Zdobywamy szczyty. Mont Blanc - w morzu chmur i gór

Każdego roku 20 tys. osób zdobywa Białą Górę
15 lat temu, wrzesień. Właśnie zaczęłam naukę w liceum. Pierwsza klasowa wycieczka - Skrzyczne, 1257 m. Po ostatnim podejściu leżę na trawie i próbuję uspokoić oddech. Nie mogę zrozumieć, co to za przyjemność chodzić po górach!

18 czerwca 2008 r., godz. 9.10. Po siedmiu godzinach marszu w śniegu po kolana zdobywam najwyższy szczyt Europy Zachodniej - Mont Blanc, 4810 m (według pomiaru z 2003 r.). U stóp morze chmur i góry. I jak okiem sięgnąć, wszystkie niższe. Nie mam zadyszki i już myślę, co dalej, a raczej: wyżej.

Wszystko o nartach w serwisie narty.gazeta.pl



***

Po 15 godzinach w samochodzie docieramy do Chamonix, miejsca wyjątkowego dla wspinaczy, alpinistów, miłośników gór. Od rana przyjemnie grzeje słońce. Na wysokości 1050 m n.p.m. międzynarodowe towarzystwo spaceruje uroczymi uliczkami. Niezliczone sklepy ze sprzętem sportowym, francuskie wino i serowy zawrót głowy. My, zamiast rozkoszować się smakami i zapachami, kupujemy bilet na kolejkę na Aiguille du Midi, czyli Igłę Południa - ostry szczyt królujący nad Chamonix.

Gondola niemal wyrzuca nas na wysokość 3777 m - tu znajduje się górna stacja kolejki, szczyt jest 65 m wyżej. Wyciąg powstał w 1909 r. jakby wbrew prawom fizyki i choć turyści wolą o tym nie myśleć, podczas jego budowy zginęło wiele osób. Przebudowany w latach powojennych każdego roku wywozi na górę ponad pół miliona ludzi: panie w letnich strojach, paralotniarzy i obładowanych do granic możliwości turystów.

Zakładamy raki, uprzęże i związujemy się liną. Kilkaset metrów pod szczytem spędzimy pod namiotami najbliższą noc w ramach aklimatyzacji. Trzeba przyzwyczaić organizm do mniejszej ilości tlenu. Nasze cztery namioty stają u stóp 200-metrowej ściany. Całe popołudnie zjeżdżamy z pobliskiej górki. To tylko pozornie dobra zabawa - mamy się nauczyć hamowania czekanem tak jak podczas niespodziewanego upadku na lodowcu. A później wyciągnąć pozoranta z wyimaginowanej szczeliny.

Mont Blanc nie jest najtrudniejszą górą, ale na lodowcu wszystko może się zdarzyć.

Po nocy w namiocie czeka nas dzień odpoczynku w Chamonix. Patrzymy w stronę, którą wskazuje z pomnika Jean Jacques Balmat, łowca kozic i poszukiwacz kryształów. 8 sierpnia 1786 r. z Michelem Gabrielem Paccardem po raz pierwszy zdobył Białą Górę. Co ciekawe, na pomniku wzniesionym w 1887 r. jest tylko Balmat i Horacy de Saussure, który zdobył szczyt rok później, ale za to wyznaczył jego wysokość.

Wieczorem męska część naszej ekipy szuka lokalu z telewizorem, by obejrzeć mecz Holandia - Francja. Od jutra kolejne wyniki będą docierały na górę tylko SMS-ami. Francuzi przegrywają 1:4, w Chamonix nie ma fety.

***

W sobotę rano ruszamy w stronę Mont Blanc. Zapowiadają się dwa dni dobrej pogody, nasze szanse na zdobycie szczytu rosną. Początek jest najłatwiejszy. Z wioski Les Houches (2 km od Chamonix) dojeżdżamy do przystanku kolejki zębatej Tramway du Mont Blanc. Po 15 min docieramy nim do końcowej stacji Nid d'Aigle (Orle Gniazdo) na wysokości 2372 m. Tu widać, jak zmienia się klimat i kurczy lodowiec. Razem z kilkoma francuskimi przewodnikami i ich klientami ruszamy do schroniska Tete Rousse. Szlak prowadzi głównie skalnymi zakosami, czasem po płatach śniegu. Szybko, bo w 1 godz. i 40 min, docieramy 800 m wyżej - zasłużyliśmy na pochwałę szefa grupy. Lodowiec zaczyna się na 3150 m n.p.m. Plecaki tracą na wadze, bo zakładamy raki, uprzęże, kaski i wiążemy się liną - 600 m wyżej jest nasz cel: schronisko Gouter. Już na początku musimy pokonać najniebezpieczniejszy, choć tylko 30-metrowy odcinek - Wielki Kuluar, zwany tu Rolling Stones, owiany złą sławą. Najlepiej pokonać go jak najwcześniej i jak najszybciej, gdyż z góry mogą spadać ogromne kamienie, nawet wielkości telewizora. Marcin wpina się w linę przeciągniętą przez Wielki Kuluar i szybko do przodu. Udało się! Ale do schroniska Gouter (3817 m) jeszcze kawał drogi (jeśli wierzyć liczbom, to tak jakby dwa razy wejść z Przełęczy Świnickiej na Świnicę). Wbijamy w górę raki i czekany. Już po kilkuset metrach z zazdrością patrzę na helikopter lądujący na dachu schroniska. W końcu po trzech godzinach stajemy na jego progu.

