • Pin It
Dawid Lasociński
17.11.2008 , aktualizacja: 24.11.2008 11:09
A A A Drukuj
Przełom Dunajca widziany z Sokolicy Fot. Dawid Lasociński Przełom Dunajca widziany z Sokolicy
Nie wiem, co bardziej spowalniało mój marsz - droga biegnąca raz w górę, raz w dół czy piękne panoramy otwierające się na każdym zakręcie...
Stado owiec pod Kamiennymi Księgami
Fot. Dawid Lasociński
Stado owiec pod Kamiennymi Księgami
Po raz pierwszy wybrałem się sam na górskie szlaki, i to w dodatku tam, gdzie nigdy jeszcze nie byłem - w Pieniny. Marzył mi się nocleg w schronisku, więc zarezerwowałem pokój w Trzech Koronach w Sromowcach Niżnych. Nie zniechęciły mnie nawet ceny, dwa razy wyższe niż w dobrej kwaterze agroturystycznej. Niestety, na miejscu okazało się, że cały obiekt zajęła duża grupa i kierownik znalazł dla mnie nocleg we wsi (bardzo przyzwoity pokój z łazienką i przylegającym doń dużym tarasem, z którego mogłem podziwiać majestatyczne szczyty Trzech Koron).

Same Sromowce, choć ciche i spokojne, zatraciły swój dawny charakter - na miejscu chałup wyrosły murowane domy bez wyrazu, jakie można spotkać wszędzie. Drewniany kościół św. Katarzyny z XVI w., od lat nieużywany, zmienił się niemal w ruinę. Na szczęście jest teraz remontowany i miejmy nadzieję, że nie skończy się tylko na pokryciu dachu nowym gontem. W roku 2006, po prawie stu latach starań, Sromowce Niżne i leżący po słowackiej stronie Dunajca Czerwony Klasztor połączyła nowoczesna kładka dla pieszych i rowerzystów - podwieszono ją na linach zamocowanych na wysokim na 26 m pylonie.

Skręciłem z kładki w lewo i wkrótce dotarłem do klasztoru, od którego nazwę wzięła pobliska wieś. Obronny mur otacza budynki kryte czerwoną dachówką (całość najlepiej podziwiać z góry, np. z Trzech Koron). Kompleks wybudowano w XIV w. dla kartuzów, którzy przebywali tu do połowy XVI w. Obecny barokowy kształt nadali mu kameduli sprowadzeni w 1711 r. Do dziś krążą na wpół legendarne opowieści o żyjącym w owych czasach bracie Cyprianie, który nie tylko świetnie znał się na leczeniu, ale też potrafił na skonstruowanej przez siebie lotni przelecieć z Trzech Koron na dziedziniec klasztorny. Ponoć gdy przelatywał nad Morskim Okiem, został zamieniony w górę, która od tej pory nosi nazwę Mnich. Pewne jest natomiast, że posiadł sporą wiedzę botaniczną, o czym świadczy jego zielnik (przechowywany w muzeum w Łomnicy Tatrzańskiej).

Mnichów nie ma w Czerwonym Klasztorze od 1780 r. (kiedy to cesarz Józef II rozwiązał wszystkie zakony), obecnie ma tu siedzibę dyrekcja Słowackiego Pienińskiego Parku Narodowego. Można też zwiedzić niewielkie muzeum gromadzące zbiory etnograficzne i farmaceutyczne. Najcenniejszym zabytkiem jest kościół św. Antoniego, który zachował swój pierwotny, gotycki charakter.

***

Nazajutrz wcześnie rano wyruszyłem w góry z zamiarem zdobycia najbardziej popularnych szczytów Pienin - Trzech Koron (982 m n.p.m.) i Sokolicy (747 m). Kierując się żółtym szlakiem, dość szybko dotarłem do Wąwozu Szopczańskiego. Szedłem sam, w ciszy potęgowanej przez zalegającą grubymi warstwami mgłę. Jednak nie było mi dane zbyt długo cieszyć się spokojem. Na przełęczy Szopka (780 m) powitały mnie promienie słoneczne i... duża grupa młodzieży szkolnej wspinającej się od strony Krościenka. Na szczęście szliśmy w przeciwnych kierunkach! Później minęły mnie jeszcze trzy wycieczki - zrozumiałem, że na samotność nie mogę liczyć.

Na Sokolicę postanowiłem wspiąć się niezbyt popularnym zielonym szlakiem przez Czertezik. Na samym szczycie natknąłem się na kolejną wycieczkę, ale dzieci dość szybko zeszły w dół i mogłem do woli kontemplować rozległe widoki na dolinę Dunajca oraz podziwiać obfotografowaną przez wszystkich słynną karłowatą sosnę. Ta przyjemność nie jest bezpłatna - pan w budce przed galerią widokową pobiera opłaty za wstęp: 4 zł bilet normalny, 2 zł ulgowy (jeśli tego samego dnia zamierzamy wejść na Trzy Korony, zachowajmy bilet, wejdziemy z nim i na tamtejszą galerię).

Wracałem niezwykle malowniczym niebieskim szlakiem przez tzw. Sokolą Perć. Sam nie wiem, co bardziej spowalniało mój marsz - ścieżka biegnąca raz w górę, raz w dół czy piękne panoramy otwierające się prawie na każdym zakręcie. Karta aparatu szybko się zapełniała i gdy dotarłem na Bajków Groń (716 m n.p.m.), musiałem sięgnąć po nową. Spotkałem tam starszą gaździnę sprzedającą oscypki, maślankę i kompot (dałem się namówić na ten ostatni). Oddalając się w kierunku Trzech Koron, przez chwilę żałowałem, że nie zapytałem, jak wniosła na taką wysokość kilka baniek z napojami?

