Sumatra. Gdzie papaja dojrzewa, a gibbony robią pobudkę
22.09.2008
, aktualizacja: 25.09.2008 17:37
Liście jak parasole i motyle wielkości dłoni, największe na świecie kwiaty i skaczące nad głowami małpy - wyspa oszałamia bogactwem przyrody

Fot. shutterstock
Motyle na Sumatrze mają wielkość dłoni

Fot. shutterstock
Największy kwiat świata

Fot. shutterstock

Fot. Alina Wachowska
Tropikalny las widziany ze wzgórza niedaleko Ketambe

Fot. Alina Wachowska
Orangutan w Bukit Lawang

Fot. Alina Wachowska
Rafflesia Arnoldi, największy kwiat na Ziemi

Fot. Alina Wachowska
Jezioro Maninjau
ZOBACZ TAKŻE
- Od wulkanu do wulkanu... Na Jawie jak we śnie (01-05-07, 00:00)
- Jawa: którędy, gdzie, za ile (01-05-07, 00:00)
- Bali: w świecie dobrych duchów (01-05-07, 00:00)
- Podróże Marzeń. Indonezja - trzy dni, dwie noce, jedna łódka (01-05-07, 00:00)
- Podróże Marzeń. Indonezja - Irian Jaya - świat Papuasów (01-05-07, 00:00)
- List z Bali. Demony odlatują o zmierzchu (01-05-07, 00:00)
Naszą podróż po Sumatrze, szóstej co do wielkości wyspie świata, rozpoczęliśmy w Medan. Trzecie miasto Indonezji liczy ponad 2 mln mieszkańców, pełne jest zgiełku, spalin i chaotycznego ruchu (łatwo tu dotrzeć z Kuala Lumpur, godne polecenia malezyjskie linie AirAsia mają trzy rejsy dziennie). Stąd zazwyczaj podejmuje się wyprawy w głąb Sumatry.
Niesamowite zdjęcia z Indonezji - poleca Kolumber.pl
Warto odwiedzić wzniesiony w 1906 r. Wielki Meczet, tuż obok dzielnicy turystycznych hoteli i ulicy Jalan Sisingamangaraja. Jego ciemna kopuła i błękitno-białe ściany to charakterystyczny punkt w pejzażu miasta. Na Sumatrę nie przyjeżdża się jednak dla zabytków - nie ma ich tu zbyt wiele. Największym skarbem jest przyroda.
***
Gunung Leuser to jeden z wielu parków narodowych na wyspie. W 2004 r. wraz z dwoma innymi został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO jako Tropical Rainforest Heritage of Sumatra (chroni m.in. wiele endemitów ze świata roślin i zwierząt). Postanowiliśmy dotrzeć do Ketambe, niewielkiej osady nad rzeką Alas na jego skraju.
Po całodziennej jeździe z Medan do Kutacane, przesiadce i kolejnej godzinie w spędzonej minibusie wysiadamy w całkiem innym świecie. Las przy drodze tworzy zwartą, nieprzeniknioną ścianę, zieleń jest wszechobecna. Rzadko odwiedzane przez turystów Ketambe to urocza, spokojna wieś, tworzy ją kilkanaście zabudowań. Niewielkie, drewniane domy otaczają rozległe ogrody, w których uprawia się warzywa i kawowe drzewka. Rosną w nich także bananowce, krzewy kakao i wiele odmian palm. Ruch samochodowy jest znikomy, najpopularniejsze są motorki. Wędrując rozglądamy się za noclegiem. Tuż przy lesie, na zboczu stoją bungalowy Bakti Wisata Guesthouse. Nad ich dachami wśród gałęzi harcują małpy. Natychmiast postanawiamy tu zamieszkać.
W Ketambe łatwo zorganizować trekkingi po okolicy - od jednodniowego po kilkunastodniowe. Przewodnika znajdziemy bez trudu, wystarczy popytać. My postanawiamy dotrzeć do Bukit Lawang, gdzie mieści się ośrodek rehabilitacji orangutanów - czeka nas więc sześć dni wędrówki przez dżunglę. Nazajutrz opuszczamy Ketambe i wyruszamy do wsi Simpang koło Kutacane, skąd rozpoczynamy trekking. Towarzyszy nam przewodnik wraz z pomocnikiem.
