Laos: spływ na dętkach w Vang Vieng
29.09.2008
, aktualizacja: 29.09.2008 15:36
Być w Vang Vieng i nie popłynąć na oponie to tak jak odwiedzić Zakopane i nie wejść na Giewont
ZOBACZ TAKŻE
- Wyprawa nie dla każdego. Birma - żółty i zielony (24-08-09, 06:00)
- Nowy rok po wietnamsku. Hanoi cię rozbroi (29-12-08, 06:00)
- Poznaj żywioły Hanoi (08-05-08, 15:23)
- Smaki i kolory Wietnamu (02-01-04, 13:56)
- Yunnan, czyli rozkosz dla oczu (12-12-03, 00:00)
- Laos - Indochiny wzywają (10-05-10, 06:00)
Przygotowując się do wyprawy, zbierałem informacje o tym niewielkim, niemającym nawet dostępu do morza górzystym państwie wciśniętym między Wietnam, Tajlandię i Birmę. Z każdym dniem Laos stawał się coraz ciekawszy, a mnie ogarniała coraz większa gorączka podróży. Okazał się dokładnie taki, jak go sobie wyobrażałem - pełen kolorytu, tradycji i smaku Azji. Od Wientianu (najbardziej zaściankowa stolica azjatycka, jaką widziałem), poprzez wioskę Vang Vieng (zachodnia młodzież spędza tu tanie wakacje z dala od miejskiego zgiełku), aż do Luang Prabang, pomarańczowego od szat modlących się mnichów
***
Najwygodniej dotrzeć do Wientianu samolotem, choć więcej wrażeń przysporzy przekroczenie granicy tajlandzko-laotańskiej Mostem Przyjaźni (Friendship Bridge), rozpostartym nad Mekongiem pomiędzy Nong Khai, ostatnim punktem na mapie północnej Tajlandii, a Tha Na Leng w Laosie. Po krótkim oczekiwaniu na "visa on arrival" i wywalczeniu swojego miejsca w "kolejce" do odprawy paszportowej (obowiązuje zasada "kto pierwszy, ten lepszy") wystarczy krótki targ z kierowcą jumbo, aby po 20 min znaleźć się w centrum stolicy Laosu.
Nieomal na każdym rogu na śniadanie można zjeść pyszną bagietkę nadziewaną dymką, paskami chudego boczku, laotańskim pasztetem i rzodkiewką. To pozostałość po czasach, gdy kraj był kolonią francuską. Do dziś starsi mieszkańcy porozumiewają się po francusku, wiele ulic nosi francuskie nazwy, a butelkę dobrego Chablis kupimy tak łatwo jak w centrum Dijon.
Buddyjska tradycja jest jednak silniejsza od kolonialnych wpływów. Nad miastem góruje świątynia Pha That Luang, symbol kraju, przypominająca pąk kwiatu lotosu. Jej złoty kolor odbija prażące słońce. W okolicach południa skwar jest nie do zniesienia. Najlepiej zaszyć się wtedy w jednej z cichych kafejek i pijąc doskonałą kawę, obmyślać plany na wieczór, kiedy wiejąca od Mekongu bryza czyni pobyt w Wientianie znośniejszym (polecam Khop Chai Deu serwującą miejscowe potrawy i tanie Beerlao).
***
Wietnamczycy hodują ryż, Kambodżanie patrzą, jak rośnie, Laotańczycy słuchają, jak rośnie" - po kilku dniach w Wientianie zrozumiałem sens tej maksymy. Życie toczy się tu niespiesznie. Trudno zauważyć charakterystyczny dla mieszkańców Dalekiego Wschodu pęd do wzbogacenia się i poprawy warunków życiowych. Nie oznacza to, że Laotańczykom brakuje dumy czy ambicji - dobra doczesne schodzą na dalszy plan. Ważne jest wyciszenie się i szczęście duszy, zgodnie z główną zasadą therawadańskiej odmiany buddyzmu, że szczęście zależy od stanu ducha, a nie od stanu posiadania. Między innymi w związku z tym w stolicy jest bezpiecznie. Zdarzają się kradzieże kieszonkowe, ale ryzyko pobicia czy oszustwa jest znikome.
