Z pasją o podróżach, wycieczkach i wyjazdach

Na falach Dunaju

  • Pin It
Aleksander Piątek
29.09.2008 , aktualizacja: 30.09.2008 16:44
A A A Drukuj
Czekamy na otwarcie śluzy w Żelaznych Wrotach Fot. Członkowie wyprawy Czekamy na otwarcie śluzy w Żelaznych Wrotach
4 stolice, 10 państw, 2840 km w 40 dni
Łąka, czyli... rzeka
Fot. Członkowie wyprawy
Łąka, czyli... rzeka
Do Golubca jeszcze 3 kilometry
Fot. Członkowie wyprawy
Do Golubca jeszcze 3 kilometry
ZOBACZ TAKŻE
Niemcy

Po ponad półrocznych przygotowaniach wreszcie stajemy nad brzegiem drugiej co do długości rzeki Europy. Przed nami tablica z kilometrażem: 2840. Tyle liczy sobie Dunaj od źródeł w Alpach do ujścia do Morza Czarnego (mierząc po nurcie rzeki).

W niemieckim miasteczku Donaueschingen dwa strumienie - Breg i Birgach - łączą się w jeden większy. Od tego miejsca zaczyna się prawdziwy Dunaj, choć patrząc na malutką rzeczkę, którą można przeskoczyć dużym susem, trudno uwierzyć, że popłynie ona hen, hen, przez dziesięć europejskich krajów i cztery stolice.

Wsiadamy do naszych trzech klubowych kajaków i... w drogę. Na początku nie jest łatwo - wody jest mało, często trzeba wysiąść z kajaka i ciągnąć go za sobą. Gdy robi się nieco głębiej, pojawia się kolejna przeszkoda - lilie wodne i nenufary. Rosną tak gęsto, że wydaje nam się, iż spacerujemy po łące.

Widoki od samego początku są piękne. Rzeka "wgryza" się w strome skały gór Schwarzwaldu, na szczytach co chwilę wyrastają zamki i baszty. Najwięcej jest ich wokół miasteczka Beuron - podziwiamy piękne zamki w Bronnen, Wildenstein i Werenwag. Wielkie wrażenie robią ruiny w Gutenstein, gdzie goła skała w niemal naturalny sposób łączy się z fragmentami budowli.

Dodatkowe atrakcje zapewnia nam rzeka - w okolicach Sigmaringen pojawiają się jazy i uskoki, a potem także elektrownie. Te ostatnie pokonujemy... windami kajakarskimi! To rodzaj rynny, która po otwarciu niewielkiej śluzy (uruchamianej automatycznie, wprost z kajaka, bez wychodzenia na brzeg) wypełnia się wodą, tak aby niewielkie łodzie mogły spłynąć powstałym strumieniem. Nie dość, że windy są szalenie praktyczne, to jeszcze zapewniają świetną zabawę - kilkadziesiąt metrów zjazdu taką rynną dostarcza wielu emocji. A co najważniejsze, nie kosztuje ani grosza.

Po czterech dniach i 200 km pierwsze duże miasto - Ulm. Dunaj ma tu już ok. 80 m szerokości. Kilka kilometrów wcześniej Iller, jeden z jego większych niemieckich dopływów, przynosi nam wodę powodziową prosto z Alp. Poziom rzeki podnosi się z minuty na minutę i płynie ona bardzo szybko, nawet kilkanaście kilometrów na godzinę. W takich warunkach trudno zatrzymać kajak, robi się dość niebezpiecznie. Cudem przybijamy do stromego brzegu. A tu niespodzianka - zostajemy zaproszeni do klubu kajakowego Ulmer Paddler. Po kilku nocach spędzonych w mokrych namiotach cieszy nas prawdziwy dach nad głową. I to nie byle jaki - z barem i restauracją. Gościmy u założyciela klubu Manfreda Vogta, wielokrotnego mistrza świata w slalomie kajakowym. Raczy nas zimnym piwem i opowieścią o początkach kajakarstwa górskiego. Spotkanie w Ulmer Paddler to dla nas dobra lekcja - odtąd w każdym dużym mieście będziemy szukać przyjaznych klubów kajakowych (jak się okaże, wszyscy chętnie przyjmą nas na nocleg).

Kolejne dni są do siebie podobne - elektrownia, zaraz za nią płynąca wartko rzeka, która stopniowo zwalnia, by znów rozlać się szeroko przed kolejną tamą. Codziennie przemierzamy ok. 80 km. Elektrownie pokonujemy, korzystając z samoobsługowych śluz lub wind kajakarskich. Miłym urozmaiceniem na trasie jest piękny klasztor Waltenburg w okolicy Kelheim, położony wśród klifów, którego początki sięgają VIII w.

Tablica wskazuje 2410 km od ujścia. Na odcinku Graisling - Schalding pęka pierwsza setka - przepływamy tego dnia 120 km! Zwykle wstajemy wcześnie rano, a do brzegu przybijamy późnym wieczorem. Pływanie kajakiem tak nam weszło w krew, że po zejściu na ląd kręci nam się w głowie...

