Rowerem wokół Miedwia

Jezioro Miedwie - z największą w Polsce kryptodepresją - objedziemy na rowerze w kilka godzin
Trasa jest tak lekka, miła i przyjemna, że aż dziw bierze, że nie zbudowano tu ścieżki z prawdziwego zdarzenia...

Od rogatek Szczecina dzieli jezioro 10 km (z centrum 25 km). Wraz kolegą Marcinem ładujemy rowery na dach auta i po pół godzinie jesteśmy w Żelewie, nieopodal zachodniego brzegu Miedwia. Tu rozpoczniemy naszą pętlę.

***

Polodowcowe jezioro przypomina maczugę: jest długie (16,6 km), wąskie i z jednego końca nieco szersze. W najszerszym miejscu liczy 3,2 km, a w najgłębszym - 43 m. Co ciekawe, większość jego dna leży poniżej poziomu morza i tworzy największą w Polsce tzw. kryptodepresję. Odległość od Szczecina nie jest zbyt wielka, a zbiornik jest na tyle czysty, że opłaciło się zbudować dwa wodociągi, którymi płynie do miasta pitna woda. W średniowieczu okoliczne tereny zagospodarowali rolniczo cystersi z pobliskiego Kołbacza [pisaliśmy o nich w "Turystyce" z 22 marca 2008 r.]. Podczas II wojny światowej działała na Miedwiu torpedownia - rodzaj sztucznej wysepki z urządzeniami do testowania torped. Obecnie należy ona do wojska i jest niedostępna dla turystów.

Zanim ruszymy na południe, oglądamy piękny szkieletowy kościółek z końca XVII w. z wolno stojącą dzwonnicą, krytą gontem i oszalowaną deskami. Ołtarz, stalle i emporę organową pokrywają nieco naiwne, typowe dla wczesnobarokowej sztuki ludowej malowidła przedstawiające m.in. piekło, sąd ostateczny, potop i przejście przez Morze Czerwone. We wsi zachowało się kilka ładnych rybackich domków o ryglowej konstrukcji. Za Żelewem mijamy most i jaz na wypływającej z jeziora rzeczce Płoni. W przejrzystej wodzie widać setki małych rybek.

***

Trasa wiedzie polami. Po kwadransie jazdy drogą z betonowych płyt Jumbo jesteśmy w Dębinie (4 km od Żelewa). Dalszą drogę zagradza płot i zamknięta brama jeszcze czynnego, ale mocno zapuszczonego zakładu rolnego. Nie chce nam się szukać objazdu, więc przechodzimy górą, przerzuciwszy rowery na drugą stronę. Wkrótce mijamy osadę Komorówko, odbijając za nią w lewo w stronę odległego o 2 km Giżyna. Wzdłuż drogi rośnie mnóstwo dzikich jabłoni i to różnych gatunków.

W Giżynie straszy opuszczony zakład rolny. Przejeżdżamy przez stary kamienny mostek nad wpadającym do jeziora kanałem Nieborowskim. Wieś dzieli od Miedwia dobrych kilkaset metrów. Giżyn - jak większość miejscowości wokół jeziora - leżał nad samą wodą, ale oddalił się od niej w 1771 r. Wtedy to z inicjatywy pruskich władz chcących poszerzyć tereny rolnicze rozkopano groblę koło Żelewa (zbudowaną jeszcze w XII w.) i kanałem spuszczono z jeziora wodę do rzeczki Płoni, obniżając jego poziom o 2,5 m.

***

Wreszcie asfalt! Droga prowadzi nasypem wśród płaskich jak stół łąk, a potem dębową aleją. Jedzie się tym przyjemniej, że od początku wycieczki nie minął nas ani jeden samochód! Po chwili jesteśmy w Młynach, a tuż za nimi zaczyna się wieś Turze na południowym krańcu jeziora.

Ta stara wieś należała niegdyś do cystersów z Kołbacza, pierwsza wzmianka o niej pochodzi z 1342 r. Zatrzymujemy się przy ceglano-kamiennym kościele Najświętszego Zbawiciela z przełomu XV i XVI w. Od razu widać, że był przebudowywany - pozostały ślady po zamurowanych ostrołukowych gotyckich oknach, zaś te nowe mają pełny łuk. Od kościoła wyraźnie odróżnia się ceglana wieża z połowy XIX w.

Tuż obok betonowy obelisk, na nim płaskorzeźba z hełmem i liściem wawrzynu. I napis po niemiecku: "Pamięci braci poległych w walce przeciw wrogiemu światu 1914-1918". Obok nazwiska stopnie wojskowe, daty i miejsca śmierci 15 żołnierzy z Turzy, których los rzucił do Rosji, Flandrii, w Karpaty i na Morze Bałtyckie. Po I wojnie światowej podobne pomniki stawiano niemal w każdej miejscowości na Pomorzu Zachodnim. Wiele z nich zniszczono po 1945 r. Ten jednak ocalał i jest w dobrym stanie.