Wientian to bodajże jedyne miejsce w Laosie, gdzie poczuć się można jak w dużym azjatyckim mieście, z jego wszystkimi (prawie) wygodami i niedogodnościami. Są tu ogromne targowiska, wypełnione Japończykami bary sushi, salony spa, nowoczesne hotele, jedyna w kraju kręgielnia, a nawet wielopasmowe oświetlone ulice.
Oczywiście, jeśliby porównać Wientian do Bangkoku, Hongkongu czy nawet Ho Chi Minh, to wypadnie jak Grudziądz przy Gdańsku. Port lotniczy jest niewielki, brakuje nowoczesnych autostrad, metra czy nawet dobrze zorganizowanej sieci autobusów. Ale jest tu coś, czego inne azjatyckie stolice już się pozbyły (albo są na najlepszej drodze do pozbycia się). Bo w której z nich można zjeść grillowaną, świeżo wyłowioną z Mekongu rybę piing paa, siedząc na matach przy stole ze starej opony samochodowej przykrytej ceratą? A za chwilę dać się porwać rytmowi ulicy, obserwując tłoczące się samochody, riksze, tuk tuki, rowerzystów, zwierzęta i pieszych?
***
Na burzę zbierało się od dobrych trzech dni. "Jeszcze nie dziś" - mawiał co wieczór właściciel Orchidei, malutkiego pensjonatu w Vang Vieng (północna część Laosu), w którym spędziłem kilka nocy. Był początek pory deszczowej, zdemontowano już większość drewnianych kładek nad Nam Song. W dzień było 45 stopni, w nocy 30. Kiedyś obudził mnie delikatny grzmot, po chwili pojaśniały zasłony na oknach. Po kilku sekundach usłyszałem kolejny grzmot, już wyraźniejszy, i następny. Chwyciłem statyw, aparat fotograficzny i wybiegłem na balkon. Przez trzy godziny obserwowałem spektakl z udziałem błyskawic, które co kilka sekund rozświetlały szczyty gór otaczających Vang Vieng.
Rano po burzy nie było śladu, przywitało mnie błękitne niebo i skwar. Przed drewnianą chatką, "siedzibą" firmy organizującej spływ na dętkach od traktorów górską rzeką Nam Song, stała już kolejka spragnionych wrażeń turystów (spływ trwa cały dzień, kosztuje 3 dol.). Być w Vang Vieng i nie popłynąć na oponie to tak jak odwiedzić Zakopane i nie wejść na Giewont. Przez kilka godzin płyniemy rozparci wygodnie w ogromnej dętce, obserwujemy piękne górskie krajobrazy i odpowiadajamy na pozdrowienia dzieci stojących na brzegu.
Można też wynająć rower i pojechać do jednej z tzw. lagun - skalnych niecek u podnóża jaskiń z krystalicznie czystą i chłodną wodą. Wiele osób skacze z kilkumetrowych figowców rosnących na brzegach (przed skokiem warto zapytać miejscowych o głębokość niecki).
Vang Vieng słynie z jeszcze jednej "atrakcji". Pewnego dnia w jednym z barów na prośbę amerykańskiego turysty wyświetlono jego (piracką oczywiście) kopię serialu "Przyjaciele" (Friends) z 1994 r. Ten moment przeszedł do historii Vang Vieng. Bar zaczęli zapełniać turyści, wkrótce zabrakło miejsc. Sąsiednie restauracje szybko podchwyciły sposób na zwabienie gości. Obecnie nie da się przejść przez Vang Vieng, nie słysząc powtarzanych do znudzenia odcinków tego popularnego serialu. Oglądanie po raz setny Jennifer Aniston czy Matta le Blanc wywołuje chęć oddalenia się w bardziej "tradycyjne" miejsce. Dlatego każdego ranka z Vang Vieng odjeżdżają nabite po brzegi autobusy do Luang Prabang, świętej stolicy Laosu.
***
Podróż tamże pomimo niewielkiej odległości od Vang Vieng (ok. 160 km) trwać może nawet dziesięć godzin, wliczając przerwy na zmianę opon, które "strzelają" podczas stromych podjazdów. Wijące się jak wąż drogi są w fatalnym stanie, serpentyny nie mają barierek, autobusy zajeżdżono do upadłego, a statystyk wypadków się nie prowadzi. Ale Luang Prabang jest warte ryzyka.