Austria

Po dziesięciu dniach Passau - tu przekraczamy pierwszą granicę. Zaraz za miasteczkiem zaczyna się szlak żeglowny. Co chwilę mijamy statki wycieczkowe i holowniki transportujące tysiące ton towarów. Pierwszy kontakt z tak wielkimi jednostkami budzi obawy, ale - jak się później okaże - w dolnym biegu Dunaju spotkamy jeszcze większe statki.

Pejzaże Górnej Austrii przypominają kadry z filmu „Władca Pierścieni”. Znów otaczają nas porośnięte gęstym lasem góry. Między 2186. a 2180. km pokonujemy najsłynniejszy meander Dunaju - piękny Schloegener Schlinge, zza którego wyłaniają się otulone mgłą wapienne wzgórza. W okolicach miasteczka Obermühle mijamy drogie hotele i piękne posiadłości. Wśród tych luksusów z trudem udaje się wyszukać miejsce na rozbicie namiotu (mimo wszystko nie jest to najtańszy nocleg - 28 euro za dwa namioty). Nocujemy w wiosce wikingów, swoistym miniskansenie. Turyści mogą tu wziąć udział w turniejach czy wybrać się na przejażdżkę statkiem wikingów (www3.exlau.at ).

Rano budzi nas straszny ziąb. W górach o poranku temperatura sięga zaledwie kilku kresek powyżej zera. Trzeba przyznać, że pogoda jest stabilna - leje bez przerwy. Dla nas to nawet dobrze - woda płynie wtedy szybciej, a i wiosłuje się lepiej niż w palącym słońcu. Do morza już "tylko" 2000 km.

Po kilku dniach ciągłej ulewy docieramy do pierwszej naddunajskiej stolicy - Wiednia. Przemarznięci i przemoczeni pytamy o nocleg. Pomaga nam pracownik organizacji Via-Donau (infrastruktura logistyczno-transportowa na Dunaju), który okazuje się członkiem klubu kajakowego Paddelklub Edelweis. Daje nam do niego klucze, więc spędzamy wieczór, susząc ubrania i sprzęt oraz grając dla rozgrzewki w ping-ponga.

Nazajutrz robimy sobie wolne - by zregenerować siły i zwiedzić miasto. Metro wiezie nas na Karlsplatz. Mijamy wspaniałą operę i Kärtner Strasse idziemy w kierunku katedry św. Stefana, jednego z najpiękniejszych zabytków architektury gotyckiej centralnej Europy (uwagę przykuwa jej mozaikowy dach ze szkliwionej, ceramicznej dachówki). Potem jeszcze obowiązkowy spacer po Ringu. Dzień kończymy pod ratuszem, słuchając muzyki Bacha (w Wiedniu odbywa się wiele koncertów pod gołym niebem) i kosztując wina z malinami.

Słowacja i Węgry

Potężna burza dopada nas, gdy przekraczamy granicę ze Słowacją. Jak okaże się później, to ostatnia taka ulewa (na dłuższy czas). Nazajutrz budzi nas piękne słońce, więc i humory natychmiast się poprawiają. Ze śpiewem na ustach mijamy Bratysławę. Po 12 km wpływamy na zalew Gabcikovo, doskonałe miejsce do uprawiania narciarstwa wodnego i windsurfingu. Na horyzoncie dostrzegamy czerwony punkcik - jak się okazuje, to galeria sztuki z niesamowitą ekspozycją współczesnych rzeźb parkowych (www.danubiana.sk ). Ten jaskrawo czerwony budynek został ulokowany na wyspie, na samym środku sztucznego jeziora.

Nasz entuzjazm gasi dopiero kierownik tamy w Gabcikovie, który nie pozwala, byśmy ją pokonali wraz z innymi, większymi statkami. Musimy przeciągnąć kajaki brzegiem trzy kilometry w dół rzeki! Od tej pory niemal codziennie nocujemy "na dziko". Najlepszym schronieniem są wiaty i porzucone domki rybackie, namiot rozstawiamy w ostateczności. Bezchmurne niebo pozwala podziwiać gwiazdy, piękne poranki i zachody słońca. Dunaj jest teraz szeroki na kilkaset metrów, snuje się leniwie między miękkimi garbami niewysokich wzniesień. Siedząc w kajaku, czujemy ogromną siłę wody - wiry i fale skutecznie nami obracają. Zamiast gór mamy niskie pagórki, rozległe pola i łąki.

Siedemnastego dnia wyprawy docieramy do Budapesztu, za nami 1193 km. Spędzamy tu cały dzień, oglądając wspaniałą siedzibę parlamentu, zabytkowe stacje metra (działa od 1896 r.), spacerując po starówce i po naddunajskim bulwarze. Jednak najwspanialej miasto wygląda z wody, zwłaszcza wieczorem, gdy można podziwiać iluminowane budowle. Kościół św. Macieja, zamek królewski, parlament, a przede wszystkim wiszący nad nami most Łańcuchowy naprawdę robią wrażenie.

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • hotele
  • loty
  • Oferty Booking.com
  • Oferty FRU.PL

Podróże.gazeta.pl na Facebooku

Aktualna oferta