Z Bazyleą w tle
06.10.2008
, aktualizacja: 02.10.2008 15:57
Jura słynie z zielonych wzgórz i łagodnych koni. Ja zapamiętam jeszcze parę stromych podjazdów i ciekawskie krowy
ZOBACZ TAKŻE
- Alpy szwajcarskie z okien pociągu i autobusu (22-09-08, 06:00)
- Witajcie na pokładzie! (08-09-08, 06:00)
- Lozanna. Nad wodą wielką i czystą (14-07-08, 06:00)
- SZWAJCARIA (Konfederacja Szwajcarska) (28-03-08, 13:20)
- Ciekawe muzea. Lucerna (13-10-08, 06:00)
- Czy wszyscy wyjechali na wakacje? - zagaduję Rudolfa. Idziemy szeroką Spalenvorstadt ku sercu starówki. Za nami potężna kamienna brama miejska z XIV w. o dwóch basztach, zwieńczona dachem w kształcie piramidy. Po obu stronach ulicy stoją jedna przy drugiej trzypiętrowe kamienice. Nigdzie żywej duszy. Mijamy kolorową replikę barokowej fontanny - kilkumetrowy słup oblepiony twarzami dzikusów i aniołów; za nim wymarłe muzeum etnograficzne. Przed zamkniętym sklepem dwie osoby czekają na tramwaj. - Nie, tu zawsze jest tak pusto - uśmiecha się mój przewodnik. - Bazylea jest mniejsza, niż się wydaje. Ale to nie znaczy, że wystarczy jedno popołudnie, by ją poznać!
***
Przechodzimy przez współczesny kampus najstarszego (1460 r.) szwajcarskiego uniwersytetu. Wykładali na nim m.in. Paracelsus, Nietzsche i Jung. Tutaj Rudolf rozgaduje się na dobre. - Na 200 tys. mieszkańców mamy prawie 40 muzeów! Architektury, przyrody, starożytności... No i Muzeum Sztuki z pracami od Holbeina do Picassa, najstarszy taki państwowy zbiór na świecie.
Brukowane uliczki opadają coraz bardziej stromo na niewielki Andreasplatz. Gdyby nie przewodnik, pewnie bym nie zauważył obrysu ułożonego z ciemniejszej kostki. - Tu stała średniowieczna kaplica św. Andrzeja. Dziś plac słynie z restauracji Zum Roten Angel, w której podają najlepszą wątróbkę, nasz lokalny przysmak.
Chwilę później stoimy już na Marktplatz. Spóźniliśmy się na poranny targ, ale i tak zaskakuje mnie tłum przechodniów. Ponad dachy dwu- i trzypiętrowych kamienic wyrasta wieża ratusza. Na czerwonej, neogotyckiej fasadzie (choć zachował się też fragment z XIV w.) wyrzeźbiono herby 26 szwajcarskich kantonów. Wśród nich czarny pastorał na białym polu, symbol Bazylei. Rudolf śpieszy z pomocą: - Po reformacji biskup przeniósł się do Solury, ale zachował zwierzchnictwo nad protestanckim kantonem Bazylei. Więc i pastorał w herbie pozostał.
Na dziedzińcu wita nas groźne spojrzenie Lucjusza Munatiusa Plancusa, rzymskiego senatora i legendarnego założyciela miasta. Renesansowy posąg lśni złotą zbroją, spod której wystają... czerwone majtki. Przewodnik rozkłada ręce: - Podobno przynoszą szczęście.
Wspinamy się na czwarte piętro (ratusz można zwiedzać bezpłatnie, także w godzinach pracy) i krużgankami przedostajemy się wprost na ulicę, bo budynek leży u stóp wzgórza. Naprzeciwko dwa barokowe pałace we francuskim stylu, dawniej własność producentów jedwabiu. Dalej białe fasady, ukwiecone podwórka i jeszcze jedna kopia barokowej fontanny zwieńczona bazyliszkiem (oryginały w Muzeum Historycznym). - Nie - Rudolf uprzedza moje pytanie. - Nazwa miasta nie pochodzi od bazyliszka, chociaż przez wieki w to wierzono, lecz od łacińskiego basilicum.