***

Od polany Wyrobek niebieski szlak pnie się ostro pod górę. Zanim dotarłem do Zamku Pienińskiego, musiałem kilka razy schodzić z drogi, by przepuścić kolejne wycieczki.

Niewiele zostało z najwyżej położonej polskiej warowni, prawdopodobnie wzniesionej przez Bolesława Wstydliwego w drugiej połowie XIII w. Nie ma też już chaty, którą zamieszkiwali pustelnicy opiekujący się grotą błogosławionej Kingi i prowadzący surowy tryb życia (m.in. sypiali w trumnie) - spłonęła w 1949 r. Pozostał piękny widok, cisza i spokój. Zjadłszy kanapki i nacieszywszy się urodą tego miejsca (przez 20 min nikt się nie pojawił), ruszyłem żwawo w kierunku Trzech Koron.

Przed samym szczytem - po okazaniu biletu - zostałem wpuszczony na platformę widokową. Nie wiem, kto wpadł na pomysł, by ją postawić w Parku Narodowym, ani kto wydał zezwolenie na stalową konstrukcję tak niepasującą do krajobrazu (wręcz go szpeci!). Na szczęście pocieszył mnie jeden z najpiękniejszych widoków, jakie dane mi było ujrzeć w życiu. Tego nie da się opisać, to trzeba zobaczyć, szczególnie jesienią, gdy lasy w dolinach stają się bajecznie kolorowe. Widać było nie tylko Sromowce i Czerwony Klasztor, ale także Jezioro Czorsztyńskie. Do Sromowców wróciłem zielonym szlakiem przez Polanę Kosarzyska. Jest to mniej ciekawa droga niż przez Wąwóz Szopczański, ale i mniej uczęszczana - schodząc, nie spotkałem żywego ducha.

***

Następny dzień przeznaczyłem na zwiedzenie Małych Pienin. Nazwa jest nieco myląca, ponieważ jest to najwyższe pasmo w Pieninach, natomiast mniej popularne niż Trzy Korony i Sokolica. Z niewielkiej miejscowości Jaworki, zamieszkanej niegdyś przez Łemków, można udać się do dwóch rezerwatów - wąwozu Homole i Białej Wody. Postanowiłem zacząć od tego drugiego.

W samych Jaworkach zachowało się sporo drewnianej zabudowy, a i nowo powstające domy nawiązują do tradycji. Warto zobaczyć ciekawy ikonostas oraz polichromie w pochodzącej z końca XVIII w. murowanej cerkwi (obecnie kościół katolicki).

Zostawiłem auto na ostatnim parkingu we wsi (godzina - 2 zł) i wśród otulającej cały świat mgły wyruszyłem w kierunku rezerwatu (poza sezonem nikt nie pobiera opłat za wstęp). Prawie bezludna dziś dolina Białej Wody przed wojną była dość gęsto zamieszkana, tutejsi Łemkowie zostali wysiedleni w ramach akcji "Wisła". Gdzieniegdzie można jeszcze dojrzeć obrysy domów i dziczejące sady. W każdym ważniejszym miejscu znajdują się świetne tablice informacyjne, dzięki którym moja wiedza z historii, geologii i przyrody znacznie się poszerzyła.

Fantazyjne kształty skał robią wrażenie zarówno gdy mijamy je, przechodząc obok, jak też gdy patrzymy na nie z góry. Dlatego warto wejść żółtym szlakiem ponad dolinę Białej Wody w kierunku przełęczy Rozdziela i spojrzeć z tej perspektywy na przebytą drogę. Na mnie największe wrażenie zrobiła Smolegowa Skała, której kształt przywodzi na myśl śpiącego dinozaura.

Na górze zamieniłem szlak żółty na niebieski i poszedłem wzdłuż słupków granicznych w kierunku Wysokiej. Droga nie była trudna, ale nie szedłem zbyt szybko - mgła wreszcie opadła, wyszło słońce i odsłoniły się piękne widoki. Co chwila sięgałem po aparat, by uwiecznić kolorowe lasy z prześwitującymi wśród drzew białymi ścianami skał wapiennych. Tak, jak sobie wymarzyłem, byłem w górach zupełnie sam, tylko od czasu do czasu mijali mnie inni samotni wędrowcy, niektórzy zatrzymywali się na chwilę, by zamienić kilka słów...

***

Wędrówka, choć niezbyt uciążliwa, zajęła mi tyle czasu, że nie wszedłem już na Wysoką, tylko zielonym szlakiem podążyłem w kierunku Jaworek. Schodziłem nieśpiesznie, bo jesienne trawy bywają zdradliwie śliskie i choć wędruję z kijkami, poślizgnąłem się i wylądowałem na plecach. Przed zejściem do wąwozu Homole na chwilę zboczyłem z trasy skuszony reklamą bacówki sprzedającej świeży bundz i oscypki. Niestety, tego pierwszego już nie było, a za niewielki kawałek oscypka bezzębny baca zażądał 15 zł. Cóż, specjalnie nadłożyłem drogi, więc z ciężkim sercem dokonałem zakupu.

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • Pieniny jesienią. W krainie latającego mnicha spejsmanki 29.11.08, 12:03

    przede wszystkim artykul jest na poziomie gimnanzjalnej gazetki szkolnej - IIb wycieczka w pieniny. zdaje mi sie ze to miejsce, ktore tak dobrze znam, nie zostalo tu nalezycie przedstawione.»

  • hotele
  • loty
  • Oferty Booking.com
  • Oferty FRU.PL

Podróże.gazeta.pl na Facebooku

Aktualna oferta