Miasto słynie z dziesiątek malutkich guesthouse'ów położonych wzdłuż wąskich uliczek, ukrytych w cieniu tropikalnych drzew (nocleg 8-10 dol.). Nie trzeba też daleko szukać restauracji z tradycyjną kuchnią. Wiele z nich podaje laotański specjał: grillowane, specjalnie przyrządzone kawałki mięsa, owoce morza i warzywa. To jednak nie w celach kulinarnych ryzykuje się życie, godzinami tłukąc się 20-letnim autokarem...
Warto wstać o świcie i wdrapać się na wzgórze Phu Si, by przekonać się, dlaczego Luang Prabang od 1995 r. znajduje się na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO. Na powierzchni zbliżonej do Karpacza zobaczymy ok. 70 buddyjskich świątyń, jedna wspanialsza od drugiej. Stoją po obu stronach płynącego przez miasto Mekongu i jego lewego dopływu, rzeki Nam Khan. Większość zamieszkują mnisi żyjący według ścisłych reguł buddyjskich. Wczesna pobudka pozwoli nam zobaczyć ceremonię przyjmowania ofiar od mieszkańców Luang Prabang.
Podczas zwiedzania świątyń należy trzymać się pewnych zasad: nie nosić krótkich spodni i bluz bez rękawów, nie wchodzić w butach, a siadając na podłodze przed wizerunkiem Buddy, pod żadnym pozorem nie wyciągać stóp w stronę posągów. Fotografowanie mnichów jest dozwolone i akceptowane, wypada jednak zapytać ich o zgodę (lubią rozmawiać, są otwarci na świat i wiedzę).
Podczas kilkudniowej wizyty w Luang Prabang nie sposób zwiedzić wszystkich pagód. Dlatego wytyczono ścieżkę turystyczną - podążając nią, nie ominiemy tych najciekawszych. Zaczyna się ona na wspomnianym wzgórzu Phu Si. Schodząc po stromych schodach, usłyszymy głośne modlitwy mnichów w jednej z najstarszych laotańskich świątyń - Wat Pa Huak z XIII w. Podążając na północ w stronę Mekongu, trafimy do XVIII-wiecznej Wat Mai Suwannaphumaham słynącej z pięknie rzeźbionych ścian z scenami z życia Buddy. W Wat Xieng Muan rezydują buddyjscy nauczyciele sztuki - uczniowie pokażą nam swoje prace, głównie rzeźby Buddy i malowidła. Największe wrażenie robi słynna Wat Xieng Thom, XV-wieczna świątynia leżąca na półwyspie oblanym przez wody Mekongu i Nam Khan. Jest doskonałym przykładem architektonicznego stylu sakralnego Luang Prabang z dachem opadającym do samej ziemi. W środku panuje półmrok i, co ważne, chłód.
***
Laos otworzył się na świat, który powoli zaczyna się przekonywać do jego kulturowego bogactwa. Nie pozwólmy, aby inni wyprzedzili nas w odkrywaniu tajemnic tego kraju.
***
Najwygodniej dotrzeć do Wientianu samolotem, choć więcej wrażeń przysporzy przekroczenie granicy tajlandzko-laotańskiej Mostem Przyjaźni (Friendship Bridge), rozpostartym nad Mekongiem pomiędzy Nong Khai, ostatnim punktem na mapie północnej Tajlandii, a Tha Na Leng w Laosie. Po krótkim oczekiwaniu na "visa on arrival" i wywalczeniu swojego miejsca w "kolejce" do odprawy paszportowej (obowiązuje zasada "kto pierwszy, ten lepszy") wystarczy krótki targ z kierowcą jumbo, aby po 20 min znaleźć się w centrum stolicy Laosu.
Nieomal na każdym rogu na śniadanie można zjeść pyszną bagietkę nadziewaną dymką, paskami chudego boczku, laotańskim pasztetem i rzodkiewką. To pozostałość po czasach, gdy kraj był kolonią francuską. Do dziś starsi mieszkańcy porozumiewają się po francusku, wiele ulic nosi francuskie nazwy, a butelkę dobrego Chablis kupimy tak łatwo jak w centrum Dijon.
Buddyjska tradycja jest jednak silniejsza od kolonialnych wpływów. Nad miastem góruje świątynia Pha That Luang, symbol kraju, przypominająca pąk kwiatu lotosu. Jej złoty kolor odbija prażące słońce. W okolicach południa skwar jest nie do zniesienia. Najlepiej zaszyć się wtedy w jednej z cichych kafejek i pijąc doskonałą kawę, obmyślać plany na wieczór, kiedy wiejąca od Mekongu bryza czyni pobyt w Wientianie znośniejszym (polecam Khop Chai Deu serwującą miejscowe potrawy i tanie Beerlao).