Wreszcie docieramy do katedry. Najpierw nad rozległym Munsterplatz wyłaniają się jej dwie smukłe wieże z ażurowymi zwieńczeniami - św. Marcina i św. Jerzego. Przy głównym wejściu rzeźby obu świętych rycerzy, a także cesarza Henryka II, jego żony Kunegundy, fundatorów pierwotnej świątyni (konsekrowana w 1019 r.) oraz... szatana. Jeszcze bogatszy jest romański portal północny, który zachował się w niemal nienaruszonym kształcie. Króluje w nim Chrystus, po bokach ma ewangelistów oraz panny mądre i głupie. Wnętrze gotyckiej budowli z czerwonego piaskowca w 1529 r. ogołocili ikonoklaści pod wodzą Ulricha Zwigliego. "Ze stojących obrazów żaden nie pozostał nietknięty, ani w kościołach, ani w przedsionkach, ani w klasztorach" - pisał o ataku reformatorów Erazm z Rotterdamu. Grób tego wybitnego filozofa (zmarł w Bazylei w 1536 r.) znajdziemy w nawie północnej, zaś w krypcie pod głównym ołtarzem - sarkofagi bazylejskich biskupów od X do XIII w. Rudolf prowadzi mnie jeszcze na krużganki połączone salą ze wspaniałym, drewnianym sklepieniem. Tam pokazuje epitafium Jakuba Bernulliego, twórcy rachunku prawdopodobieństwa, jeszcze jednego ze słynnych profesorów tutejszego uniwersytetu.
Katedra stoi na stromej skarpie Renu. Żegnam się z Rudolfem i wsiadam na prom uwiązany do przerzuconej przez rzekę liny, a napędzany jedynie siłą nurtu. Mijam gondole z wiosłami przy lewych burtach (odwrotnie niż w Wenecji) - to tradycyjny miejscowy sport, a nie turystyczna atrakcja. Na drugim brzegu, zwanym Małą Bazyleą, opalają się i kąpią całe rodziny. Zza szpaleru drzew wystają dwa rzędy średniowiecznych kamienic. A w głębi szklany Messeturm Basel, najwyższy budynek Szwajcarii (105 m), znany z dorocznych targów sztuki i biżuterii. Kawałek dalej - granica niemiecka.
Tuż za granicami starówki stoi dadaistyczna fontanna Jeana Tinguely'ego (1925-91, szwajcarski malarz i rzeźbiarz). Woda tryska z węży umocowanych do sprawnych, choć wyglądających na rozklekotane, metalowych mechanizmów. Przywodzą na myśl zatopione zegary odmierzające czas zapomnianej cywilizacji. Nieco dalej projekty najznamienitszych światowych architektów: okrągły BIZ bank Mario Botty, dom towarowy Jacques'a Herzoga i Pierre'a de Meurona przeglądający się szklaną fasadą w zabytkowej kopule hali targowej oraz biały, elegancki biurowiec Euregio Richarda Meiera. Nie zdążę już zobaczyć modernistycznych budowli Karla Mosera czy Hannesa Meyera. Jedno popołudnie, jak uprzedzał Rudolf, nie starczy na zwiedzenie miasta. A ja, niestety, nie mam więcej czasu.
***
Przed dworcem kolejowym ukryto olbrzymi podziemny parking rowerowy. Schodzę tu o świcie i z tysięcy bicykli wybieram niemal nowego "górala", pracownik wypożyczalni dorzuca sakwy i narzędzia. Chwilę później mknę już Jura Route (ścieżka nr 7) w kierunku Nyonu. To jedna z dziewięciu krajowych dróg rowerowych, jest też kilkadziesiąt regionalnych i niezliczona liczba lokalnych. Po 10 km ruchliwe przedmieścia Bazylei ustępują miejsca zielonym pagórkom, wsiom (skupiska murowanych gospodarstw o wysokich, spadzistych dachach), pachnie siano.
W Battwil zaczyna się żmudny podjazd na zalesione wzgórze. Tam siódemka skręca na ubity dukt, przy którym mijam trójkątne składy drewna z wyciętymi oknami, co upodabnia je do fasad alpejskich domów (są nawet pelargonie na parapetach!). Potem czeka mnie szalony zjazd wąskim asfaltem używanym oprócz cyklistów chyba tylko przez pasterzy. Druciane bramki, które grodzą drogę, otwierają się przy uderzeniu przednim kołem, ale i tak warto przyhamować.
