Rowerem wokół Miedwia
22.09.2008
, aktualizacja: 19.09.2008 15:01
Jezioro Miedwie - z największą w Polsce kryptodepresją - objedziemy na rowerze w kilka godzin
Trasa jest tak lekka, miła i przyjemna, że aż dziw bierze, że nie zbudowano tu ścieżki z prawdziwego zdarzenia...
Od rogatek Szczecina dzieli jezioro 10 km (z centrum 25 km). Wraz kolegą Marcinem ładujemy rowery na dach auta i po pół godzinie jesteśmy w Żelewie, nieopodal zachodniego brzegu Miedwia. Tu rozpoczniemy naszą pętlę.
***
Polodowcowe jezioro przypomina maczugę: jest długie (16,6 km), wąskie i z jednego końca nieco szersze. W najszerszym miejscu liczy 3,2 km, a w najgłębszym - 43 m. Co ciekawe, większość jego dna leży poniżej poziomu morza i tworzy największą w Polsce tzw. kryptodepresję. Odległość od Szczecina nie jest zbyt wielka, a zbiornik jest na tyle czysty, że opłaciło się zbudować dwa wodociągi, którymi płynie do miasta pitna woda. W średniowieczu okoliczne tereny zagospodarowali rolniczo cystersi z pobliskiego Kołbacza [pisaliśmy o nich w "Turystyce" z 22 marca 2008 r.]. Podczas II wojny światowej działała na Miedwiu torpedownia - rodzaj sztucznej wysepki z urządzeniami do testowania torped. Obecnie należy ona do wojska i jest niedostępna dla turystów.
Zanim ruszymy na południe, oglądamy piękny szkieletowy kościółek z końca XVII w. z wolno stojącą dzwonnicą, krytą gontem i oszalowaną deskami. Ołtarz, stalle i emporę organową pokrywają nieco naiwne, typowe dla wczesnobarokowej sztuki ludowej malowidła przedstawiające m.in. piekło, sąd ostateczny, potop i przejście przez Morze Czerwone. We wsi zachowało się kilka ładnych rybackich domków o ryglowej konstrukcji. Za Żelewem mijamy most i jaz na wypływającej z jeziora rzeczce Płoni. W przejrzystej wodzie widać setki małych rybek.
***
Trasa wiedzie polami. Po kwadransie jazdy drogą z betonowych płyt Jumbo jesteśmy w Dębinie (4 km od Żelewa). Dalszą drogę zagradza płot i zamknięta brama jeszcze czynnego, ale mocno zapuszczonego zakładu rolnego. Nie chce nam się szukać objazdu, więc przechodzimy górą, przerzuciwszy rowery na drugą stronę. Wkrótce mijamy osadę Komorówko, odbijając za nią w lewo w stronę odległego o 2 km Giżyna. Wzdłuż drogi rośnie mnóstwo dzikich jabłoni i to różnych gatunków.
W Giżynie straszy opuszczony zakład rolny. Przejeżdżamy przez stary kamienny mostek nad wpadającym do jeziora kanałem Nieborowskim. Wieś dzieli od Miedwia dobrych kilkaset metrów. Giżyn - jak większość miejscowości wokół jeziora - leżał nad samą wodą, ale oddalił się od niej w 1771 r. Wtedy to z inicjatywy pruskich władz chcących poszerzyć tereny rolnicze rozkopano groblę koło Żelewa (zbudowaną jeszcze w XII w.) i kanałem spuszczono z jeziora wodę do rzeczki Płoni, obniżając jego poziom o 2,5 m.
***
Wreszcie asfalt! Droga prowadzi nasypem wśród płaskich jak stół łąk, a potem dębową aleją. Jedzie się tym przyjemniej, że od początku wycieczki nie minął nas ani jeden samochód! Po chwili jesteśmy w Młynach, a tuż za nimi zaczyna się wieś Turze na południowym krańcu jeziora.