Każdy dzień to wytężony marsz w górzystym terenie przez tropikalny, deszczowy las, noclegi w namiocie i gotowanie na ognisku (wędrujemy od sześciu do dziesięciu godzin). O świcie budzą nas nawoływania gibbonów dokazujących wysoko w koronach drzew. Widzimy dzikiego orangutana i motyle wielkości dłoni, a nad naszymi głowami przelatują dzioborożce. Parę razy natrafiamy na ślady słonia. Nie ma ścieżek - wędrujemy tak, jak pozwala ukształtowanie terenu i "szlak" wycinany (niekiedy) przez przewodnika maczetą. Często przekraczamy rzekę, doświadczając na własnej skórze ukąszeń pijawek i ataków leśnych pszczół. Dżungla nas zachwyca, choć pokonywanie jej to nie lada wyzwanie.
Szóstego dnia wieczorem - Bukit Lawang. To całkiem spore miasteczko liczy ok. 30 tys. mieszkańców. Domy rozłożyły się na obu brzegach rzeki Bohorok. Łatwo tu o tani nocleg. Najpiękniej położone hoteliki znaleźć można na wschodnim brzegu, niedaleko wejścia do parku narodowego Gunung Leuser. My zatrzymujemy się w Wisma Leuser Sibayak, nieopodal Visitor's Center. Siedząc na tarasie hotelowej restauracji, mamy widok na rzekę i dżunglę. Z lasu wychodzą nad wodę makaki i langury, ponoć niekiedy pojawiają się i orangutany.
W listopadzie 2003 r. rzeka Bohorok wylała gwałtownie podczas monsunowych deszczy. W powodzi zginęło niemal 300 osób, a wielu postradało cały dorobek. Infrastrukturę turystyczną odbudowano, jednak turystów jest teraz o wiele mniej. Oczywiście przybywają tu za sprawą orangutanów.
W latach 70. XX wieku powstało w Bukit Lawang centrum rehabilitacji tych wspaniałych zwierząt - uwolnione z niewoli (małe orangutany trzymane są niekiedy jako zwierzątka domowe) przyuczane są tu do samodzielnego życia w dżungli. Do dziś przywrócono ich naturze ok. 200. Te, które nie są jeszcze dość samodzielne, "korzystają" z parkowej platformy, na której dwa razy dziennie - o 8.30 i 15 - są dokarmiane. Wykupiwszy zezwolenie na wstęp (bilety w Visitor's Center, 20 tys. indonezyjskich rupii) można obserwować zwierzęta korzystające z tej "stołówki".
Wąskie czółno przewozi nas na drugi brzeg rzeki, gdzie znajduje się wejście do parku. Stąd wędrujemy w stronę platformy w towarzystwie przewodnika, który dźwiga na ramieniu torbę bananów. Nawołuje zwierzęta i po chwili pojawiają się trzy orangutany, w tym samica z maleństwem. Są piękne - mają długie rude futro, bystre spojrzenia, poruszają się po drzewach z prawdziwą gracją. Jedno przechodzi tak blisko mnie, że wyciągając rękę mogłabym je dotknąć! To spotkanie robi na nas ogromne wrażenie.
W Bukit Lawang można też udać się na wędrówkę po dżungli połączoną z obserwacją orangutanów (najpopularniejsze są dwudniowe, cena do negocjacji, zazwyczaj ok. 25 dol./os. dziennie), spłynąć rzeką na dużych dętkach, przespacerować się przez plantacje kauczukowców do jaskini zamieszkałej przez setki maleńkich nietoperzy (wstęp 5 tys. rupii, warto zabrać latarkę) bądź posiedzieć na tarasie hoteliku Jungle Inn obserwując makaki i langury po drugiej stronie rzeki.
***
Lokalny minibus wiezie nas do Medan, skąd pojedziemy autobusem w stronę największego jeziora Azji południowo-wschodniej. Toba liczy ponad 1700 km kw. i leży w kraterze wulkanu, którego potężna erupcja ok. 75 tys. lat temu ukształtowała te tereny.
