Z pasją o podróżach, wycieczkach i wyjazdach

Gorce jesienią. Turbat znaczy szalony

  • Pin It
Agata Sikora
13.10.2008 , aktualizacja: 10.10.2008 11:17
A A A Drukuj
Zejście do Ochotnicy Fot. Tomasz Rosiek Zejście do Ochotnicy
Jesienne Gorce to feeria barw i niezapomniane widoki
Schronisko Turbacz
Fot. Marcin Czyżewski
Schronisko Turbacz
Gdy pewnego jesiennego poranka wysiadamy w Chabówce z nocnego PKS-u relacji Warszawa - Zakopane, jest jeszcze ciemno, a temperatura waha się w okolicach zera. Cztery kilometry asfaltu, które dzielą nas od Rabki-Zdroju, pokonujemy więc raźnym, rozgrzewającym tempem. Po niecałej godzinie jesteśmy w centrum jednego z najbardziej znanych polskich uzdrowisk. Jak podają przewodniki, tutejsze źródła należą do "najsilniejszych wód jodowo-bromowych w Europie". W 1864 r. ich właściciel Julian Zubrzycki założył łazienki, pijalnię i wybudował kilka willi w stylu szwajcarskim. Z czasem Rabka stała się znanym uzdrowiskiem dla dzieci, szczególnie popularnym w okresie międzywojennym. Dziś sanatoria nieco straciły na znaczeniu, ale rozległy park zdrojowy daje wyobrażenie o dawnej świetności. Nie zabawimy tu długo - co prawda otwarto już pierwsze sklepy, ale na gorącą herbatę nie ma co liczyć. Żeby nie marznąć, rozpoczynamy kilkugodzinne podejście na Turbacz...

***

Na grzbiet idziemy czerwonym szlakiem (część Głównego Szlaku Beskidzkiego) - ulicą Gorczańską, a potem polną drogą. Za nami z porannych mgieł wyłania się panorama Beskidu Wyspowego, a na zachodzie wyraźnie odcina się majestatyczna Babia Góra; Tatr jeszcze nie widać. Mijamy wyciągi orczykowe i po kwadransie jesteśmy w bacówce na Maciejowej. Ta mała, drewniana chata PTTK w czasie wakacji roi się od wycieczkowiczów. Wędrując w listopadzie, możemy rozkoszować się leniwą, posezonową atmosferą, a przede wszystkim rozgrzać się i wreszcie wypić coś ciepłego.

Gorce kształtem przypominają rozgwiazdę - od najwyższego szczytu Turbacza (1310 m n.p.m.) promieniście rozchodzą się inne grzbiety. My zmierzamy nań jednym z najstarszych szlaków, od strony Obidowca, wyznaczonym już w 1912 r. Z Maciejowej po trzech kwadransach docieramy do polany Stare Wierchy. W średniowieczu stała tu karczma przy trakcie wiodącym z Poręby Wielkiej do Nowego Targu, dziś wita nas schronisko i węzeł szlaków turystycznych. Kierujemy się na Obidowiec (1106 m n.p.m.) i po ponad półgodzinnym podejściu stajemy na jego szczycie. Dalej szlak wiedzie grzbietem, po drodze liczne widokowe polany. Nieopodal jednej z nich widzimy kawałek blachy i śmigło - to prowizoryczny pomnik upamiętniający katastrofę samolotu sanitarnego w 1973 r. Stopniowo zbliżamy się do celu dzisiejszej wędrówki.

"Nie wiadomo, kto go ochrzcił i skąd to miano. Może stąd, że turbanem mgły przed deszczem owija łysą głowę albo raczej, że widywano go zawsze w turbacji wielkiej..." - ta toponomastyczna interpretacja pisarza Władysława Orkana, wielkiego miłośnika Gorców, pozostaje w sferze literackiej fantazji. Turbacz wziął swą nazwę najprawdopodobniej od pobliskiego potoku, który określano wołoskim przymiotnikiem turbat (wściekły, szalony). Jednak na samym szczycie nic "szalonego" nie ma: wierzchołek, zwieńczony krzyżem i kamiennym obeliskiem porasta las. Wszędzie zalega warstwa mokrego, topniejącego w słońcu śniegu. Nie robiąc postoju, zmierzamy do położonego kilka minut dalej schroniska na Turbaczu.

Oddane do użytku w 1935 r., w czasie wojny stało się ośrodkiem konspiracji i ważnym punktem przerzutowym dla Polaków przedzierających się na Węgry. Gdy w 1943 r. hitlerowcy przejęli kontrolę nad górą, AK postanowiło zlikwidować niemiecką placówkę i spalić budynek. Dzisiejsza okazała budowla powstała w 1953 r. i przypomina schroniska tatrzańskie (projektantka Anna Górska była odpowiedzialna również za architekturę Ornaku i Polany Chochołowskiej). Niektórzy turyści nie przepadają za tym molochem, ale nawet oni muszą przyznać, że widoki stąd są nieziemskie.

Po zajęciu łóżek w zbiorowej sali (22 zł za osobę) i zasłużonym obiadku w bufecie wychodzimy przed schronisko. W pierwszych różach zachodu rozciąga się przed nami zapierająca dech w piersiach panorama przyprószonych śniegiem Tatr. Z lewej strony rozciąga się Hala Długa - aż trudno uwierzyć, że nie jest dziełem natury, lecz człowieka. Otóż nazwa Gorce wywodzi się od "gorzenia", czyli palenia. Zwyczaj wypalania lasów przynieśli ze sobą w XV w. wołoscy pasterze, którzy przygotowywali tak pastwiska dla swoich stad. Aż do II wojny Gorce były drugim po Tatrach terenem pasterskim w kraju.

Dziś wypas przestał być opłacalny i hale zarastają krzakami jagód, malin i lasem. By temu przeciwdziałać, Gorczański Park Narodowy wprowadził regularne koszenie polan, a także licencje na ściśle kontrolowany wypas kulturowy. Jedna z takich bacówek działa na Hali Długiej. Można tu kupić oscypki i napić się owczej serwatki - żętycy (w listopadzie jednak owce są już w dolinach, a pasterskie szałasy stoją puste).

***

Rankiem widoczność nie dopisuje. A szkoda, bo zazwyczaj o tej porze widać stąd Tatry wyłaniające się z morza mgieł zalegających w Kotlinie Nowotarskiej. Dziś wybieramy się w pasmo Kudłonia (1276 m n.p.m.) i Gorca (1228 m n.p.m.). Po krótkim marszu żółtym szlakiem docieramy na rozległą Halę Turbacz. Naszą uwagę zwraca niecodzienna konstrukcja przypominająca ścianę wiejskiej chaty. To polowy ołtarz upamiętniający miejsce, w którym ksiądz Karol Wojtyła w 1953 r. odprawił mszę dla turystów i pasterzy. Mijamy malownicze skałki Czoła Turbacza i wchodzimy w piękny bukowy las mieszający się z borem świerkowym. Po godzinie - przełęcz Borek.

Jesteśmy zdziwieni, że Kamienica płynie tak blisko grzbietu. Geomorfolodzy uważają, że za kilkadziesiąt lat w tym miejscu może nastąpić kaptaż, czyli przeciągnięcie rzeki: wartki nurt zeroduje niską przełęcz i Kamienica zamiast do Dunajca skieruje się do potoku Konina w dorzeczu Raby (zamierzamy tu powrócić, by móc przyjrzeć się spektakularnym zmianom geologicznym). Na razie jednak płynie ona wartko dotychczasowym korytem, a my idziemy wygodną stokówką pełniącą również funkcję trasy rowerowej i konnej. Po sześciu kilometrach łagodnego, zalesionego zejścia - strumień i mostek. Zaraz za nim odbijamy od szlaku, wybierając jedną ze ścieżek biegnących na wschód. Zaczyna się męczące, 250-metrowe podejście na pasmo Gorca. Na grzbiet docieramy na wysokości polany Gorc Kamieniecki (1140 m n.p.m.). Przed wojną mieściła się tu wzorcowa hodowla bydła: wybudowane wedle szwajcarskich metod obory i zagrody miały stanowić dla miejscowych przykład nowoczesnego gospodarstwa. Dziś stoi jeden szałas i kamień z napisem upamiętniającym inicjatora akcji Tadeusza Twardzickiego. Ośrodek, który w czasie wojny służył jako partyzancki szpital polowy, zniszczyli Niemcy w 1944 r.

W Beskidach doliny i poprzecinane łąkami zbocza bywają bardziej malownicze od zarośniętych grzbietów - tak z pewnością jest w przypadku Gorca Kamienieckiego. Zamiast więc wspinać się na zalesiony szczyt, trawersujemy go, wędrując przez polany i podziwiając panoramę doliny Ochotnicy oraz pasma Lubania. Po drodze mijamy nieczynną o tej porze studencką bazę namiotową. Ale ponad godzinę marszu dalej, w Hawiarskiej Kolibie, jest wszystko, co w chatce studenckiej być powinno: dostępna dla gości kuchnia, gorąca herbata, świetna atmosfera i gitara, nocleg kosztuje zaś tylko 10 zł. Upłynie jeszcze trochę wody w okolicznych potokach, nim pójdziemy spać na nasze prycze...

***

W słoneczny ranek dolina Ochotnicy mieni się wszystkimi kolorami, a my schodzimy z Hawiarskiej wzdłuż strumienia Jamne. Zaraz będziemy w najdłuższej wsi w Polsce - razem z licznymi przysiółkami Ochotnica ma aż 38 km długości!

Po obowiązkowym postoju w sklepie polnymi i leśnymi dróżkami rozpoczynamy czterystumetrowe podejście na Runek (1004 m n.p.m.). Jesienne pejzaże gorczańskie są niesamowite, szkoda, że tak szybko przesłania je las. Ze szczytu również nic nie widać, a nas czeka półtorej godziny niezbyt interesującego marszu grzbietem. Przed Lubaniem robi się stromo, ślizgamy się na błotnistej ścieżce pokrytej warstwą zeschłych liści. Wierzchołek porasta las, żadnych widoków. Może inaczej będzie na polanie, gdzie znajduje się baza namiotowa...

Czeka nas jednak rozczarowanie: nie widać Pienin ani Tatr, przez grzbiet przewalają się kłęby gęstej mgły. W nieczynnej już bazie zastajemy parę turystów przy ognisku - dzięki nim szybciej robimy sobie herbatę i ciepły obiad. Jeszcze przed zmierzchem zaczynamy schodzić niebieskim szlakiem w kierunku przełęczy Snozka.

Już w ciemności docieramy do góry Wdżar słynącej z kolejki górskiej, paru wyciągów narciarskich i nieczynnego już kamieniołomu (można podziwiać unikalne w Beskidach andezyty, skały pochodzenia magmowego). Podobno w kilku miejscach występują tu anomalie grawitacyjne powodujące "szaleństwa" kompasu. Niesamowity nastrój pogłębiają "Grające organy" Władysława Hasiora, które stoją przy szosie. Ten awangardowy pomnik z lat 60. XX w. poświęcony poległym w obronie władzy ludowej na Podhalu miał wykorzystywać siłę wiatru do wydawania "żałobnych pieśni". Elementy grające szybko usunięto - pozostała wielka, zardzewiała konstrukcja, która przypomina dwa olbrzymie ruszty. Może to i lepiej, bo czekając w nocy na bus do Nowego Targu, nie musimy słuchać zawodzenia Hasiorowych organów...

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • hotele
  • loty
  • Oferty Booking.com
  • Oferty FRU.PL

Podróże.gazeta.pl na Facebooku

Aktualna oferta