Ta stara wieś należała niegdyś do cystersów z Kołbacza, pierwsza wzmianka o niej pochodzi z 1342 r. Zatrzymujemy się przy ceglano-kamiennym kościele Najświętszego Zbawiciela z przełomu XV i XVI w. Od razu widać, że był przebudowywany - pozostały ślady po zamurowanych ostrołukowych gotyckich oknach, zaś te nowe mają pełny łuk. Od kościoła wyraźnie odróżnia się ceglana wieża z połowy XIX w.
Tuż obok betonowy obelisk, na nim płaskorzeźba z hełmem i liściem wawrzynu. I napis po niemiecku: "Pamięci braci poległych w walce przeciw wrogiemu światu 1914-1918". Obok nazwiska stopnie wojskowe, daty i miejsca śmierci 15 żołnierzy z Turzy, których los rzucił do Rosji, Flandrii, w Karpaty i na Morze Bałtyckie. Po I wojnie światowej podobne pomniki stawiano niemal w każdej miejscowości na Pomorzu Zachodnim. Wiele z nich zniszczono po 1945 r. Ten jednak ocalał i jest w dobrym stanie.
***
Po lewej podmokłe łąki, za nimi odległe o dobry kilometr, porośnięte trzciną brzegi jeziora. W Ryszewie na krzyżówce dróg stoi zaniedbana, ale wciąż pełna uroku szkieletowa chałupa z gęstą kratą belek. Wdaję się w pogawędkę z gospodarzem - chyba nie zdaje sobie sprawy, że mieszka w zabytkowej budowli. Nad drzwiami data jej powstania: 1852. Nieopodal, przy drodze do Pyrzyc, pozostałości gotyckiego kościoła z przełomu XV i XVI w. Kamienno-ceglana świątynia popadła w ruinę już po II wojnie, bo nikt o nią nie dbał. W środku rosną krzaki, na szczycie sterczy bocianie gniazdo (takie gniazda widzimy co krok).
Docieramy do drogi Pyrzyce - Stargard Szczeciński i skręcamy na północ. Przecinamy wpadającą do jeziora rzekę Płonię i mijamy nieciekawą wieś Okunicę. Za nią skręcamy w lewo, do wsi Grędziec (to 23. km naszej trasy). Leży u stóp płaskowyżu, na którego skarpach powstał rezerwat "Brodogóry". Chroni on roślinność stepową porastającą suche, mocno nasłonecznione zbocza. Rośnie tu m.in. pajęcznica liliowata o dużych białych kwiatach (kwitnie w maju i w czerwcu, a czasem też jesienią), wpisana do Czerwonej Księgi roślin zagrożonych wyginięciem. Bardzo rzadka i cenna jest też ostrołódka kosmata - włochata, o szarych mięsistych liściach i żółtych kwiatach podobnych do łubinu, oraz śliczny dzwonek syberyjski, obsypany niebiesko-liliowymi drobnymi kwiatkami. Szczyt skarpy to doskonały punkt widokowy. Ujrzymy stąd południową część jeziora i oddalone o dobrych kilkanaście kilometrów morenowe wniesienia Puszczy Bukowej.
Gdzieś w Brodogórach znajduje się nieodnaleziony dotąd grób Rosjan, ofiar przegranej bitwy z Prusakami stoczonej podczas wojny siedmioletniej w 1758 r. u ujścia Płoni do Miedwia (tzw. bitwa pod Brodami, sama miejscowość Brody już nie istnieje).
***
Stąd tylko 10 minut spokojnej jazdy do Wierzbna (26. km trasy). W średniowieczu było to miasto, z czasem jednak podupadło i pod koniec XVIII w. utraciło prawa miejskie. Jeszcze w okresie międzywojennym było znanym letniskiem - miało kilka zajazdów i restauracji, a na pikniki zjeżdżali na plażę mieszkańcy pobliskiego Stargardu i Pyrzyc. Dziś po restauracjach ani śladu, budynków jest dużo mniej. Po 1945 r., gdy Pomorze Zachodnie przyłączono do Polski, Wierzbno mocno się wyludniło. Na plaży nie ma pomostów, sanitariatów czy wiat, o przebieralniach i ratownikach nie wspominając.