Rzeka Lucelle oddziela Szwajcarię od Francji. Szosa, szukając miejsca na dnie wąskiej doliny, prowadzi kilka razy na alzacką stronę. Strumień kończy się na jeziorze, ale jeszcze raz mijam tabliczkę z trójkolorową flagą i wreszcie ostatnią - z białym krzyżem. Nazwa wsi - Charmoille - uświadamia mi, że to już kanton Jura. Łyk pysznej wody z fontanny i zaraz odbijam z siódemki do Miecourt. Tu jedyną spotkaną duszą jest sprzedawca moreli. Łamaną francuszczyzną zamawiam pół kilo. - Proszę - wręcza mi owoce. - To w prezencie. Upieram się przy zapłacie, ale mężczyzna tylko dokłada morele. Przestaję się bronić, gdy torebka zaczyna pękać.
Po kilkunastu minutach wyłania się potężny zamek nad Porrentruy. To 7-tysięczne dziś miasto przeżywało rozkwit w XVI w. pod rządami bazylejskich biskupów, ale złupione podczas wojny trzydziestoletniej nigdy nie odzyskało świetności. Inkorporowane do Francji podczas wojen napoleońskich i przyłączone do regionu berneńskiego po ich zakończeniu znalazło się ostatecznie w utworzonym w 1971 r. kantonie Jury. Najpierw wdrapuję się na zamkowe wzgórze. Grube mury skrywają duży dziedziniec zamknięty z trzech boków lekką fasadą biskupiego pałacu (dziś sąd). Stąd Porrentruy widać jak na dłoni - spiętrzone brązowe dachy poprzetykane kościelnymi wieżami i otoczone nagimi pagórkami.
Przekraczam jedyną ocalałą bramę miasta z 1563 r. i od pierwszego wejrzenia zakochuję się w cichej starówce. Brukowane uliczki wiodą wśród średniowiecznych domostw i barokowych kamienic do okazałego merostwa (XVIII w.). Pojedyncze, luksusowe auta lśnią w popołudniowym słońcu, przy kawiarnianych stolikach młodzi popijają pastis i piwo z lemoniadą. XIII-wieczny kościół św. Piotra zamknięty na cztery spusty. Zaglądam do liceum przy klasztorze jezuitów - w auli trwa próba przed koncertem muzyki Mozarta. Na drugim końcu ogrodu botanicznego trafiam na wahadło Foucaulta. Tablica informacyjna głosi, że powstało w 1993 r. dla uczczenia 400. rocznicy kolegium. Brakuje mi cierpliwości, by zaobserwować obrót dziesięciometrowego ramienia, które na tej szerokości geograficznej obraca się 11 stopni na godzinę. Idę popatrzeć na cyrkowców szykujących wieczorne pokazy. Zajechali na plac wozami zaprzężonymi w traktory i powoli rozkładają scenę. Po dwóch godzinach znam już chyba każdą uliczkę Porrentruy.
***
Kolejny dzień to wyzwanie nawet dla doświadczonych rowerzystów. Wracam na Jura Route, która po paru kilometrach zaczyna ostro piąć się w górę. Za przełęczą (789 m) zasłużony zjazd przez las do St. Ursanne (497 m). To kamienne miasteczko nad rzeką Doubs zachowało średniowieczny kształt i rozmiary. Most kończy się bramą w grubym murze domów, z której wypadam wprost na XII-wieczną kolegiatę. Kilku staruszków w milczeniu czeka na mszę. Od straganiarek kupuję morele i ser. W osadzie jest jeszcze kawiarnia, piekarz i dwa koty.
Następny podjazd kończy się dopiero na 1008 m. Ze szczytu widać rozległą wyżynę. Łaciate krowy dostojnie przeżuwają trawę, stada koni rozbiegają się po pastwiskach. Za St. Brais rowerowa alejka oddala się od szosy i przez następne 12 km lekko opada. W Saignelégier "siódemka" gwałtownie skręca na bardzo pofałdowane tereny i po względnie płaskim odcinku odbija na Mont Soleil (1248 m). Na przekór tej nazwie niebo zaciąga się chmurami. Nie daję rady pokonać serpentyn bez odpoczynku. Ostatnią kroplę wody wypijam w towarzystwie ciekawskich krów jeszcze przed szczytem. Zamiast oczekiwanego zjazdu znów mam przed sobą zielone pagórki. Rzadko rozsiane domy zdumiewają rozmiarami - najmniejsze mają po dwa piętra.
