List z Pomorza Zachodniego. Fioletowe pole z poligonem w tle

Podobne krajobrazy można znaleźć w Szkocji, zachodniej Syberii, Azji Mniejszej i północnej Afryce
"Wichrowe wzgórza" Emily Brontë czytałam kilka razy. Marząc, aby choć raz w życiu pobiegać jak bohaterka książki po bezkresnych wrzosowiskach, zaczęłam planować wyjazd do Szkocji. Niepotrzebnie. Chcąc znaleźć się w podobnej scenerii, wystarczy odwiedzić Pomorze Zachodnie. Na terenie byłego poligonu radzieckiego w Bornem-Sulinowie leżą Wrzosowiska Kłomińskie, jedne z największych w Europie. Drobne, fioletoworóżowe kwiaty kwitną w sierpniu i we wrześniu. Można wtedy podziwiać rozstawione wśród nich ule i posłuchać brzęczenia pszczół. Z grupą znajomych wybrałam się tam w jeden z ostatnich dni sierpnia.

***

Poligon zajmuje ogromny teren (w czasie stacjonowania wojsk radzieckich było to 18 tys. ha), łatwo można się zgubić. Najlepiej mieć ze sobą mapki, które są dostępne w internecie. Na stronie gminy Borne znajdziemy informacje o noclegach, atrakcjach turystycznych i historii tego terenu (www.bornesulinowo.pl). Przed wyjazdem zadzwoniłam do informacji turystycznej w Bornem-Sulinowie. Przemiła pani podała mi też swój telefon komórkowy: - Proszę dzwonić, gdyby się państwo zgubili. Postaram się pomóc - zachęcała. Jeśli ktoś nie czuje się na tyle pewnie, by zwiedzać te ogromne tereny sam, może wynająć przewodnika. Zrobiliśmy tak przy okazji poprzedniej, zimowej wycieczki. Wtedy właściciel prywatnego muzeum w Bornem, miłośnik rekonstrukcji bitew, obwoził nas cały dzień samochodem, pokazując poradzieckie pozostałości poligonu. Duże wrażenie zrobiły na nas silosy, w których stały wyrzutnie atomowe i wymarłe garnizonowe miasteczko Kłomino, zwane przez tubylców Gorodkiem, w którym do 1992 r. stacjonowała Armia Czerwona. Teraz opuszczone bloki straszą dziurawymi oknami, a na betonowych podłogach, z których już dawno zdarto wykładzinę, leżą odłamki szkła. Do Kłomina dojechaliśmy rowerami z Sypniewa. Gospodarz, u którego wynajęliśmy pokoje, przywiózł nas samochodem razem z rowerami do tej leżącej z dala od głównych szlaków wsi.

***

Jedziemy rowerami po brukowej drodze wyłożonej kostką, kładzioną tu jeszcze przez Niemców. Od wyjazdu Rosjan kostka jest systematycznie rozkradana, stąd na tej wygodnej (do pewnego momentu) drodze zaczynają się kilkumetrowe dziury. Ludzie z tych stron prognozują, że za kilka lat droga zupełnie zniknie. Podobnie będzie z miasteczkiem Kłomino. Bliźniacza wersja Bornego-Sulinowa nie miała szczęścia. Wyjeżdżający z Polski Rosjanie nie mogli zabrać ze sobą żadnych sprzętów, mieszkania zostawili umeblowane. Gmina rozważała różne pomysły zagospodarowania miasteczka (więzienie, ośrodek terapii narkomanów). Pojawiła się oferta sprzedaży, ale nie znalazł się chętny. Przez parę lat opuszczonego miasta pilnowała ochrona. W końcu zrezygnowano z niej, skazując to miejsce na powolne niszczenie.

Miasteczko jest tak rozkradzione, że nie ma nawet studzienek kanalizacyjnych. Trudno uwierzyć, że przed 1992 r. mieszkało tu prawie 5 tys. osób, teraz przebywają tylko dwie rodziny. Do niestrzeżonych budynków można wejść bez problemu, ale trzeba uważać, by coś nie spadło nam na głowę. Niektóre mieszkania wyklejone są jeszcze radzieckimi gazetami. W środku gnieżdżą się ptaki, mech prześwituje przez dziurawe dachy. Co jakiś czas ze względów bezpieczeństwa któryś z budynków zostaje wysadzony, np. dom kultury, w którym mieściło się kino. Została tylko jedna ściana z freskiem przedstawiającym kobietę uosabiającą Rosję - wpisany w krajobraz wymarłego miasta, robi wielkie wrażenie.