W samym środku wsi stoi XV-wieczny kościół z przysadzistą wieżą nieproporcjonalnie wielką w stosunku do reszty świątyni. Jej szczyt zdobią ustawione w czterech rogach małe wieżyczki. Drewniany strop kościoła zdobią wspaniałe barokowe polichromie z 1738 r. Na nich skomplikowane motywy roślinne i sceny biblijne, m.in. Sodoma, żona Lota, Kain i Abel oraz Zesłanie Ducha Świętego. Dominuje soczysty błękit, sporo też bieli i brązów (klucz dostaniemy u pani Anny Gieroj, która mieszka w domu naprzeciwko pod nr 25).
Za Wierzbnem zaczyna lekko kropić, więc chowamy się pod drzewo. Czas na obiad. Na kuchence gazowej podgrzewam kaszę z mięsem, do tego kawa, herbata i tabliczka czekolady. Najedzeni i wypoczęci docieramy do Koszewa (31. km). Mijamy dobrze utrzymany biały pałac z 1916 r. z dużą wieżą - istny miszmasz architektoniczny. Znajdziemy tu nawiązania do renesansu, baroku, klasycyzmu, a nawet modernizmu. Dziś jest własnością prywatną i nie można go zwiedzać. Gotycki kościół Niepokalanego Poczęcia NMP powstał w XV w. W środku kamiennej świątyni barokowy ołtarz z 1723 r. Kaplicę dobudowano w XVIII w., w krypcie pod nią spoczywają właściciele tutejszego majątku. Szczyt kościelnej wieży zdobią ozdobne blanki - za ich sprawą przypomina obronną basztę. Najlepszy okres przeżywało Koszewo w latach 70. minionego wieku. Dobrze prosperował państwowy kombinat rolny, działały klub i biblioteka, pracownicy mieli zakładowe mieszkania i przedszkole. Po 1990 r. kombinat zlikwidowano, wiele osób zostało bez pracy, wieś wygląda dziś biednie.
Od rogatek Szczecina dzieli jezioro 10 km (z centrum 25 km). Wraz kolegą Marcinem ładujemy rowery na dach auta i po pół godzinie jesteśmy w Żelewie, nieopodal zachodniego brzegu Miedwia. Tu rozpoczniemy naszą pętlę.
***
Polodowcowe jezioro przypomina maczugę: jest długie (16,6 km), wąskie i z jednego końca nieco szersze. W najszerszym miejscu liczy 3,2 km, a w najgłębszym - 43 m. Co ciekawe, większość jego dna leży poniżej poziomu morza i tworzy największą w Polsce tzw. kryptodepresję. Odległość od Szczecina nie jest zbyt wielka, a zbiornik jest na tyle czysty, że opłaciło się zbudować dwa wodociągi, którymi płynie do miasta pitna woda. W średniowieczu okoliczne tereny zagospodarowali rolniczo cystersi z pobliskiego Kołbacza [pisaliśmy o nich w "Turystyce" z 22 marca 2008 r.]. Podczas II wojny światowej działała na Miedwiu torpedownia - rodzaj sztucznej wysepki z urządzeniami do testowania torped. Obecnie należy ona do wojska i jest niedostępna dla turystów.
Zanim ruszymy na południe, oglądamy piękny szkieletowy kościółek z końca XVII w. z wolno stojącą dzwonnicą, krytą gontem i oszalowaną deskami. Ołtarz, stalle i emporę organową pokrywają nieco naiwne, typowe dla wczesnobarokowej sztuki ludowej malowidła przedstawiające m.in. piekło, sąd ostateczny, potop i przejście przez Morze Czerwone. We wsi zachowało się kilka ładnych rybackich domków o ryglowej konstrukcji. Za Żelewem mijamy most i jaz na wypływającej z jeziora rzeczce Płoni. W przejrzystej wodzie widać setki małych rybek.
***
Trasa wiedzie polami. Po kwadransie jazdy drogą z betonowych płyt Jumbo jesteśmy w Dębinie (4 km od Żelewa). Dalszą drogę zagradza płot i zamknięta brama jeszcze czynnego, ale mocno zapuszczonego zakładu rolnego. Nie chce nam się szukać objazdu, więc przechodzimy górą, przerzuciwszy rowery na drugą stronę. Wkrótce mijamy osadę Komorówko, odbijając za nią w lewo w stronę odległego o 2 km Giżyna. Wzdłuż drogi rośnie mnóstwo dzikich jabłoni i to różnych gatunków.
W Giżynie straszy opuszczony zakład rolny. Przejeżdżamy przez stary kamienny mostek nad wpadającym do jeziora kanałem Nieborowskim. Wieś dzieli od Miedwia dobrych kilkaset metrów. Giżyn - jak większość miejscowości wokół jeziora - leżał nad samą wodą, ale oddalił się od niej w 1771 r. Wtedy to z inicjatywy pruskich władz chcących poszerzyć tereny rolnicze rozkopano groblę koło Żelewa (zbudowaną jeszcze w XII w.) i kanałem spuszczono z jeziora wodę do rzeczki Płoni, obniżając jego poziom o 2,5 m.
***
Wreszcie asfalt! Droga prowadzi nasypem wśród płaskich jak stół łąk, a potem dębową aleją. Jedzie się tym przyjemniej, że od początku wycieczki nie minął nas ani jeden samochód! Po chwili jesteśmy w Młynach, a tuż za nimi zaczyna się wieś Turze na południowym krańcu jeziora.
Ta stara wieś należała niegdyś do cystersów z Kołbacza, pierwsza wzmianka o niej pochodzi z 1342 r. Zatrzymujemy się przy ceglano-kamiennym kościele Najświętszego Zbawiciela z przełomu XV i XVI w. Od razu widać, że był przebudowywany - pozostały ślady po zamurowanych ostrołukowych gotyckich oknach, zaś te nowe mają pełny łuk. Od kościoła wyraźnie odróżnia się ceglana wieża z połowy XIX w.
Tuż obok betonowy obelisk, na nim płaskorzeźba z hełmem i liściem wawrzynu. I napis po niemiecku: "Pamięci braci poległych w walce przeciw wrogiemu światu 1914-1918". Obok nazwiska stopnie wojskowe, daty i miejsca śmierci 15 żołnierzy z Turzy, których los rzucił do Rosji, Flandrii, w Karpaty i na Morze Bałtyckie. Po I wojnie światowej podobne pomniki stawiano niemal w każdej miejscowości na Pomorzu Zachodnim. Wiele z nich zniszczono po 1945 r. Ten jednak ocalał i jest w dobrym stanie.
***
Po lewej podmokłe łąki, za nimi odległe o dobry kilometr, porośnięte trzciną brzegi jeziora. W Ryszewie na krzyżówce dróg stoi zaniedbana, ale wciąż pełna uroku szkieletowa chałupa z gęstą kratą belek. Wdaję się w pogawędkę z gospodarzem - chyba nie zdaje sobie sprawy, że mieszka w zabytkowej budowli. Nad drzwiami data jej powstania: 1852. Nieopodal, przy drodze do Pyrzyc, pozostałości gotyckiego kościoła z przełomu XV i XVI w. Kamienno-ceglana świątynia popadła w ruinę już po II wojnie, bo nikt o nią nie dbał. W środku rosną krzaki, na szczycie sterczy bocianie gniazdo (takie gniazda widzimy co krok).
Docieramy do drogi Pyrzyce - Stargard Szczeciński i skręcamy na północ. Przecinamy wpadającą do jeziora rzekę Płonię i mijamy nieciekawą wieś Okunicę. Za nią skręcamy w lewo, do wsi Grędziec (to 23. km naszej trasy). Leży u stóp płaskowyżu, na którego skarpach powstał rezerwat "Brodogóry". Chroni on roślinność stepową porastającą suche, mocno nasłonecznione zbocza. Rośnie tu m.in. pajęcznica liliowata o dużych białych kwiatach (kwitnie w maju i w czerwcu, a czasem też jesienią), wpisana do Czerwonej Księgi roślin zagrożonych wyginięciem. Bardzo rzadka i cenna jest też ostrołódka kosmata - włochata, o szarych mięsistych liściach i żółtych kwiatach podobnych do łubinu, oraz śliczny dzwonek syberyjski, obsypany niebiesko-liliowymi drobnymi kwiatkami. Szczyt skarpy to doskonały punkt widokowy. Ujrzymy stąd południową część jeziora i oddalone o dobrych kilkanaście kilometrów morenowe wniesienia Puszczy Bukowej.
Gdzieś w Brodogórach znajduje się nieodnaleziony dotąd grób Rosjan, ofiar przegranej bitwy z Prusakami stoczonej podczas wojny siedmioletniej w 1758 r. u ujścia Płoni do Miedwia (tzw. bitwa pod Brodami, sama miejscowość Brody już nie istnieje).
***
Stąd tylko 10 minut spokojnej jazdy do Wierzbna (26. km trasy). W średniowieczu było to miasto, z czasem jednak podupadło i pod koniec XVIII w. utraciło prawa miejskie. Jeszcze w okresie międzywojennym było znanym letniskiem - miało kilka zajazdów i restauracji, a na pikniki zjeżdżali na plażę mieszkańcy pobliskiego Stargardu i Pyrzyc. Dziś po restauracjach ani śladu, budynków jest dużo mniej. Po 1945 r., gdy Pomorze Zachodnie przyłączono do Polski, Wierzbno mocno się wyludniło. Na plaży nie ma pomostów, sanitariatów czy wiat, o przebieralniach i ratownikach nie wspominając.
W samym środku wsi stoi XV-wieczny kościół z przysadzistą wieżą nieproporcjonalnie wielką w stosunku do reszty świątyni. Jej szczyt zdobią ustawione w czterech rogach małe wieżyczki. Drewniany strop kościoła zdobią wspaniałe barokowe polichromie z 1738 r. Na nich skomplikowane motywy roślinne i sceny biblijne, m.in. Sodoma, żona Lota, Kain i Abel oraz Zesłanie Ducha Świętego. Dominuje soczysty błękit, sporo też bieli i brązów (klucz dostaniemy u pani Anny Gieroj, która mieszka w domu naprzeciwko pod nr 25).
Za Wierzbnem zaczyna lekko kropić, więc chowamy się pod drzewo. Czas na obiad. Na kuchence gazowej podgrzewam kaszę z mięsem, do tego kawa, herbata i tabliczka czekolady. Najedzeni i wypoczęci docieramy do Koszewa (31. km). Mijamy dobrze utrzymany biały pałac z 1916 r. z dużą wieżą - istny miszmasz architektoniczny. Znajdziemy tu nawiązania do renesansu, baroku, klasycyzmu, a nawet modernizmu. Dziś jest własnością prywatną i nie można go zwiedzać. Gotycki kościół Niepokalanego Poczęcia NMP powstał w XV w. W środku kamiennej świątyni barokowy ołtarz z 1723 r. Kaplicę dobudowano w XVIII w., w krypcie pod nią spoczywają właściciele tutejszego majątku. Szczyt kościelnej wieży zdobią ozdobne blanki - za ich sprawą przypomina obronną basztę. Najlepszy okres przeżywało Koszewo w latach 70. minionego wieku. Dobrze prosperował państwowy kombinat rolny, działały klub i biblioteka, pracownicy mieli zakładowe mieszkania i przedszkole. Po 1990 r. kombinat zlikwidowano, wiele osób zostało bez pracy, wieś wygląda dziś biednie.
1
2
następne »
- hotele
- loty
- Oferty Booking.com
- Oferty FRU.PL
Podróże.gazeta.pl na Facebooku
Aktualna oferta

Podróżuj z nami co tydzień.
Przykładowy newsletterZaplanuj wakacje
Polska na weekend
Kontakt z redakcją
- ul. Czerska 8/10
- 00-732 Warszawa
- redakcja.podroze@gazeta.pl

