Wysiadamy w Prapat na wschodnim brzegu jeziora. Dalej promem do Tuk Tuk na wyspie Samosir (połączonej też groblą ze stałym lądem w miejscowości Pangururan). Mnóstwo tu hotelików i restauracji czekających na turystów, ale tych jest naprawdę niewielu. Turystyka na Sumatrze przeżywa wyraźny kryzys - wyspa wciąż odczuwa skutki tsunami z 2004 r. i późniejszych trzęsień ziemi.
Nasz hotelik Merlyn leży nad samym brzegiem, widoki na jezioro są przepiękne, a ciepła woda zachęca do kąpieli. Siedząc w ogródku, spoglądam na przeciwległy brzeg - strome wzgórza porośnięte zielenią. Nad głową powiewają pióropusze palm, na drzewach dojrzewają owoce papai, kwitną barwne kwiaty o nieznanych mi nazwach. Właściciel hoteliku urządza nam co wieczór gitarowe koncerty.
Okolice zamieszkuje lud Bataków bardzo przyjaźnie nastawiony do przybyszów. Najważniejsze z jego plemion to Toba, Karo i Dairi. Ich drewniane piętrowe domy wieńczą charakterystyczne dachy o kształcie łodzi. Dominującą religią jest chrześcijaństwo, ale połączone z elementami animistycznymi. Jeszcze w XIX w. praktykowano tu rytualny kanibalizm.
W miejscowości Ambarita, 5 km od Tuk Tuk (można dotrzeć pieszo albo wypożyczyć rower czy motorek) trzeba obejrzeć tradycyjne domy Bataków i pochodzące sprzed 300 lat kamienne krzesła. My nie od razu trafiamy we właściwe miejsce. Robimy zdjęcia krzeseł i stołów nieopodal cmentarza, wśród nędznych domostw. Już chcemy wracać, gdy dostrzegamy napis kierujący do zabytków. Na ogrodzonym terenie (wstęp 2 tys. rupii) stoją drewniane domy na palach z dachami w kształcie łodzi (można wejść do środka). Przed nimi wiekowe stoły i ustawione w kręgu krzesła z kamienia. To tutaj - według przekazów - odbywały się rady plemienne, a uznani za winnych poważnych przestępstw byli zjadani przez współziomków.
Niesamowite zdjęcia z Indonezji - poleca Kolumber.pl
Warto odwiedzić wzniesiony w 1906 r. Wielki Meczet, tuż obok dzielnicy turystycznych hoteli i ulicy Jalan Sisingamangaraja. Jego ciemna kopuła i błękitno-białe ściany to charakterystyczny punkt w pejzażu miasta. Na Sumatrę nie przyjeżdża się jednak dla zabytków - nie ma ich tu zbyt wiele. Największym skarbem jest przyroda.
***
Gunung Leuser to jeden z wielu parków narodowych na wyspie. W 2004 r. wraz z dwoma innymi został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO jako Tropical Rainforest Heritage of Sumatra (chroni m.in. wiele endemitów ze świata roślin i zwierząt). Postanowiliśmy dotrzeć do Ketambe, niewielkiej osady nad rzeką Alas na jego skraju.
Po całodziennej jeździe z Medan do Kutacane, przesiadce i kolejnej godzinie w spędzonej minibusie wysiadamy w całkiem innym świecie. Las przy drodze tworzy zwartą, nieprzeniknioną ścianę, zieleń jest wszechobecna. Rzadko odwiedzane przez turystów Ketambe to urocza, spokojna wieś, tworzy ją kilkanaście zabudowań. Niewielkie, drewniane domy otaczają rozległe ogrody, w których uprawia się warzywa i kawowe drzewka. Rosną w nich także bananowce, krzewy kakao i wiele odmian palm. Ruch samochodowy jest znikomy, najpopularniejsze są motorki. Wędrując rozglądamy się za noclegiem. Tuż przy lesie, na zboczu stoją bungalowy Bakti Wisata Guesthouse. Nad ich dachami wśród gałęzi harcują małpy. Natychmiast postanawiamy tu zamieszkać.