W schronisku towarzystwo z całej Europy: Niemcy, Austriacy, Francuzi, Niemcy, Słoweńcy i Polacy (kobiety można policzyć na palcach jednej ręki). O godz. 20 cisza nocna, przed drugą pobudka. Rano szybkie śniadanie i już dziesiątki światełek czołówek wyznaczają drogę na szczyt. Jedne zespoły wolniej, inne znacznie szybciej pokonują kolejne metry. - Wyprzedzamy? - pyta Marcin i mimo moich protestów mija z boku kolejną ekipę. Po 2 godz. i 15 min docieramy do Vallota, schronu w połowie drogi na szczyt. Choć wyremontowany i wysprzątany, nie robi najlepszego wrażenia, ale podczas nagłego załamania pogody może uratować życie. Mamy dosłownie chwilę na odpoczynek, łyk herbaty i coś słodkiego.

***

Gdy wychodzimy z blaszanej budki, nad Białą Górą zbierają się chmury, zrywa się wiatr, zaczyna padać śnieg. Wszyscy zawracają. Byle szybciej w dół, bo wiatr utrudnia oddychanie, a śnieg wali w twarz. "Koniec marzeń o Mont Blanc" - kołacze mi się w głowie, gdy zbiegamy w dół, choć wiem, że to jedyne wyjście. Najlepszy dowód: ci, którzy zostali w Vallocie kilka minut dłużej, z trudem znaleźli drogę do schroniska. Większość ekip schodzi do Chamonix.

Prognozy nie są pomyślne. Przez trzy kolejne dni ma sypać śnieg. Zostaje nasz zespół, następnego dnia docierają tylko Austriacy, Hiszpanie i dwóch Polaków pracujących w Dublinie. Czekamy.

Przez trzy dni gramy w karty, wysypiamy się i delektujemy francuskim winem. W sali, gdzie śpimy, temperatura 8 stopni C. Do spania zdejmujemy tylko kurtki, a i tak trzeba dobrze nachuchać, by wytrzymać do rana. Przez niewielkie okienko widać, że pogoda się nie zmienia: wieje i sypie. Śmiałkowie, którzy wybrali się do toalety, skuleni, na jednym oddechu próbują pokonać zaledwie 20 m! We wtorek po południu idą już znacznie wolniej i wyprostowani. Ale to nie są jeszcze warunki, które pozwolą zdobyć szczyt.

***

Zupełnie niespodziewanie o godz. 1 w nocy budzi nas spokojny głos Marcina: - Księżyc prawie w pełni, chmury na dole, gwiazdy świecą - idziemy. Zaspani, w pierwszej chwili bierzemy to za żart. Ale szef ma rację. Tym razem do Vallota idziemy 3 godz. w śniegu po kolana. Pierwsi mijamy schron, podziwiamy wschód słońca i pierwsi idziemy w stronę szczytu. Gdzie są inne grupy?

Od Vallota najpierw ostro pod górę, a później też pod górę, trochę łagodniej. Ktoś w ekipie marzy o nartach albo o desce, na której można by zjechać po świeżym śniegu. Próbujemy namówić Hiszpanów, by poszli przodem, ale rezygnują po kilkudziesięciu metrach. Chcąc nie chcąc, jako pierwsi pokonujemy grań Bosses.

I zupełnie niespodziewanie nie ma już nic pod górkę - jesteśmy na szczycie Mont Blanc: 4810 m n.p.m. Miejsca niewiele, ale szybko ustawiamy się do pamiątkowego zdjęcia. Koledzy z Dublina mają w plecaku flagę. Przeglądając w domu zdjęcia, zauważyłam, że nasz orzeł patrzy na wschód, a nie na zachód. Wiem dlaczego - patrzy w stronę Elbrusa.

*Autorka jest dziennikarką TVP Katowice

Warto wiedzieć

•  W Chamonix można spać na polu namiotowym, czysto, przytulnie, dużo cienia; za pięć osób, trzy namioty i auto - 40 euro.

•  W mieście można zrobić niezbędne zakupy (polecam francuskie rogaliki za niespełna euro, wino i sery), pożyczyć brakujący sprzęt, np. buty - 10 euro za dzień.

•  Kolejka na Aiguille du Midi i z powrotem - 40 euro; gondola z Les Houches i z powrotem - 12; Tramway du Mont Blanc i z powrotem - 14.

•  Nocleg w schronisku Gouter - 25 euro, z legitymacją klubu wysokogórskiego 50 proc. zniżki. W schronisku oficjalnie nie wolno gotować, ale jeśli ktoś robi to przy wejściu, obsługa nie przepędza. Na miejscu można zamówić omlety (10 euro) albo trzydaniowy obiad (24), butelkę wina (13).