***
Wietnamczycy hodują ryż, Kambodżanie patrzą, jak rośnie, Laotańczycy słuchają, jak rośnie" - po kilku dniach w Wientianie zrozumiałem sens tej maksymy. Życie toczy się tu niespiesznie. Trudno zauważyć charakterystyczny dla mieszkańców Dalekiego Wschodu pęd do wzbogacenia się i poprawy warunków życiowych. Nie oznacza to, że Laotańczykom brakuje dumy czy ambicji - dobra doczesne schodzą na dalszy plan. Ważne jest wyciszenie się i szczęście duszy, zgodnie z główną zasadą therawadańskiej odmiany buddyzmu, że szczęście zależy od stanu ducha, a nie od stanu posiadania. Między innymi w związku z tym w stolicy jest bezpiecznie. Zdarzają się kradzieże kieszonkowe, ale ryzyko pobicia czy oszustwa jest znikome.
Wientian to bodajże jedyne miejsce w Laosie, gdzie poczuć się można jak w dużym azjatyckim mieście, z jego wszystkimi (prawie) wygodami i niedogodnościami. Są tu ogromne targowiska, wypełnione Japończykami bary sushi, salony spa, nowoczesne hotele, jedyna w kraju kręgielnia, a nawet wielopasmowe oświetlone ulice.
Oczywiście, jeśliby porównać Wientian do Bangkoku, Hongkongu czy nawet Ho Chi Minh, to wypadnie jak Grudziądz przy Gdańsku. Port lotniczy jest niewielki, brakuje nowoczesnych autostrad, metra czy nawet dobrze zorganizowanej sieci autobusów. Ale jest tu coś, czego inne azjatyckie stolice już się pozbyły (albo są na najlepszej drodze do pozbycia się). Bo w której z nich można zjeść grillowaną, świeżo wyłowioną z Mekongu rybę piing paa, siedząc na matach przy stole ze starej opony samochodowej przykrytej ceratą? A za chwilę dać się porwać rytmowi ulicy, obserwując tłoczące się samochody, riksze, tuk tuki, rowerzystów, zwierzęta i pieszych?
***
Na burzę zbierało się od dobrych trzech dni. "Jeszcze nie dziś" - mawiał co wieczór właściciel Orchidei, malutkiego pensjonatu w Vang Vieng (północna część Laosu), w którym spędziłem kilka nocy. Był początek pory deszczowej, zdemontowano już większość drewnianych kładek nad Nam Song. W dzień było 45 stopni, w nocy 30. Kiedyś obudził mnie delikatny grzmot, po chwili pojaśniały zasłony na oknach. Po kilku sekundach usłyszałem kolejny grzmot, już wyraźniejszy, i następny. Chwyciłem statyw, aparat fotograficzny i wybiegłem na balkon. Przez trzy godziny obserwowałem spektakl z udziałem błyskawic, które co kilka sekund rozświetlały szczyty gór otaczających Vang Vieng.
Rano po burzy nie było śladu, przywitało mnie błękitne niebo i skwar. Przed drewnianą chatką, "siedzibą" firmy organizującej spływ na dętkach od traktorów górską rzeką Nam Song, stała już kolejka spragnionych wrażeń turystów (spływ trwa cały dzień, kosztuje 3 dol.). Być w Vang Vieng i nie popłynąć na oponie to tak jak odwiedzić Zakopane i nie wejść na Giewont. Przez kilka godzin płyniemy rozparci wygodnie w ogromnej dętce, obserwujemy piękne górskie krajobrazy i odpowiadajamy na pozdrowienia dzieci stojących na brzegu.
Można też wynająć rower i pojechać do jednej z tzw. lagun - skalnych niecek u podnóża jaskiń z krystalicznie czystą i chłodną wodą. Wiele osób skacze z kilkumetrowych figowców rosnących na brzegach (przed skokiem warto zapytać miejscowych o głębokość niecki).