W Ketambe łatwo zorganizować trekkingi po okolicy - od jednodniowego po kilkunastodniowe. Przewodnika znajdziemy bez trudu, wystarczy popytać. My postanawiamy dotrzeć do Bukit Lawang, gdzie mieści się ośrodek rehabilitacji orangutanów - czeka nas więc sześć dni wędrówki przez dżunglę. Nazajutrz opuszczamy Ketambe i wyruszamy do wsi Simpang koło Kutacane, skąd rozpoczynamy trekking. Towarzyszy nam przewodnik wraz z pomocnikiem.
Każdy dzień to wytężony marsz w górzystym terenie przez tropikalny, deszczowy las, noclegi w namiocie i gotowanie na ognisku (wędrujemy od sześciu do dziesięciu godzin). O świcie budzą nas nawoływania gibbonów dokazujących wysoko w koronach drzew. Widzimy dzikiego orangutana i motyle wielkości dłoni, a nad naszymi głowami przelatują dzioborożce. Parę razy natrafiamy na ślady słonia. Nie ma ścieżek - wędrujemy tak, jak pozwala ukształtowanie terenu i "szlak" wycinany (niekiedy) przez przewodnika maczetą. Często przekraczamy rzekę, doświadczając na własnej skórze ukąszeń pijawek i ataków leśnych pszczół. Dżungla nas zachwyca, choć pokonywanie jej to nie lada wyzwanie.
Szóstego dnia wieczorem - Bukit Lawang. To całkiem spore miasteczko liczy ok. 30 tys. mieszkańców. Domy rozłożyły się na obu brzegach rzeki Bohorok. Łatwo tu o tani nocleg. Najpiękniej położone hoteliki znaleźć można na wschodnim brzegu, niedaleko wejścia do parku narodowego Gunung Leuser. My zatrzymujemy się w Wisma Leuser Sibayak, nieopodal Visitor's Center. Siedząc na tarasie hotelowej restauracji, mamy widok na rzekę i dżunglę. Z lasu wychodzą nad wodę makaki i langury, ponoć niekiedy pojawiają się i orangutany.
W listopadzie 2003 r. rzeka Bohorok wylała gwałtownie podczas monsunowych deszczy. W powodzi zginęło niemal 300 osób, a wielu postradało cały dorobek. Infrastrukturę turystyczną odbudowano, jednak turystów jest teraz o wiele mniej. Oczywiście przybywają tu za sprawą orangutanów.
W latach 70. XX wieku powstało w Bukit Lawang centrum rehabilitacji tych wspaniałych zwierząt - uwolnione z niewoli (małe orangutany trzymane są niekiedy jako zwierzątka domowe) przyuczane są tu do samodzielnego życia w dżungli. Do dziś przywrócono ich naturze ok. 200. Te, które nie są jeszcze dość samodzielne, "korzystają" z parkowej platformy, na której dwa razy dziennie - o 8.30 i 15 - są dokarmiane. Wykupiwszy zezwolenie na wstęp (bilety w Visitor's Center, 20 tys. indonezyjskich rupii) można obserwować zwierzęta korzystające z tej "stołówki".
Wąskie czółno przewozi nas na drugi brzeg rzeki, gdzie znajduje się wejście do parku. Stąd wędrujemy w stronę platformy w towarzystwie przewodnika, który dźwiga na ramieniu torbę bananów. Nawołuje zwierzęta i po chwili pojawiają się trzy orangutany, w tym samica z maleństwem. Są piękne - mają długie rude futro, bystre spojrzenia, poruszają się po drzewach z prawdziwą gracją. Jedno przechodzi tak blisko mnie, że wyciągając rękę mogłabym je dotknąć! To spotkanie robi na nas ogromne wrażenie.
W Bukit Lawang można też udać się na wędrówkę po dżungli połączoną z obserwacją orangutanów (najpopularniejsze są dwudniowe, cena do negocjacji, zazwyczaj ok. 25 dol./os. dziennie), spłynąć rzeką na dużych dętkach, przespacerować się przez plantacje kauczukowców do jaskini zamieszkałej przez setki maleńkich nietoperzy (wstęp 5 tys. rupii, warto zabrać latarkę) bądź posiedzieć na tarasie hoteliku Jungle Inn obserwując makaki i langury po drugiej stronie rzeki.