Dopada mnie burza i nie daje za wygraną aż do La Chaux-de-Fonds. Przemoczony, omijam centrum 40-tys. miasta, znanego jako miejsce urodzin Le Corbusiera i Louisa Chevroleta. W wilgotnym lesie pożywiam się poziomkami. Wychodzi słońce, rozgrzewa mnie też droga pnąca się na kolejne wzniesienie (1156 m). Dalej ścieżka prowadzi szeroką doliną do ostatniej przełęczy na mojej trasie. Po prawie 200 km od Bazylei docieram do Couvet nad leniwą rzeką Areuse, wzdłuż której suną konno dżokeje.
***
Przechodzimy przez współczesny kampus najstarszego (1460 r.) szwajcarskiego uniwersytetu. Wykładali na nim m.in. Paracelsus, Nietzsche i Jung. Tutaj Rudolf rozgaduje się na dobre. - Na 200 tys. mieszkańców mamy prawie 40 muzeów! Architektury, przyrody, starożytności... No i Muzeum Sztuki z pracami od Holbeina do Picassa, najstarszy taki państwowy zbiór na świecie.
Brukowane uliczki opadają coraz bardziej stromo na niewielki Andreasplatz. Gdyby nie przewodnik, pewnie bym nie zauważył obrysu ułożonego z ciemniejszej kostki. - Tu stała średniowieczna kaplica św. Andrzeja. Dziś plac słynie z restauracji Zum Roten Angel, w której podają najlepszą wątróbkę, nasz lokalny przysmak.
Chwilę później stoimy już na Marktplatz. Spóźniliśmy się na poranny targ, ale i tak zaskakuje mnie tłum przechodniów. Ponad dachy dwu- i trzypiętrowych kamienic wyrasta wieża ratusza. Na czerwonej, neogotyckiej fasadzie (choć zachował się też fragment z XIV w.) wyrzeźbiono herby 26 szwajcarskich kantonów. Wśród nich czarny pastorał na białym polu, symbol Bazylei. Rudolf śpieszy z pomocą: - Po reformacji biskup przeniósł się do Solury, ale zachował zwierzchnictwo nad protestanckim kantonem Bazylei. Więc i pastorał w herbie pozostał.
Na dziedzińcu wita nas groźne spojrzenie Lucjusza Munatiusa Plancusa, rzymskiego senatora i legendarnego założyciela miasta. Renesansowy posąg lśni złotą zbroją, spod której wystają... czerwone majtki. Przewodnik rozkłada ręce: - Podobno przynoszą szczęście.
Wspinamy się na czwarte piętro (ratusz można zwiedzać bezpłatnie, także w godzinach pracy) i krużgankami przedostajemy się wprost na ulicę, bo budynek leży u stóp wzgórza. Naprzeciwko dwa barokowe pałace we francuskim stylu, dawniej własność producentów jedwabiu. Dalej białe fasady, ukwiecone podwórka i jeszcze jedna kopia barokowej fontanny zwieńczona bazyliszkiem (oryginały w Muzeum Historycznym). - Nie - Rudolf uprzedza moje pytanie. - Nazwa miasta nie pochodzi od bazyliszka, chociaż przez wieki w to wierzono, lecz od łacińskiego basilicum.
Wreszcie docieramy do katedry. Najpierw nad rozległym Munsterplatz wyłaniają się jej dwie smukłe wieże z ażurowymi zwieńczeniami - św. Marcina i św. Jerzego. Przy głównym wejściu rzeźby obu świętych rycerzy, a także cesarza Henryka II, jego żony Kunegundy, fundatorów pierwotnej świątyni (konsekrowana w 1019 r.) oraz... szatana. Jeszcze bogatszy jest romański portal północny, który zachował się w niemal nienaruszonym kształcie. Króluje w nim Chrystus, po bokach ma ewangelistów oraz panny mądre i głupie. Wnętrze gotyckiej budowli z czerwonego piaskowca w 1529 r. ogołocili ikonoklaści pod wodzą Ulricha Zwigliego. "Ze stojących obrazów żaden nie pozostał nietknięty, ani w kościołach, ani w przedsionkach, ani w klasztorach" - pisał o ataku reformatorów Erazm z Rotterdamu. Grób tego wybitnego filozofa (zmarł w Bazylei w 1536 r.) znajdziemy w nawie północnej, zaś w krypcie pod głównym ołtarzem - sarkofagi bazylejskich biskupów od X do XIII w. Rudolf prowadzi mnie jeszcze na krużganki połączone salą ze wspaniałym, drewnianym sklepieniem. Tam pokazuje epitafium Jakuba Bernulliego, twórcy rachunku prawdopodobieństwa, jeszcze jednego ze słynnych profesorów tutejszego uniwersytetu.
