Śladami Aborygenów

Stąpając po śladach przodków, Aborygeni chcą odkryć swoją tożsamość
Jeszcze cztery pokolenia wstecz mogli po tej ziemi biegać nago, z bumerangiem przewieszonym przez ramię, z bliznami po inicjacji na piersi, donośnie przygrywając na didgeridoo (muzyczny instrument dęty Aborygenów). Na czerwonym lądzie mieszkają od blisko 60 tys. lat - 500 plemion, ok. 500 języków, dzieje zapisane za pomocą milionów kropek na skałach i korze drzew. Dziś, wędrując po antypodach pamięci, szukają na tej ziemi swojego miejsca.

***

Młoda kobieta z Tinghi złamała przysięgę małżeńską. By uniknąć gniewu starszych, postanowiła uciec z miasteczka razem ze swoim kochankiem. Gdy dobiegli do lasu, zatrzymała się na chwilę nad leśnym strumieniem, by napić się wody. W tym czasie kochanków dogoniła grupa starszych. Jeden z nich tak mocno uderzył kobietę w policzek, że upadła twarzą na kamień. Nigdy się już nie podniosła, jej nagie ciało na zawsze zostało w tym miejscu. Podobno duch dziewczyny jest tam do dziś i przypomina Aborygenom z Tinghi o tym, co może spotkać tych, którzy łamią odwieczne prawa ich narodu.

Głaz w kształcie kobiecych nóg, po którym płynie woda z leśnego strumienia, pokazuje nam czterdziestoletni Alex Munro. Niewiele potrafi powiedzieć o Kamiennej Kobiecie. - Stone woman stone woman... - powtarza tylko, kiwając głową. Legendę znalazł na rządowych stronach poświęconych australijskim Aborygenom. W tym samym miejscu natrafił na archiwalną fotografię starej kobiety w jasnym kapeluszu ze stojącym u boku psem. Zdjęcie na odwrocie nosi podpis: "Pani William Munro, Long Gully, Tingha. Mówi, że ma około 105 lat. Luty 1941 r." Alex nie wie, czy ta kobieta jest jego krewną.

Nie wie też, czy na porośniętym trawą cmentarzu na obrzeżach Tinghi leży ktoś z jego rodziny. Kiedy dojeżdżamy na cmentarne wzgórze, Alex filmuje małą kamerą okolicę, co chwila przysiadając na wielkich kamieniach (może to groby?) i zamyśla się. Potem chce nam pokazać malowidła na skałach w lesie za miasteczkiem, ale nie potrafi ich odnaleźć. Cała pamięć Aleksa zamyka się dziś w małej teczce z napisem "Munro", w której gromadzi wycinki gazet i wydruki z internetu. Ale to dopiero początek - Alex chce odzyskać resztę pamięci o ludziach, miejscach i ziemi, którą przez wieki zamieszkiwał jego lud i rodzina.

***

Tingha to położone na lekkim wzniesieniu miasteczko w południowej Australii, zamieszkane przez ok. 800 osób, połowa to Aborygeni. Panuje bezrobocie, ci, którzy mieli szczęście, pracują w wytwórni karmy dla zwierząt i w rzeźni. Ludzie narzekają na brak lekarzy, na miejscu pracuje tylko dwóch i trudno się do nich dostać. Raz w tygodniu przyjeżdża lekarz z odległego Armidale.

Mrówki na przystawkę w serwisie kolumber.pl



XIX-wieczne zabudowania ciągną się wzdłuż jednej drogi, przebiegającej przez środek miasteczka. Okoliczną atrakcją był wtedy prowadzony przez Chińczyków sklep Wing Hing Long. W 1918 r. jego właścicielem został Jack Joe Lowe, którego córka Davis Pratt prowadziła go aż do emerytury w 1998 r., potem zamieniono go na muzeum. Wokół sklepu Wing Hing Long toczyło się życie Tinghi. Można było w nim kupić jedzenie, tytoń, ubrania, buty, książki. - Nie trzeba było jeździć do odległego o pół godziny Inverell. Nigdzie nie trzeba było się ruszać - wspomina mieszkanka Tinghi. Do dziś, poza dużymi miastami, na podobnej zasadzie działa większość sklepów w Australii.

Alex mieszka w Inverell. Razem ze swoją drugą żoną Judy, pół Aborygenką, wychowują dziewięcioro dzieci. Codziennie podwożą je do szkoły w Tindze, gdzie mieszkają rodzice Aleksa. Ich dom stoi naprzeciwko szkoły. Tuż za bramą, na środku trawnika leży biały kamień z namalowanym jeżem (austr. ekinda), co oznacza, że właśnie na to zwierzę mieszkańcy domostwa przeszli inicjację. Zgodnie z tradycją Aborygeni mogą polować i zjadać mięso tylko tych zwierząt, na które przeszli inicjację. Dzięki temu każdy poluje na coś innego, co ma chronić gatunki przed wyginięciem.