***
Lokalny minibus wiezie nas do Medan, skąd pojedziemy autobusem w stronę największego jeziora Azji południowo-wschodniej. Toba liczy ponad 1700 km kw. i leży w kraterze wulkanu, którego potężna erupcja ok. 75 tys. lat temu ukształtowała te tereny.
Wysiadamy w Prapat na wschodnim brzegu jeziora. Dalej promem do Tuk Tuk na wyspie Samosir (połączonej też groblą ze stałym lądem w miejscowości Pangururan). Mnóstwo tu hotelików i restauracji czekających na turystów, ale tych jest naprawdę niewielu. Turystyka na Sumatrze przeżywa wyraźny kryzys - wyspa wciąż odczuwa skutki tsunami z 2004 r. i późniejszych trzęsień ziemi.
Nasz hotelik Merlyn leży nad samym brzegiem, widoki na jezioro są przepiękne, a ciepła woda zachęca do kąpieli. Siedząc w ogródku, spoglądam na przeciwległy brzeg - strome wzgórza porośnięte zielenią. Nad głową powiewają pióropusze palm, na drzewach dojrzewają owoce papai, kwitną barwne kwiaty o nieznanych mi nazwach. Właściciel hoteliku urządza nam co wieczór gitarowe koncerty.
Okolice zamieszkuje lud Bataków bardzo przyjaźnie nastawiony do przybyszów. Najważniejsze z jego plemion to Toba, Karo i Dairi. Ich drewniane piętrowe domy wieńczą charakterystyczne dachy o kształcie łodzi. Dominującą religią jest chrześcijaństwo, ale połączone z elementami animistycznymi. Jeszcze w XIX w. praktykowano tu rytualny kanibalizm.
W miejscowości Ambarita, 5 km od Tuk Tuk (można dotrzeć pieszo albo wypożyczyć rower czy motorek) trzeba obejrzeć tradycyjne domy Bataków i pochodzące sprzed 300 lat kamienne krzesła. My nie od razu trafiamy we właściwe miejsce. Robimy zdjęcia krzeseł i stołów nieopodal cmentarza, wśród nędznych domostw. Już chcemy wracać, gdy dostrzegamy napis kierujący do zabytków. Na ogrodzonym terenie (wstęp 2 tys. rupii) stoją drewniane domy na palach z dachami w kształcie łodzi (można wejść do środka). Przed nimi wiekowe stoły i ustawione w kręgu krzesła z kamienia. To tutaj - według przekazów - odbywały się rady plemienne, a uznani za winnych poważnych przestępstw byli zjadani przez współziomków.
1
2
następne »
-
Sumatra. Gdzie papaja dojrzewa, a gibbony robią...
cqu
25.09.08, 17:55
ogromne kwiaty raflezji rosna tez w Malezji, mozna pojechac w rejon Cameron Higlands i tam poprosic kogos z rdzennych mieszkancow Orang Asli oni zawsze wiedza gdzie mozna je ogladac»
-
Re: Sumatra. Gdzie papaja dojrzewa, a gibbony rob
sm0k
26.09.08, 15:00
Tak i pięknie "pachną" zapomnieli dodać ;DDDD»
-
Sumatra. Gdzie papaja dojrzewa, a gibbony robią...
p.manczyk
10.08.09, 14:24
Oj, nie przygotowaliśmy się do lekcji!1. Merapi jest na Jawie koło Yogyakarty, a nie na Sumatrze.2. Raflezja z punktu widzenia botanicznego to grzyb, a nie kwiat.3. 9200 rupii za dolara to »
- hotele
- loty
- Oferty Booking.com
- Oferty FRU.PL
Podróże.gazeta.pl na Facebooku
Aktualna oferta

Podróżuj z nami co tydzień.
Przykładowy newsletterZaplanuj wakacje
Polska na weekend
Kontakt z redakcją
- ul. Czerska 8/10
- 00-732 Warszawa
- redakcja.podroze@gazeta.pl