Katedra stoi na stromej skarpie Renu. Żegnam się z Rudolfem i wsiadam na prom uwiązany do przerzuconej przez rzekę liny, a napędzany jedynie siłą nurtu. Mijam gondole z wiosłami przy lewych burtach (odwrotnie niż w Wenecji) - to tradycyjny miejscowy sport, a nie turystyczna atrakcja. Na drugim brzegu, zwanym Małą Bazyleą, opalają się i kąpią całe rodziny. Zza szpaleru drzew wystają dwa rzędy średniowiecznych kamienic. A w głębi szklany Messeturm Basel, najwyższy budynek Szwajcarii (105 m), znany z dorocznych targów sztuki i biżuterii. Kawałek dalej - granica niemiecka.
Tuż za granicami starówki stoi dadaistyczna fontanna Jeana Tinguely'ego (1925-91, szwajcarski malarz i rzeźbiarz). Woda tryska z węży umocowanych do sprawnych, choć wyglądających na rozklekotane, metalowych mechanizmów. Przywodzą na myśl zatopione zegary odmierzające czas zapomnianej cywilizacji. Nieco dalej projekty najznamienitszych światowych architektów: okrągły BIZ bank Mario Botty, dom towarowy Jacques'a Herzoga i Pierre'a de Meurona przeglądający się szklaną fasadą w zabytkowej kopule hali targowej oraz biały, elegancki biurowiec Euregio Richarda Meiera. Nie zdążę już zobaczyć modernistycznych budowli Karla Mosera czy Hannesa Meyera. Jedno popołudnie, jak uprzedzał Rudolf, nie starczy na zwiedzenie miasta. A ja, niestety, nie mam więcej czasu.
***
Przed dworcem kolejowym ukryto olbrzymi podziemny parking rowerowy. Schodzę tu o świcie i z tysięcy bicykli wybieram niemal nowego "górala", pracownik wypożyczalni dorzuca sakwy i narzędzia. Chwilę później mknę już Jura Route (ścieżka nr 7) w kierunku Nyonu. To jedna z dziewięciu krajowych dróg rowerowych, jest też kilkadziesiąt regionalnych i niezliczona liczba lokalnych. Po 10 km ruchliwe przedmieścia Bazylei ustępują miejsca zielonym pagórkom, wsiom (skupiska murowanych gospodarstw o wysokich, spadzistych dachach), pachnie siano.
W Battwil zaczyna się żmudny podjazd na zalesione wzgórze. Tam siódemka skręca na ubity dukt, przy którym mijam trójkątne składy drewna z wyciętymi oknami, co upodabnia je do fasad alpejskich domów (są nawet pelargonie na parapetach!). Potem czeka mnie szalony zjazd wąskim asfaltem używanym oprócz cyklistów chyba tylko przez pasterzy. Druciane bramki, które grodzą drogę, otwierają się przy uderzeniu przednim kołem, ale i tak warto przyhamować.
Rzeka Lucelle oddziela Szwajcarię od Francji. Szosa, szukając miejsca na dnie wąskiej doliny, prowadzi kilka razy na alzacką stronę. Strumień kończy się na jeziorze, ale jeszcze raz mijam tabliczkę z trójkolorową flagą i wreszcie ostatnią - z białym krzyżem. Nazwa wsi - Charmoille - uświadamia mi, że to już kanton Jura. Łyk pysznej wody z fontanny i zaraz odbijam z siódemki do Miecourt. Tu jedyną spotkaną duszą jest sprzedawca moreli. Łamaną francuszczyzną zamawiam pół kilo. - Proszę - wręcza mi owoce. - To w prezencie. Upieram się przy zapłacie, ale mężczyzna tylko dokłada morele. Przestaję się bronić, gdy torebka zaczyna pękać.