***

Po lewej podmokłe łąki, za nimi odległe o dobry kilometr, porośnięte trzciną brzegi jeziora. W Ryszewie na krzyżówce dróg stoi zaniedbana, ale wciąż pełna uroku szkieletowa chałupa z gęstą kratą belek. Wdaję się w pogawędkę z gospodarzem - chyba nie zdaje sobie sprawy, że mieszka w zabytkowej budowli. Nad drzwiami data jej powstania: 1852. Nieopodal, przy drodze do Pyrzyc, pozostałości gotyckiego kościoła z przełomu XV i XVI w. Kamienno-ceglana świątynia popadła w ruinę już po II wojnie, bo nikt o nią nie dbał. W środku rosną krzaki, na szczycie sterczy bocianie gniazdo (takie gniazda widzimy co krok).

Docieramy do drogi Pyrzyce - Stargard Szczeciński i skręcamy na północ. Przecinamy wpadającą do jeziora rzekę Płonię i mijamy nieciekawą wieś Okunicę. Za nią skręcamy w lewo, do wsi Grędziec (to 23. km naszej trasy). Leży u stóp płaskowyżu, na którego skarpach powstał rezerwat "Brodogóry". Chroni on roślinność stepową porastającą suche, mocno nasłonecznione zbocza. Rośnie tu m.in. pajęcznica liliowata o dużych białych kwiatach (kwitnie w maju i w czerwcu, a czasem też jesienią), wpisana do Czerwonej Księgi roślin zagrożonych wyginięciem. Bardzo rzadka i cenna jest też ostrołódka kosmata - włochata, o szarych mięsistych liściach i żółtych kwiatach podobnych do łubinu, oraz śliczny dzwonek syberyjski, obsypany niebiesko-liliowymi drobnymi kwiatkami. Szczyt skarpy to doskonały punkt widokowy. Ujrzymy stąd południową część jeziora i oddalone o dobrych kilkanaście kilometrów morenowe wniesienia Puszczy Bukowej.

Gdzieś w Brodogórach znajduje się nieodnaleziony dotąd grób Rosjan, ofiar przegranej bitwy z Prusakami stoczonej podczas wojny siedmioletniej w 1758 r. u ujścia Płoni do Miedwia (tzw. bitwa pod Brodami, sama miejscowość Brody już nie istnieje).

***

Stąd tylko 10 minut spokojnej jazdy do Wierzbna (26. km trasy). W średniowieczu było to miasto, z czasem jednak podupadło i pod koniec XVIII w. utraciło prawa miejskie. Jeszcze w okresie międzywojennym było znanym letniskiem - miało kilka zajazdów i restauracji, a na pikniki zjeżdżali na plażę mieszkańcy pobliskiego Stargardu i Pyrzyc. Dziś po restauracjach ani śladu, budynków jest dużo mniej. Po 1945 r., gdy Pomorze Zachodnie przyłączono do Polski, Wierzbno mocno się wyludniło. Na plaży nie ma pomostów, sanitariatów czy wiat, o przebieralniach i ratownikach nie wspominając.

W samym środku wsi stoi XV-wieczny kościół z przysadzistą wieżą nieproporcjonalnie wielką w stosunku do reszty świątyni. Jej szczyt zdobią ustawione w czterech rogach małe wieżyczki. Drewniany strop kościoła zdobią wspaniałe barokowe polichromie z 1738 r. Na nich skomplikowane motywy roślinne i sceny biblijne, m.in. Sodoma, żona Lota, Kain i Abel oraz Zesłanie Ducha Świętego. Dominuje soczysty błękit, sporo też bieli i brązów (klucz dostaniemy u pani Anny Gieroj, która mieszka w domu naprzeciwko pod nr 25).

Za Wierzbnem zaczyna lekko kropić, więc chowamy się pod drzewo. Czas na obiad. Na kuchence gazowej podgrzewam kaszę z mięsem, do tego kawa, herbata i tabliczka czekolady. Najedzeni i wypoczęci docieramy do Koszewa (31. km). Mijamy dobrze utrzymany biały pałac z 1916 r. z dużą wieżą - istny miszmasz architektoniczny. Znajdziemy tu nawiązania do renesansu, baroku, klasycyzmu, a nawet modernizmu. Dziś jest własnością prywatną i nie można go zwiedzać. Gotycki kościół Niepokalanego Poczęcia NMP powstał w XV w. W środku kamiennej świątyni barokowy ołtarz z 1723 r. Kaplicę dobudowano w XVIII w., w krypcie pod nią spoczywają właściciele tutejszego majątku. Szczyt kościelnej wieży zdobią ozdobne blanki - za ich sprawą przypomina obronną basztę. Najlepszy okres przeżywało Koszewo w latach 70. minionego wieku. Dobrze prosperował państwowy kombinat rolny, działały klub i biblioteka, pracownicy mieli zakładowe mieszkania i przedszkole. Po 1990 r. kombinat zlikwidowano, wiele osób zostało bez pracy, wieś wygląda dziś biednie.