Alex z żoną i dziećmi spędza w domu rodziców każdą wolną chwilę. Wszyscy godzinami oglądają telewizję, albo siedzą przed domem. Nikt nie ma stałej pracy. Zasiłek, który w Australii otrzymują wszyscy bezrobotni, w zupełności wystarcza im na życie. Razem z resztą rodziny Alex chce odzyskać tzw. native title, upoważniający do korzystania z ziemi w okolicy Tinghi. Wniosek złożony do sądu dotyczy obszaru ok. 500 km kw. Aleksowi pomaga grupa prawników z Sydney, którzy od lat, często charytatywnie, zajmują się podobnymi sprawami. Jest wśród nich Polak od dzieciństwa mieszkający w Sydney - on poznał nas z rodziną Munro.

Dziś obok białego kamienia na trawniku trwa yarn - narada rodzinna: czy jechać z nami do Stone Woman, o czym rozmawiać z prawnikiem, czy w ogóle gdzieś jechać, co opowiedzieć? Dyskusja trwa kilkadziesiąt minut. Kilka razy wszyscy gdzieś się rozchodzą i za chwilę wracają. Rozmawiają spokojnie, niewiele gestykulują. W końcu zapada decyzja i wszyscy się rozchodzą.

Alex zabiera nas do szkoły po drugiej stronie ulicy. Przed wejściem do budynku oglądamy na chodniku rysunki aborygeńskie. Na jednym widać słońce z rozchodzącymi się promieniami. - Całą naszą wiedzę posiadają duchy. To one przekazują ją starszym ludziom, którzy mają doświadczenie i potrafią z niej korzystać. Promienie oznaczają rozchodzenie się tej wiedzy - tłumaczy symbolikę rodzimej sztuki Alex.

W szkole pracuje Timothy, brat Aleksa. Właśnie prowadzi zajęcia muzyczne z grupą maluchów. Alex przynosi dużą mapę Australii, na której zaznaczone są aborygeńskie grupy językowe zamieszkujące ten kraj w XIX w.

***

Gdy wracamy ze szkoły, wszyscy są już gotowi do wyjazdu, w domu zostaje tylko matka Aleksa. Jedziemy do legendarnej Stone Woman. Mijamy miasteczko, wjeżdżamy w las. Po chwili parkujemy samochody, dalej ruszamy pieszo. Po drodze ojciec Aleksa zagląda do wykruszonych pni, woła nas i coś pokazuje, gładząc się po brzuchu. Alex tłumaczy, że Aborygeni do dziś korzystają z darów natury i często zdobywają pożywienie w lesie, np. larwy owadów żyjące w pniach. Pokazuje nam rośliny wykorzystywane jako przyprawy, bądź lekarstwa. - To łagodzi biegunkę - wręcza mi gruby, zamszowy liść. - A sok z tego krzewu smakuje jak tequila.

Zobacz zdjęcia z Australii w serwisie kolumber.pl



Dochodzimy do niewielkiego strumienia. Dziadek siada na kamieniu i laską wskazuje Stone Woman. Do Earla, ojca Aleksa, przysiada się prawnik, wyciąga plik papierów i zaczyna zadawać pytania. Chce się dowiedzieć, czy wierzy on w legendę Stone Woman, skąd zna to miejsce, kto go tu przyprowadził po raz pierwszy i kiedy to było?

Earl mówi bardzo cicho, przez zęby, na początku trudno się nawet domyśleć, że po angielsku. Nie snuje konkretnej opowieści, wypowiada pojedyncze słowa, hasła, które trudno nam ułożyć w całość. Oprócz Earla, jego żony i Owena, nikt już nie pamięta tej historii, choć właśnie dzięki niej rodzina Munro może odzyskać ziemię. Rozmowa się nie klei, pada coraz więcej pytań, na które nie ma odpowiedzi. Wracamy do domu.

Po lunchu prawnikowi udaje się jeszcze raz namówić rodziców Aleksa na rozmowę. Siadamy przy kuchennym stole. Adwokat wyciąga dokumenty i znowu zaczyna zadawać pytania: o wiek, o pozostałych członków rodziny, jak i gdzie spędzili dzieciństwo, jak wyglądało ich codzienne życie. Pani Munro siedzi odwrócona do nas plecami, mówi niewiele, twierdzi że nic nie pamięta. Alex i jego brat zachęcają rodziców do mówienia, podpowiadają. Padają tylko strzępki wspomnień, urwane opowieści, prawdziwe historie pomieszane z fragmentami snów. Alex przynosi z pokoju bumerang i drewniane półmiski. Twierdzi, że to ważne pamiątki rodzinne. Rozmowa się urywa, rodzice odchodzą od stołu, radzą synowi, żeby pokazał nam malowidła aborygeńskie w pobliskim buszu (tak nazywa się w Australii każdą zalesioną powierzchnię).