Vang Vieng słynie z jeszcze jednej "atrakcji". Pewnego dnia w jednym z barów na prośbę amerykańskiego turysty wyświetlono jego (piracką oczywiście) kopię serialu "Przyjaciele" (Friends) z 1994 r. Ten moment przeszedł do historii Vang Vieng. Bar zaczęli zapełniać turyści, wkrótce zabrakło miejsc. Sąsiednie restauracje szybko podchwyciły sposób na zwabienie gości. Obecnie nie da się przejść przez Vang Vieng, nie słysząc powtarzanych do znudzenia odcinków tego popularnego serialu. Oglądanie po raz setny Jennifer Aniston czy Matta le Blanc wywołuje chęć oddalenia się w bardziej "tradycyjne" miejsce. Dlatego każdego ranka z Vang Vieng odjeżdżają nabite po brzegi autobusy do Luang Prabang, świętej stolicy Laosu.
***
Podróż tamże pomimo niewielkiej odległości od Vang Vieng (ok. 160 km) trwać może nawet dziesięć godzin, wliczając przerwy na zmianę opon, które "strzelają" podczas stromych podjazdów. Wijące się jak wąż drogi są w fatalnym stanie, serpentyny nie mają barierek, autobusy zajeżdżono do upadłego, a statystyk wypadków się nie prowadzi. Ale Luang Prabang jest warte ryzyka.
Miasto słynie z dziesiątek malutkich guesthouse'ów położonych wzdłuż wąskich uliczek, ukrytych w cieniu tropikalnych drzew (nocleg 8-10 dol.). Nie trzeba też daleko szukać restauracji z tradycyjną kuchnią. Wiele z nich podaje laotański specjał: grillowane, specjalnie przyrządzone kawałki mięsa, owoce morza i warzywa. To jednak nie w celach kulinarnych ryzykuje się życie, godzinami tłukąc się 20-letnim autokarem...
Warto wstać o świcie i wdrapać się na wzgórze Phu Si, by przekonać się, dlaczego Luang Prabang od 1995 r. znajduje się na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO. Na powierzchni zbliżonej do Karpacza zobaczymy ok. 70 buddyjskich świątyń, jedna wspanialsza od drugiej. Stoją po obu stronach płynącego przez miasto Mekongu i jego lewego dopływu, rzeki Nam Khan. Większość zamieszkują mnisi żyjący według ścisłych reguł buddyjskich. Wczesna pobudka pozwoli nam zobaczyć ceremonię przyjmowania ofiar od mieszkańców Luang Prabang.
Podczas zwiedzania świątyń należy trzymać się pewnych zasad: nie nosić krótkich spodni i bluz bez rękawów, nie wchodzić w butach, a siadając na podłodze przed wizerunkiem Buddy, pod żadnym pozorem nie wyciągać stóp w stronę posągów. Fotografowanie mnichów jest dozwolone i akceptowane, wypada jednak zapytać ich o zgodę (lubią rozmawiać, są otwarci na świat i wiedzę).
Podczas kilkudniowej wizyty w Luang Prabang nie sposób zwiedzić wszystkich pagód. Dlatego wytyczono ścieżkę turystyczną - podążając nią, nie ominiemy tych najciekawszych. Zaczyna się ona na wspomnianym wzgórzu Phu Si. Schodząc po stromych schodach, usłyszymy głośne modlitwy mnichów w jednej z najstarszych laotańskich świątyń - Wat Pa Huak z XIII w. Podążając na północ w stronę Mekongu, trafimy do XVIII-wiecznej Wat Mai Suwannaphumaham słynącej z pięknie rzeźbionych ścian z scenami z życia Buddy. W Wat Xieng Muan rezydują buddyjscy nauczyciele sztuki - uczniowie pokażą nam swoje prace, głównie rzeźby Buddy i malowidła. Największe wrażenie robi słynna Wat Xieng Thom, XV-wieczna świątynia leżąca na półwyspie oblanym przez wody Mekongu i Nam Khan. Jest doskonałym przykładem architektonicznego stylu sakralnego Luang Prabang z dachem opadającym do samej ziemi. W środku panuje półmrok i, co ważne, chłód.
***
Laos otworzył się na świat, który powoli zaczyna się przekonywać do jego kulturowego bogactwa. Nie pozwólmy, aby inni wyprzedzili nas w odkrywaniu tajemnic tego kraju.
- hotele
- loty
- noclegi
- Oferty Booking.com
- Oferty FRU.PL
- Oferty Meteor
Podróże.gazeta.pl na Facebooku
Aktualna oferta

Podróżuj z nami co tydzień.
Przykładowy newsletter