Po kilkunastu minutach wyłania się potężny zamek nad Porrentruy. To 7-tysięczne dziś miasto przeżywało rozkwit w XVI w. pod rządami bazylejskich biskupów, ale złupione podczas wojny trzydziestoletniej nigdy nie odzyskało świetności. Inkorporowane do Francji podczas wojen napoleońskich i przyłączone do regionu berneńskiego po ich zakończeniu znalazło się ostatecznie w utworzonym w 1971 r. kantonie Jury. Najpierw wdrapuję się na zamkowe wzgórze. Grube mury skrywają duży dziedziniec zamknięty z trzech boków lekką fasadą biskupiego pałacu (dziś sąd). Stąd Porrentruy widać jak na dłoni - spiętrzone brązowe dachy poprzetykane kościelnymi wieżami i otoczone nagimi pagórkami.
Przekraczam jedyną ocalałą bramę miasta z 1563 r. i od pierwszego wejrzenia zakochuję się w cichej starówce. Brukowane uliczki wiodą wśród średniowiecznych domostw i barokowych kamienic do okazałego merostwa (XVIII w.). Pojedyncze, luksusowe auta lśnią w popołudniowym słońcu, przy kawiarnianych stolikach młodzi popijają pastis i piwo z lemoniadą. XIII-wieczny kościół św. Piotra zamknięty na cztery spusty. Zaglądam do liceum przy klasztorze jezuitów - w auli trwa próba przed koncertem muzyki Mozarta. Na drugim końcu ogrodu botanicznego trafiam na wahadło Foucaulta. Tablica informacyjna głosi, że powstało w 1993 r. dla uczczenia 400. rocznicy kolegium. Brakuje mi cierpliwości, by zaobserwować obrót dziesięciometrowego ramienia, które na tej szerokości geograficznej obraca się 11 stopni na godzinę. Idę popatrzeć na cyrkowców szykujących wieczorne pokazy. Zajechali na plac wozami zaprzężonymi w traktory i powoli rozkładają scenę. Po dwóch godzinach znam już chyba każdą uliczkę Porrentruy.
***
Kolejny dzień to wyzwanie nawet dla doświadczonych rowerzystów. Wracam na Jura Route, która po paru kilometrach zaczyna ostro piąć się w górę. Za przełęczą (789 m) zasłużony zjazd przez las do St. Ursanne (497 m). To kamienne miasteczko nad rzeką Doubs zachowało średniowieczny kształt i rozmiary. Most kończy się bramą w grubym murze domów, z której wypadam wprost na XII-wieczną kolegiatę. Kilku staruszków w milczeniu czeka na mszę. Od straganiarek kupuję morele i ser. W osadzie jest jeszcze kawiarnia, piekarz i dwa koty.
Następny podjazd kończy się dopiero na 1008 m. Ze szczytu widać rozległą wyżynę. Łaciate krowy dostojnie przeżuwają trawę, stada koni rozbiegają się po pastwiskach. Za St. Brais rowerowa alejka oddala się od szosy i przez następne 12 km lekko opada. W Saignelégier "siódemka" gwałtownie skręca na bardzo pofałdowane tereny i po względnie płaskim odcinku odbija na Mont Soleil (1248 m). Na przekór tej nazwie niebo zaciąga się chmurami. Nie daję rady pokonać serpentyn bez odpoczynku. Ostatnią kroplę wody wypijam w towarzystwie ciekawskich krów jeszcze przed szczytem. Zamiast oczekiwanego zjazdu znów mam przed sobą zielone pagórki. Rzadko rozsiane domy zdumiewają rozmiarami - najmniejsze mają po dwa piętra.
Dopada mnie burza i nie daje za wygraną aż do La Chaux-de-Fonds. Przemoczony, omijam centrum 40-tys. miasta, znanego jako miejsce urodzin Le Corbusiera i Louisa Chevroleta. W wilgotnym lesie pożywiam się poziomkami. Wychodzi słońce, rozgrzewa mnie też droga pnąca się na kolejne wzniesienie (1156 m). Dalej ścieżka prowadzi szeroką doliną do ostatniej przełęczy na mojej trasie. Po prawie 200 km od Bazylei docieram do Couvet nad leniwą rzeką Areuse, wzdłuż której suną konno dżokeje.
1
2
następne »
- hotele
- loty
- Oferty Booking.com
- Oferty FRU.PL
Podróże.gazeta.pl na Facebooku
Aktualna oferta

Podróżuj z nami co tydzień.
Przykładowy newsletterZaplanuj wakacje
Polska na weekend
Kontakt z redakcją
- ul. Czerska 8/10
- 00-732 Warszawa
- redakcja.podroze@gazeta.pl

