3 km dalej leży Koszewko. I tu stoi biały pałac, choć mniej okazały. Wzniesiono go w XIX w., w stylu neorenesansowym, z narożną wieżą. On również jest prywatną własnością. Na skraju pałacowego parku wznosi się na pagórku malowniczy późnogotycki kościółek św. Teresy od Dzieciątka Jezus, z ładnym barokowym hełmem i dobudowaną w XVIII w. barokową kruchtą (możliwe, że ów pagórek to fragment wałów dawnego grodu). W środku zachowały się cztery pomniki nagrobne poświęcone fundatorom kościoła i właścicielom wsi, z wyliczeniem ich zasług (najstarszy z 1671 r.). Pod stojącym obok kościoła okazałym drewnianym krzyżem dwa rzędy plastikowych ławeczek - wyglądają jakby ściągnięto je prosto z jakiegoś stadionu.

W Kunowie zwiedzamy kościół MB Królowej Polski - tak jak inne w okolicy poźnogotycki, kamienno-ceglany. Jego wieża pochodzi z końca XVI w. W środku zdobiona malowidłami ambona z baldachimem z 1714 r. i późnogotycki, ekspresyjny wizerunek "Chrystusa Boleściwego" malowany temperą. Na cmentarzu pod krzewem cisu dwa kamienie. Większy to nagrobek zmarłego w 1941 r. sołtysa wsi Richarda Jaecksa, a mniejszy - jego syna Ulrlicha zabitego w Warszawie (data nie pozostawia wątpliwości, że musiał brać udział w tłumieniu Powstania Warszawskiego).

Obok stoi budowana na raty szkoła, złożona z czterech różnych części - pierwszą wzniesiono pod koniec XIX w., a po 1945 r., gdy przybywało dzieci, dostawiano kolejne. Pod numerem 53. klasycystyczny dwór właścicieli tutejszego folwarku, z początku XIX.

***

W Morzyczynie (43. km trasy) skręcamy lewo, w ruchliwą drogę do Szczecina. Brzegi jeziora nie są tak zabagnione jak gdzie indziej, więc Morzyczyn i przylegające doń Zieleniewo stały się miejscowościami wypoczynkowymi, z plażami i przystaniami. Panują tu świetne warunki do uprawiania windsurfingu, bo często wieje i nawet daleko od brzegu woda jest dość płytka.

W ostatnich latach wzdłuż Miedwia wybudowano elegancką, długą na 2,5 km promenadę, z pomostami i pawilonami, a nad samą wodą stanął zadaszony amfiteatr. Jest też skatepark i plac zabaw, dla bezpieczeństwa dzieci wyłożony tartanem (wszystko w dobrym gatunku i guście).

Docieramy do Kobylanki (46. km). Przy samej szosie cmentarz z dużym lapidarium. Pod koniec XX w. ze zdewastowanych poniemieckich cmentarzy zwieziono tu ponad 100 pięknych żeliwnych krzyży z końca XIX i początku XX w. oraz ozdobne metalowe płotki, którymi niegdyś grodzono groby. Jeden z krzyży przykuł moją uwagę polskimi napisami. Skąd grób młodej Polki na niemieckim wiejskim cmentarzu? Otóż na przełomie XIX/XX w. na Pomorze tysiącami przybywali z zaboru rosyjskiego Polacy, do sezonowych robót w polu. Zapewne Władysława Kurdasińska była jedna z nich...

Niedaleko skromnego ceglanego kościoła z 1936 r. pięć starych lip. Najstarszą z nich, zwaną Wieńcem Zgody, w 1460 r. zasadzili burmistrzowie Stargardu i Szczecina, na znak zakończenia wieloletniej wojny pomiędzy obydwoma miastami. Od tej pory co sto lat sadzono nową, na pamiątkę owego wydarzenia. Niestety, ta z 1960 r. uschła. Na Placu Zgody tuż obok od ubiegłego roku stoi metalowa fontanna w kształcie lipy. Na otaczających ją kamiennych tablicach wyryto plany miejscowości gminy Kobylanka wraz z opisem. Szkoda, że bardzo nieudolnie - trudno coś odczytać.

Z głównej drogi odbijamy w lewo, na Bielkowo. To ładna wieś, z gotyckim kościołem, większość domów jest jeszcze przedwojenna. Zachowały się też poniemiecka szkoła, pastorówka i remiza. Po wojnie osiedlono tu Polaków repatriowanych z przyłączonych do ZSRR Sąsiadowic na Ukrainie. Dopilnowali, by poniemiecki kościół był teraz pod wezwaniem ich św. Anny. Z Bielkowa pedałujemy do Żelewa i zamykamy pętlę. Mój rowerowy licznik wybił równe 53 km. A że co chwila się zatrzymywaliśmy, trasa zajęła nam 7 godzin.

Ze Szczecina kierujemy się szosą na Gorzów Wielkopolski. Ok. 4,6 km za granicami miasta skręcamy w lewo, na Kobylankę. Mijamy Kołbacz (warto obejrzeć dawny klasztor cystersów) i za wsią skręcamy w prawo, na Żelewo