Zimą Kłomino wyglądało bardzo przygnębiająco. W końcu sierpnia porasta je wdzierająca się wszędzie zieleń i owocowe drzewa. Mam wrażenie, że znaleźliśmy się w tajemniczym ogrodzie, a nie w wymarłym mieście widmie. Zastanawiamy się, jak wyglądało w latach 30., kiedy w tych okolicach stacjonowały niemieckie oddziały służby pracy, a potem mieścił się oflag, w którym oprócz polskich jeńców trzymano aliantów. Po wojnie rozebrano 50 poniemieckich budynków (podobno cegłę użyto do budowy Pałacu Kultury). W Kłominie robimy półgodzinną przerwę, rozmawiając o ulotności rzeczy materialnych i objadając się jabłkami - w tym roku obrodziły wyjątkowo.

***

Teraz musimy się cofnąć, odnaleźć polną drogę i skręcić w prawo zgodnie z instrukcjami, jakie dostaliśmy w punkcie informacji turystycznej. Po dwóch kilometrach jesteśmy na szlaku. Wrzosowiska są jeszcze piękniejsze, niż myślałam! Przed nami 600 hektarów fioletowego pola, nad którym wiszą ciemnoniebieskie chmury. Tak musiały wyglądać Wichrowe Wzgórza. Oprócz Szkocji podobne krajobrazy można znaleźć w zachodniej Syberii, Azji Mniejszej i północnej Afryce. Piaszczyste suche gleby, które lubi wrzos, upodobały sobie także żmije zygzakowate - lepiej więc trzymać się drogi lub zaopatrzyć się w wysokie buty czy kalosze. Dobrze sprawdzają się też buty myśliwskie. Noszą je Duńczycy wynajmujący dom naszego gospodarza, kiedy przyjeżdżają tu na polowania - podobno widzieli watahę wilków. My nie liczymy na spotkanie z wilkiem. To mądre zwierzę, które bez potrzeby nie atakuje ludzi. Poluje nocą, trzyma się na uboczu.

Bardziej realne jest spotkanie z pszczołami - ule przywozi się tu na czas kwitnienia wrzosu. Lepiej nie podchodzić za blisko, ale my nie potrafiliśmy się powstrzymać, chcąc zrobić zdjęcia pszczelarzom. Buczenie roju zbierającego nektar sprawia, że nawet najodważniejszym dreszcz przechodzi po plecach. Sprawdziliśmy też na własnej skórze, że pszczoły nie lubią ciemnych kolorów - ubrany w czarny podkoszulek kolega musiał szybko uciekać, by uniknąć użądlenia.

Jedziemy teraz przez wrzosowiska, rozglądając się za świergotkami i skowronkami, które w tym ekosystemie świetnie się czują. Naszym celem jest punkt widokowy. Tutaj pod drewnianym dachem urządzamy piknik, wyciągając z plecaków kanapki i butelkę białego wina. Zdążyło się już ogrzać w sierpniowym słońcu, mimo to na szczycie porośniętej wrzosami góry smakuje lepiej niż w dobrej restauracji. Spędzamy tu prawie godzinę, patrząc na fioletoworóżowe krajobrazy. Słońce przechyla się ku horyzontowi. Ten moment filmowcy nazywają magic hour, magiczną godziną. Warto go wykorzystać na zrobienie zdjęć. Droga powrotna będzie znacznie krótsza. Gospodarz czeka w umówionym miejscu przy szlaku. Pyta, dlaczego nie nazrywaliśmy wrzosu na pamiątkę. Rzeczywiście, zachwyceni pięknem fioletowych pól zupełnie o tym nie pomyśleliśmy.

Skomentuj:
List z Pomorza Zachodniego. Fioletowe pole z poligonem w tle
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX