Z pasją o podróżach, wycieczkach i wyjazdach

Dublin. Po obu stronach Liffey

Iwona i Marcin Krauze
13.10.2008 , aktualizacja: 10.10.2008 16:20
A A A Drukuj

Fot. Wojciech Surdziel/AG

Gdyby Leopold Bloom, bohater "Ulissesa" Jamesa Joycea, wędrował dzisiaj ulicami Dublina, z trudem poznałby swoje miasto
Peryferyjna, biedna i zaledwie 300-tysięczna stolica, jaką był Dublin z początku zeszłego wieku, niewiele ma wspólnego z kuszącym drogimi sklepami i rozświetlonym szyldami pubów współczesnym miastem. Po jego zakamarkach oprowadzają nas realne, a także istniejące tylko w wyobraźni dublińczyków postacie...

Św. Patryk

Donośne bicie dzwonów w gotyckiej katedrze św. Patryka na północy miasta rozlega się w promieniu kilometra. To w tym właśnie miejscu w początkach V w. ów Brytyjczyk, dzisiejszy patron kraju, sprzedany do Irlandii jako niewolnik odprawiał pierwsze msze, wprowadzając chrześcijaństwo na wyspie. Postawiony tutaj w 1284 r. drewniany kościółek został zastąpiony kamienną katedrą. W środku znajduje się niezwykle cenna płyta z wyrytym krzyżem celtyckim, która niegdyś przykrywała studnię, przy której św. Patryk chrzścił pogan, oraz kilka celtyckich płyt nagrobnych - jedna nad grobem Jonathana Swifta, autora "Podróży Guliwera".

Przedmioty zgromadzone w półmroku panującym w tym okazałym wnętrzu dają przedsmak atmosfery, której w pełni można doświadczyć w rozrzuconych po Irlandii znacznie bardziej surowych monastyrach i wczesnochrześcijańskich miejscach kultu z czasów św. Patryka. Kraj, w którym jeszcze 50 lat temu kościół posiadał autentyczną władzę, w którym katolickie były szkoły, szpitale i część urzędów, dzisiaj zamyka seminaria, likwiduje parafie i nie może pochwalić się więcej niż 9 powołaniami księży i 1 siostry zakonnej (dane z 2007 r.) rocznie w skali kraju.

Dublińczycy pamiętają jeszcze wizytę papieża Jana Pawła II, który w 1979 r. odprawił mszę w największym parku Europy - Phoenix Park. Do dzisiaj stoi tu 27-metrowy krzyż papieski chętnie odwiedzany przez Polaków. W parku warto też zwrócić uwagę na Áras an Uachtaráin - biały budynek będący siedzibą prezydenta Irlandii (w soboty wstęp wolny).

Krzyż papieski już tylko przypomina o katolickiej przeszłości kraju. Seria skandali obyczajowych i przypadków pedofilii wśród księży, które miały miejsce na przestrzeni lat, a ujrzały światło dzienne w ostatnim dwudziestoleciu, skutecznie skompromitowały kościół jako instytucję.

Pomimo to Irlandczycy pozostali wierni pewnym wartościom postrzeganym jako typowo chrześcijańskie. Wystarczy zapytać o kierunek na ulicy, wejść do sklepu lub autobusu, aby spotkać się z niezwykłą życzliwością. Trudno tutaj o naburmuszoną kasjerkę albo nieuprzejmego urzędnika. Taksówkarz będzie nas zabawiał anegdotami, a nieznajomy pożyczy brakujące do kupienia biletu 10 centów. Irlandczycy słyną z hojności serca, jeśli chodzi o działalność dobroczynną i charytatywną. Większość urzędów zadbała o informacje w języku polskim, mamy swoich przedstawicieli w głównych partiach i związkach zawodowych. Dzięki tym wszystkim ułatwieniom po mieście łatwo się poruszać i nietrudno w nim żyć. Być może więc wysiłek św. Patryka nie poszedł na marne...

Molly Malone

W dalszą podróż zabiera nas Molly, której pomnik stoi na rogu Grafton i Suffolk Street, w jednym z najruchliwszych punktów miasta. Turyści robią sobie zdjęcia na tle jej postaci, a dublińczycy umawiają się przy pomniku na spotkania. Przenosząc się w XVII w., już z daleka słyszę jej donośny głos: "Świeże ryby! Świeże małże!". Wyjątkowo urodziwa, ciągnie swój wózek z owocami morza, zwracając uwagę przechodniów. Mija kolejny pracowity dzień i Molly wraca do domu. Przebiera się w jedyną odświętną sukienkę i ponownie wychodzi na miasto, tym razem umilać czas mężczyznom spragnionym uczucia...

Ta najpopularniejsza, prawdziwa bądź też zrodzona w wyobraźni dublińczyków przekupka stała się żywą legendą uwiecznioną w zabawnej piosence "Cocles and Mussels". Dzisiaj następczynie Molly można znaleźć na Moore Street po północnej stronie rzeki Liffey. Jak za dawnych czasów słychać tu chrapliwe okrzyki przekupek: "Five apples for two euro only!". Ale uwaga, jeśli ktoś zechce sprawdzić świeżość produktu, może dowiedzieć się, że "ta marchewka to nie penis i nie urośnie od macania...". Tradycja straganów na świeżym powietrzu nie zaginęła.

Dzisiejsze Molly mieszkają w maleńkich domkach w północnym Dublinie, o świcie odbierają towar z hali targowej, by chwilę potem ciągnąć swoje wózki w stronę Moore Street. Rzędy prowizorycznych stolików z pomidorami, bakłażanami i jabłkami oblepiają ulicę. Ryby dostaje się w całości z rąk dziarskiej przekupki w kaloszach, a pod nogami licznych kupujących walają się puste skrzynki i kartony po produktach.

Moore Street dobrze odzwierciedla tygiel kulturowy, jakim obecnie jest Dublin. W kantorkach ulokowały się azjatyckie sklepiki, chińska stołówka, tanie call-shopy i afrykańscy fryzjerzy. Nikomu nie przeszkadza, że za rogiem lśni modna Zara, Next i popularny Marks & Spencer. Te dwa światy - ulicznego i ekskluzywnego handlu - nie wchodzą sobie w drogę, uczciwie dzieląc między siebie klientów.

Dublin jest miastem kontrastów - targ na Moore Street to tylko jeden z przykładów. Nie mniejsze zdziwienie budzi też Smithfield (Pole Kowali), targ koni, który od ponad 30 lat odbywa się w każdą pierwszą niedzielę miesiąca, również po północnej stronie Liffey. Siwe, gniade, kare stoją na placu otoczonym nowoczesnymi apartamentowcami i dawną fabryką The Old Jameson Whiskey Distillery. Na kucach siedzą piegowate dzieci, na większych koniach młodzi mężczyźni, nierzadko w dresach z lampasami, obok dostojniejsi sprzedawcy w kaszkietach. Jest też kowal podkuwający konie. Poranny obrazek ze Smithfield ma w sobie coś z sennej maligny, zwłaszcza jeśli siąpi deszcz, a typowo irlandzka mgła unosi się nad końskimi grzywami, mieszając zapachy zwierząt i podekscytowanych ludzi. Ceny - od 300 euro za kucyka.

James Joyce

Kiedy James Joyce zapamiętywał ulice i budynki Dublina, by potem opisać je w "Ulissesie", jego wzrok zatrzymywał się na prostych fasadach georgiańskich kamienic i kutych balkonach domów wiktoriańskich ozdobionych bluszczem. Te dwa style architektoniczne ukształtowały dzisiejszy wygląd stolicy Irlandii.

Razem z Joyce'em wędrujemy na Merrion Square, najlepiej zachowany georgiański plac Dublina. Kwartał kamienic o dzielonych oknach i bajecznie kolorowych drzwiach otacza zielony park z rabatkami żonkili. W okolicznych domach mieszkała rodzina Oskara Wilde'a, poeta W.B. Yeats i Daniel O'Connell, bojownik o niepodległość Irlandii.

Aby lepiej wyobrazić sobie, jak wyglądało życie w początkach XIX w., warto odwiedzić niezwykły dom na pobliskiej 29 Fitzwilliam Street. W pieczołowicie odtworzonych wnętrzach, dzięki wyjaśnieniom przewodnika zrozumiemy zamiłowanie Irlandczyków do kominków, ciężkich kotar i kryształowych żyrandoli.

Okres georgiańskiego i wiktoriańskiego rozkwitu miasta przeminął wraz z pogarszającą się sytuacją ekonomiczną, która zmusiła właścicieli kamienic do dzielenia ich na mniejsze lokale, co powodowało ich szybką degradację. Kraj pogrążał się w kryzysie będącym efektem serii klęsk głodowych oraz fatalnej polityki Anglii skierowanej na eksploatację Irlandii. W latach 1845-1900 zmarło lub wyemigrowało ponad 4 mln ludzi - liczba mieszkańców Wyspy spadła do połowy.

Wielka Emigracja zabrała z kraju wiele światłych umysłów. Także James Joyce opuścił Irlandię w wieku 22 lat, aby nigdy już do niej na stałe nie powrócić. Historię tego trudnego okresu poznamy na pokładzie statku "Jeanie Johnston", którym niegdyś emigranccy uciekinierzy płynęli do wymarzonej Ameryki, a który jest ciekawym, pobudzającym wyobraźnię muzeum.

Zobacz więcej na temat: