Tydzień na Wdzie
22.09.2008
, aktualizacja: 19.09.2008 13:22
Nie jest tak zatłoczona jak Czarna Hańcza czy Krutynia, ale na pewno bardzo czysta i bardzo malownicza
Pierwszy raz płynąłem Wdą prawie 20 lat temu. Wtedy nie był to zbyt popularny szlak m.in. dlatego, że fabryka płyt pilśniowych w Czarnej Wodzie spuszczała ścieki wprost do rzeki, trując ok. 20-kilometrowy odcinek. Nic już właściwie nie pozostało z owych pionierskich czasów, gdy z trudem kupione "składaki" taszczyło się na plecach w kilku workach z najbliższej stacji kolejowej... Teraz w niemal każdej miejscowości działa wypożyczalnia (największe czynne są całą dobę), a bagaż dowiozą nam na kolejny biwak wraz z ciepłym obiadem. Stąd w środku lata Wdę pokonują niezliczone, mniejsze lub większe, spływy - na samotne pobyty na biwakach nie ma co liczyć.
***
Na polu namiotowym w Lipuszu, gdzie większość kajakarzy rozpoczyna swoją przygodę z rzeką, nasza 30-osobowa grupa zbierała się przez całą sobotę i niedzielny ranek. Przyjeżdżali nie tylko z różnych stron Polski (Toruń, Częstochowa, Łódź, Elbląg), ale także ze świata (Włochy, Wielka Brytania, Szwecja, USA). Ci, którzy dotarli najwcześniej, nie nudzili się, czekając na resztę - w małym Lipuszu są sklepy, bankomat i bar serwujący smaczne potrawy.
Po kajaki pojechaliśmy do Huty Kalnej. Zostawiliśmy tam samochody, a właściciel wypożyczalni podwiózł busem kierowców i sprzęt do Lipusza (wypożyczenie ok. 100 zł/tydzień). Kilka osób miało własne kajaki. Największe zainteresowanie przygodnych obserwatorów wzbudzały dmuchane Gumoteksy - nie wierzyli, że "coś takiego" nie przedziurawi się na pierwszej przeszkodzie.
***
Sprawnie pakujemy sprzęt i ruszmy ok. godz. 13. Pierwszy odcinek jest urozmaicony. Rzeka płynie wąskim korytem, czasem trafiamy na drobne, łatwe do usunięcia przeszkody. Wreszcie docieramy do jezioro Schodno i rozbijamy biwak na jego końcu. Co prawda za nami tylko 10 km, ale nie ma to jak nocleg i kąpiel nad jeziorem!
Biwak, tak jak wszystkie na Wdzie, jest płatny (od 5 do 10 zł zależnie od pola, opłata może być pobierana od człowieka, namiotu lub kajaka). Cena nie zależy od standardu, który jest niski lub bardzo niski. Właściwie nie dostaniemy nic za wyjątkiem ziemi pod namiot, kilku stolików (niektóre pod daszkiem) i miejsca na ognisko. Toalety są rzadkością, a jeżeli są, to fatalne. Większość wybiera okoliczne lasy, co widać gołym okiem. Rzadkością są wywieszone cenniki, więc przypływając na miejsce, nie wiemy, jaki czeka nas wydatek. Niektórzy właściciele pól pobierają też opłaty (przeważnie 2 zł) za "parkowanie" kajaków - nawet jeśli zatrzymamy się tylko po to, by rozprostować kości czy zrobić zakupy. Jednak zaletą zorganizowanych biwaków jest łatwość zaplanowania trasy i świadomość, że na końcu odcinka czeka przygotowane i oznakowane miejsce noclegowe, z którego nikt nas nie przepędzi.
***
Nazajutrz płyniemy przez znacznie większe jeziora: Radolne i Wdzydze. Pogoda cały czas słoneczna. We Wdzydzach Kiszewskich przerwa na zakupy i obiad. Niestety, nie zwiedzamy skansenu, który w poniedziałki jest zamknięty.
Nocleg wypada nam przy wypływie Wdy z jeziora Wdzydze. Namioty rozbijamy w zapadających ciemnościach. Ten biwak lepiej omijać z daleka - nie ma zbyt wiele uroku, a pod rachitycznym daszkiem zalega (i śmierdzi) góra śmieci. Mimo to następnego dnia nie możemy się zebrać do wypłynięcia, z uwagi na ostatnią możliwość kąpieli w jeziorze (trzeba ją było do cna wykorzystać) i zjedzenia smacznego posiłku w barze.
Wreszcie o godz. 16 ruszamy. Spragnieni wysiłku żwawo machamy wiosłami. Niektórzy aż nazbyt żwawo, bo pierwsze kajaki minęły rozwidlenie rzeki i kanału, więc musiały wracać pod prąd. Oczywiście można kontynuować spływ kanałem, ale chcąc wrócić na główny szlak Wdy, trzeba się przedzierać przez zarośniętą i wąską Studzienicką Strugę - przygoda dla wytrwałych zapaleńców. Tych, którzy wybierają rzekę, czeka krótka i niezbyt uciążliwa przenoska. Dużo radości może sprawić kąpiel w spienionych wodach jazu odgradzającego rzekę od kanału.
Dalej Wda płynie dość wartko, by w pewnym momencie, tuż przed miejscowością Miedzno, wyhamować. Na lewym brzegu czeka jeden z najładniejszych biwaków na całym szlaku - w lesie na wysokiej i piaszczystej skarpie. Oczarowani miejscem postanawiamy zostać tu na jeden dzień i zwiedzić tajemnicze kamienne kręgi Gotów nieopodal miejscowości Odry.
Miejsce, gdzie należy przybić do brzegu, jest czytelnie oznaczone. Jak zresztą i cała trasa - duże tablice informują o biwakach, ciekawych miejscach, dopływach oraz kilometrażu (projekt współfinansowany przez Unię Europejską). Tylko nie wiadomo dlaczego, na wszystkich tablicach widnieje napis: "Szlak Brdy"...
Przed opuszczeniem obozowiska pod Miedznem koniecznie należy wybrać się po wodę do jedynego pobliskiego gospodarstwa, do którego należy pole namiotowe. Uważajmy na druty odgradzające pola od dróg - wszystkie są pod napięciem.
***
Płyniemy dalej. Najpierw czeka nas niezbyt uciążliwa przenoska w Wojtalu, a potem trafiamy do Czarnej Wody. Jak na warunki nadrzeczne to dość spora miejscowość (na szczęście po trucicielskiej działalności tutejszej fabryki nie ma już śladu). Nie jest zbyt ładna, ale można zrobić większe zakupy w supermarkecie i pobrać pieniądze z bankomatu. Za Czarną Wodą mija się jeszcze wieś o dość złowieszczej nazwie Złe Mięso, a potem, w zależności od sił i chęci, można wybierać między biwakami rozmieszczonymi co trzy-cztery kilometry.
My nocujemy na ogromnym, niestety pozbawionym drzew polu namiotowym w Parcelach Klamińskich. Wieczór mija na gotowaniu zupy według włoskiego wzorca - czyli dużo makaronu i wszystkiego, co było pod ręką - a także na śpiewaniu i grze na gitarze (repertuar wybitnie internacjonalistyczny: od polskich "Sokołów", poprzez włoskie "Volare" do angielskiego "Yesterday").
***
Przedostatni dzień spływu mija na intensywnym poszukiwaniu sklepu, a zwłaszcza chleba, który nasza grupa spożywa w hurtowych ilościach. Niestety, na tym odcinku Wda płynie przez tereny raczej bezludne i trudno uzupełnić zapasy. Decydujemy się na biwak w pobliżu Osowa Leśnego (później trochę żałowaliśmy, że nie popłynęliśmy do Młynków, gdzie pole namiotowe jest lepiej zagospodarowane, a właściciel za niewielką dopłatą zawiezie do miasta, albo sam zrobi większe zakupy). Dzięki temu po raz pierwszy biwakujemy bez towarzystwa innych spływów, a od sklepu i niewielkiego baru dzieli nas tylko niecały kilometr. W barze, mimo dużej ilości osób, obsługują nas dość szybko, a jedzenie jest wyjątkowo smaczne. Sałatki przygotowuje właścicielka budząc nasz podziw, gdy za pomocą noża (zastępował zagubiony otwieracz do konserw) w dwie sekundy otworzyła dużą puszkę kukurydzy. Naszą owację skwitowała krótko: "Nigdy nie byliście na biwaku?!".
Ostatni etap spływu poprzedza poranna burza, podtapiając niektóre namioty. Wstajemy więc wcześnie i już o godz. 10 ruszmy na szlak. Dopływamy do imienniczki rzeki, czyli miejscowości Wda i tam oddajemy kajaki. Na koniec pożegnalne ognisko z gitarą i międzynarodowym śpiewem.
***
Na polu namiotowym w Lipuszu, gdzie większość kajakarzy rozpoczyna swoją przygodę z rzeką, nasza 30-osobowa grupa zbierała się przez całą sobotę i niedzielny ranek. Przyjeżdżali nie tylko z różnych stron Polski (Toruń, Częstochowa, Łódź, Elbląg), ale także ze świata (Włochy, Wielka Brytania, Szwecja, USA). Ci, którzy dotarli najwcześniej, nie nudzili się, czekając na resztę - w małym Lipuszu są sklepy, bankomat i bar serwujący smaczne potrawy.
Po kajaki pojechaliśmy do Huty Kalnej. Zostawiliśmy tam samochody, a właściciel wypożyczalni podwiózł busem kierowców i sprzęt do Lipusza (wypożyczenie ok. 100 zł/tydzień). Kilka osób miało własne kajaki. Największe zainteresowanie przygodnych obserwatorów wzbudzały dmuchane Gumoteksy - nie wierzyli, że "coś takiego" nie przedziurawi się na pierwszej przeszkodzie.
***
Sprawnie pakujemy sprzęt i ruszmy ok. godz. 13. Pierwszy odcinek jest urozmaicony. Rzeka płynie wąskim korytem, czasem trafiamy na drobne, łatwe do usunięcia przeszkody. Wreszcie docieramy do jezioro Schodno i rozbijamy biwak na jego końcu. Co prawda za nami tylko 10 km, ale nie ma to jak nocleg i kąpiel nad jeziorem!
Biwak, tak jak wszystkie na Wdzie, jest płatny (od 5 do 10 zł zależnie od pola, opłata może być pobierana od człowieka, namiotu lub kajaka). Cena nie zależy od standardu, który jest niski lub bardzo niski. Właściwie nie dostaniemy nic za wyjątkiem ziemi pod namiot, kilku stolików (niektóre pod daszkiem) i miejsca na ognisko. Toalety są rzadkością, a jeżeli są, to fatalne. Większość wybiera okoliczne lasy, co widać gołym okiem. Rzadkością są wywieszone cenniki, więc przypływając na miejsce, nie wiemy, jaki czeka nas wydatek. Niektórzy właściciele pól pobierają też opłaty (przeważnie 2 zł) za "parkowanie" kajaków - nawet jeśli zatrzymamy się tylko po to, by rozprostować kości czy zrobić zakupy. Jednak zaletą zorganizowanych biwaków jest łatwość zaplanowania trasy i świadomość, że na końcu odcinka czeka przygotowane i oznakowane miejsce noclegowe, z którego nikt nas nie przepędzi.
***
Nazajutrz płyniemy przez znacznie większe jeziora: Radolne i Wdzydze. Pogoda cały czas słoneczna. We Wdzydzach Kiszewskich przerwa na zakupy i obiad. Niestety, nie zwiedzamy skansenu, który w poniedziałki jest zamknięty.
Nocleg wypada nam przy wypływie Wdy z jeziora Wdzydze. Namioty rozbijamy w zapadających ciemnościach. Ten biwak lepiej omijać z daleka - nie ma zbyt wiele uroku, a pod rachitycznym daszkiem zalega (i śmierdzi) góra śmieci. Mimo to następnego dnia nie możemy się zebrać do wypłynięcia, z uwagi na ostatnią możliwość kąpieli w jeziorze (trzeba ją było do cna wykorzystać) i zjedzenia smacznego posiłku w barze.
Wreszcie o godz. 16 ruszamy. Spragnieni wysiłku żwawo machamy wiosłami. Niektórzy aż nazbyt żwawo, bo pierwsze kajaki minęły rozwidlenie rzeki i kanału, więc musiały wracać pod prąd. Oczywiście można kontynuować spływ kanałem, ale chcąc wrócić na główny szlak Wdy, trzeba się przedzierać przez zarośniętą i wąską Studzienicką Strugę - przygoda dla wytrwałych zapaleńców. Tych, którzy wybierają rzekę, czeka krótka i niezbyt uciążliwa przenoska. Dużo radości może sprawić kąpiel w spienionych wodach jazu odgradzającego rzekę od kanału.
Dalej Wda płynie dość wartko, by w pewnym momencie, tuż przed miejscowością Miedzno, wyhamować. Na lewym brzegu czeka jeden z najładniejszych biwaków na całym szlaku - w lesie na wysokiej i piaszczystej skarpie. Oczarowani miejscem postanawiamy zostać tu na jeden dzień i zwiedzić tajemnicze kamienne kręgi Gotów nieopodal miejscowości Odry.
Miejsce, gdzie należy przybić do brzegu, jest czytelnie oznaczone. Jak zresztą i cała trasa - duże tablice informują o biwakach, ciekawych miejscach, dopływach oraz kilometrażu (projekt współfinansowany przez Unię Europejską). Tylko nie wiadomo dlaczego, na wszystkich tablicach widnieje napis: "Szlak Brdy"...
Przed opuszczeniem obozowiska pod Miedznem koniecznie należy wybrać się po wodę do jedynego pobliskiego gospodarstwa, do którego należy pole namiotowe. Uważajmy na druty odgradzające pola od dróg - wszystkie są pod napięciem.
***
Płyniemy dalej. Najpierw czeka nas niezbyt uciążliwa przenoska w Wojtalu, a potem trafiamy do Czarnej Wody. Jak na warunki nadrzeczne to dość spora miejscowość (na szczęście po trucicielskiej działalności tutejszej fabryki nie ma już śladu). Nie jest zbyt ładna, ale można zrobić większe zakupy w supermarkecie i pobrać pieniądze z bankomatu. Za Czarną Wodą mija się jeszcze wieś o dość złowieszczej nazwie Złe Mięso, a potem, w zależności od sił i chęci, można wybierać między biwakami rozmieszczonymi co trzy-cztery kilometry.
My nocujemy na ogromnym, niestety pozbawionym drzew polu namiotowym w Parcelach Klamińskich. Wieczór mija na gotowaniu zupy według włoskiego wzorca - czyli dużo makaronu i wszystkiego, co było pod ręką - a także na śpiewaniu i grze na gitarze (repertuar wybitnie internacjonalistyczny: od polskich "Sokołów", poprzez włoskie "Volare" do angielskiego "Yesterday").
***
Przedostatni dzień spływu mija na intensywnym poszukiwaniu sklepu, a zwłaszcza chleba, który nasza grupa spożywa w hurtowych ilościach. Niestety, na tym odcinku Wda płynie przez tereny raczej bezludne i trudno uzupełnić zapasy. Decydujemy się na biwak w pobliżu Osowa Leśnego (później trochę żałowaliśmy, że nie popłynęliśmy do Młynków, gdzie pole namiotowe jest lepiej zagospodarowane, a właściciel za niewielką dopłatą zawiezie do miasta, albo sam zrobi większe zakupy). Dzięki temu po raz pierwszy biwakujemy bez towarzystwa innych spływów, a od sklepu i niewielkiego baru dzieli nas tylko niecały kilometr. W barze, mimo dużej ilości osób, obsługują nas dość szybko, a jedzenie jest wyjątkowo smaczne. Sałatki przygotowuje właścicielka budząc nasz podziw, gdy za pomocą noża (zastępował zagubiony otwieracz do konserw) w dwie sekundy otworzyła dużą puszkę kukurydzy. Naszą owację skwitowała krótko: "Nigdy nie byliście na biwaku?!".
Ostatni etap spływu poprzedza poranna burza, podtapiając niektóre namioty. Wstajemy więc wcześnie i już o godz. 10 ruszmy na szlak. Dopływamy do imienniczki rzeki, czyli miejscowości Wda i tam oddajemy kajaki. Na koniec pożegnalne ognisko z gitarą i międzynarodowym śpiewem.
W opisanym czasie można przepłynąć dłuższy odcinek rzeki i bez problemów dotrzeć 40 km dalej, czyli do Tlenia. Ale od pokonanej odległości ważniejszy jest kontakt z przyrodą i dobrze spędzony czas. Biwak - 5-7 zł od namiotu, czasem od osoby lub od kajaka, kajak - 20-35 zł za dzień. Wypożyczalnia AS-TOUR Biuro Turystyki Kajakowej, Krutyń 4, 11-710 Piecki (wypożyczalnia na Wdę w Hucie Kalnej), tel/fax. 089 742 14 30, kom. 0 608 319 014, www. splywy.pl
- hotele
- loty
- Oferty Booking.com
- Oferty FRU.PL
Podróże.gazeta.pl na Facebooku
Aktualna oferta

Podróżuj z nami co tydzień.
Przykładowy newsletterZaplanuj wakacje
Polska na weekend
Kontakt z redakcją
- ul. Czerska 8/10
- 00-732 Warszawa
- redakcja.podroze@gazeta.pl