Przez 40 minut błądzimy, szukając ich z Aleksem i jego synami. Podobno niedawno je widział, był tu z kimś z rodziny. - Na pewno są niedaleko - powtarza zirytowany. Zaczyna zmierzchać, gdy decydujemy się wrócić do domu.

***

Gdy przyjeżdżamy do Tinghi następnego dnia, znowu trwa yarn. Tym razem rodzina Munro chce nas zabrać na stary cmentarz. Trudno uwierzyć, ale dla ojca Aleksa to wielka podróż, przez cale życie nie wyjeżdżał dalej niż 10 km poza miasteczko.

Po drodze na cmentarz mijamy kilka farm, zatrzymujemy się przy skrzyżowaniu na wzniesieniu, z którego rozpościera się widok na okolicę. Przy obu stronach drogi nr 666 stoją dwa konie, czarny i biały. Ojciec Aleksa pyta, czy znamy Biblię i czy wiemy, co oznacza liczba 666. Kiwamy głową, że tak, ale mężczyzna jeszcze dwa razy powtarza swoje pytanie i pokazuje tablicę z numerem drogi. Znowu mówi niewyraźnie, wspomina coś o czarnym wężu, którego widok zabija i sekretnym miejscu, w którym podobno jesteśmy. Earl gładzi kamienie rozsypane po horyzont, rozgląda się po okolicy, pokazuje, gdzie była szkoła, gdzie polował na króliki, gdzie łowił ryby. Czy naprawdę pamięta to miejsce? Czy przeżył tu dzieciństwo? Z kim spędzał czas? Kto mieszkał w okolicy? Pada wiele pytań, ale ojciec Aleksa nie potrafi odpowiedzieć. Znowu, nie patrząc nam w oczy, wyrzuca z siebie urwane zdania.

Zanim wrócimy do samochodu, pokazuje drzewo figowe na wzgórzu po prawej stronie. Tam jest cmentarz, do którego jedziemy. Mijamy tablicę z wygrawerowanym koala, z informacją o pochowanych tu w latach 1905-18 Aborygenach. Kilka metrów wyżej stoi większa tablica, ogrodzona siatką; podobno znajduje się tu 11 grobów. Ale dookoła widać tylko porośnięte trawą duże kamienie, żadnego krzyża, tabliczki, czegokolwiek, co przypomniałoby grób.

Earl nie pamięta, by kiedykolwiek był tu na pogrzebie, mimo że (jak wcześniej mówił prawnikowi) jego ojciec, a potem również on sam, zajmowali się pochówkiem. Pogrzebanych ludzi przypomina sobie za to wuj Owen. - Na pewno leży tu Joe Clarkson, wielki człowiek oraz znachor John Woods, znany jako Fastwalker (szybko chodzący), który potrafił w 2,5 godziny dojść z Tinghi do wybrzeża. Miał dwa psy, które, gdy źle się czuł albo nie miał czasu, żeby wszystkich odwiedzić, wysyłał do chorych, by przenosiły jego energię. Podobno uleczył wielu ludzi.

***

Po południu ruszamy w ostatnie miejsce. Wszyscy członkowie rodziny pamiętają, że są tam na skałach aborygeńskie rysunki. Po raz kolejny dajemy się namówić, marząc, że na tym dalekim, czerwonym lądzie wreszcie coś odkryjemy. Jedziemy długo, gdy docieramy do celu jest późne popołudnie. W okolicy działała kiedyś kopalnia diamentów. Przerażającą ciszę od czasu do czasu przerywa dziwny szelest drzew, choć nie ma wiatru. To kangury, dużo większe od tych, które można spotkać na obrzeżach miast i w naszych zoo. Kolor ich futra jest dopasowany do rdzawych, jesiennych liści, dlatego trudno je zauważyć wśród drzew. I to niestety jedyna niespodzianka. Nie ma sensu iść dalej. Nie znajdziemy rysunków na skałach, nie trafimy do żadnej jaskini skrywającej aborygeńską tajemnicę. Alex się nie odzywa, jedynie wzrusza ramionami. Zmęczony Earl siedzi na skale, rzuca małymi kamykami, jakby puszczał kaczki na jeziorze. Co chwila podnosi głowę i rozgląda się z ciekawością po okolicy - przecież całe życie nie odjechał od domu tak daleko.