427 km rzeką Nahanni w 8 dni
15.09.2008
, aktualizacja: 11.09.2008 15:18
Piękna i tajemnicza Nahanni przepływa przez trudno dostępne góry MacKenzie, wcina się w potężne kaniony i tworzy zjawiskowy wodospad Virginia Falls, dwukrotnie wyższy od Niagary. Pokonaliśmy ją łodzią...
ZOBACZ TAKŻE
- Montreal: szopy pracze ruszają w miasto (01-05-07, 00:00)
- Quebec: Laurentydy nocą i dniem (01-05-07, 00:00)
- Laurentydy: kiedy na narty (01-05-07, 00:00)
Niezwykłe formy geologiczne, gorące źródła i cudowne górskie krajobrazy - Nahanni jest naprawdę wyjątkowa. Bywa skuta lodem nawet do połowy maja, zaś w czerwcu, po wiosennych roztopach, osiąga najwyższy poziom wód. Prawie nikt nią wtedy nie pływa (najpopularniejsze miesiące to lipiec i sierpień), ale ja z przyjacielem wyruszyłem z jej nurtem właśnie wtedy...
***
Startujemy z Whitehorse, stolicy stanu Yukon (to senne miasteczko liczy ok. 30 tys. mieszkańców, ale ma bezpośrednie połączenie lotnicze z Frankfurtem). Po przeszło dwóch godzinach lotu awionetką nad górami lądujemy na turkusowym Island Lake. By dotrzeć do Nahanni, musimy przenieść ekwipunek ok. 400 m lądem, a potem przepłynąć 100 m po jeziorze Beaver's Pond. Na szczęście pogoda jest piękna.
Podczas przeprawy na małej wysepce dostrzegamy młodego łosia: stoi po brzuch w krystalicznie czystej wodzie i patrzy nas z niedowierzaniem. Prawdopodobnie po raz pierwszy widzi ludzi. Trwamy tak wspólnie w zapatrzeniu, mijają chwile. Wreszcie - człapiąc dostojnie - łoś zanurza się w pobliskich moczarach i znika. My też brodzimy po pas w grzęzawiskach, aż wreszcie naszym oczom ukazują się sine wody Nahanni. Wieczorem nad brzegiem widzimy jeszcze rysia - rzuca nam obojętne spojrzenie i biegnie dalej. Noc spędzamy w starej myśliwskiej chatce.
***
Ranek jest rześki, ale słoneczny, rozgrzewa nas gorąca herbata z termosu i uderzenia pagaja. Szybko pokonujemy pierwsze 30 km. Mgła jeszcze nie odpłynęła znad rzeki, kiedy na prawym brzegu zauważamy kuguara. Podobno od niedawna te duże koty zaczęły się zapuszczać tak daleko na północ w poszukiwaniu pożywienia. Niezwykle trudno je zobaczyć, gdyż prowadzą nocny tryb życia.
Po południu czekają nas pierwsze przełomy. Słychać je już z daleka. Wzburzona Nahanni pieni się coraz bardziej. Białe grzywy fal miotają łodzią we wszystkie strony. W pewnym momencie wpadamy na bardzo wysokie fale. Mętne wody niosą nas ze sporą prędkością, mijamy kamienne wysepki i zalesione brzegi. Czarne świerki wiszą nad lustrem rzeki, jakby kłaniając się śmiałkom, którzy postanowili spróbować sił w walce z żywiołem. Wtem dostrzegamy bobra. Wcale się nie płoszy, podpływa ku nam i bije ogonem w wodę.
Wieczorem zrywa się wichura, a potem burza. Z trudem dopływamy do brzegu i rozbijamy namiot. Za nami 90 km. Według mapy topograficznej nocujemy blisko Brintnell Creek, który jest bramą do Circle of Unclimbables - grupy trzytysięczników o prostopadłych ścianach będących wyzwaniem dla najlepszych wspinaczy skałkowych. Do ich obozowiska nad Brintnell Creek docieramy nazajutrz wczesnym rankiem. Jednak brzydka pogoda, brak GPS i ślady niedźwiedzia zniechęcają do wyprawy w góry, która zajęłaby nam jakieś dziesięć godzin.
Wpływamy do Parku Narodowego "Nahanni" (jeśli rząd kanadyjski wyda zgodę na rozszerzenie jego granic, będzie miał wielkość Szwajcarii). Jesteśmy zmęczeni po wczorajszym dniu, więc po 20 km wiosłowania rozbijamy obozowisko nad jeziorem Rabbitkettle, 900 m od rzeki (część rzeczy zostawiamy na specjalnej platformie nad wodą, służy ona do zabezpieczania jedzenia przed licznymi w okolicy niedźwiedziami).
Jedną z największych atrakcji parku są gorące źródła na szczycie Tufa Mounds, od wieków czczone przez Indian. By do nich dotrzeć, trzeba się przeprawić przez rwącą o tej porze roku rzeczkę Rabbitkettle. Służy do tego specjalny prom linowy - niestety, jest zamknięty na kłódkę, musimy zawrócić.
***
Na śniadanie mamy dziś chleb z tuńczykiem na ostro. Gratulacje dla piekarni w Whitehorse - chleb po czterech dniach jest wyśmienity! Rzeka szeroko meandruje, nurt jest spokojny. Wieje przeciwny zachodni wiatr, więc musimy pagajować cały dzień. Widoki są cudowne, góry zmieniają swój charakter co kilkadziesiąt kilometrów. Za nami ośnieżone szczyty Circle of Unclimbables, a przed nami wyrastają na horyzoncie łagodne, pozbawione roślinności zbocza Sunblood Range. Choć dochodzi północ, jest całkiem jasno. Jemy zupę i postanawiamy płynąć dalej. Podczas kolacji trzy bobry prezentują nam program skrócony w tańcu synchronicznym nad Flood Creek. Zupa parzy wargi, bo jemy zachłannie, bobry figlują w wodzie, jest cicho, jakbyśmy byli sami na świecie.
Rzeka jest na tyle spokojna, że można płynąć bez obaw. Powoli zapada zmierzch, robi się bardzo zimno. Około drugiej nad ranem na lewym brzegu dostrzegamy ciemną sylwetkę. Czarny niedźwiedź! Przebudził się i umknął w krzaki. Zęby szczękają mi chyba nie tylko z zimna... To spotkanie pobudza naszą wyobraźnię - od tej chwili co drugi krzak wydaje się podobny do niedźwiedzia.
Za nami około 100 km, nie potrafię określić precyzyjnie na mapie, gdzie jesteśmy. Zmęczenie daje znać o sobie i koło piątej nad ranem rozbijamy obóz na piaszczystym brzegu ze świeżymi tropami grizzly. Duże ognisko powinno odstraszyć zwierzęta, rozpalamy zatem naprawdę spore. Rano pieczemy w żarze ziemniaki, a słysząc groźne pomruki od strony lasu, jemy je, siedząc już w łodzi.
***
Rzeka meandruje i najwyraźniej zwalnia. Krajobrazy stają się bardziej monotonne, łańcuchy górskie coraz niższe. To znak, że zbliżamy się do potężnych wodospadów. Po ośmiu godzinach mocnego pagajowania dopływamy do Virginia Falls wysokich na ponad 90 m.
Dziś wystawna kolacja: ser cheddar, whisky i pistacje. Lewa ściana kanionu, po której spływają z hukiem wody Nahanni, przypomina ogromną indiańską świątynię. Można w niej podziwiać coś na kształt scenek rodzajowych - Indianka kłóci się z Indianinem, a wodzowie tańczą lub naradzają się. Prawa ściana wygląda jak ruiny świątyni Majów w Tikal - przeważa czerń i szarość, szczyty koronują ciemne świerki. Chylimy czoła w obliczu piękna natury.
Po jednodniowym odpoczynku poświęconym na lekturę "Mistrza i Małgorzaty", obserwację wiewiórek i dzikich królików przenosimy łódź i prowiant za wodospady, po półtorakilometrowej drewnianej kładce. Od szóstego dnia wyprawy czekają nas kaniony. Ich biali odkrywcy płynęli łodziami motorowymi w górę rzeki i stąd kolejność nazwanych przez nich kanionów wydaje się niewłaściwa - zaczynamy od Czwartego, skończymy na Pierwszym.
Tymczasem pogoda się załamuje - wzmaga się wiatr, zaczyna padać. Nie ma możliwości rozbicia obozu u podnóża wodospadów. Ostre kamienie i strome zbocza Czwartego Kanionu wyglądają w deszczu mało zachęcająco, w dodatku poziom wody wyraźnie się podnosi. Zmienił się też charakter rzeki: bystrza są teraz znacznie dłuższe, a wysokie na ponad półtora metra fale - silne i nieregularne. Choć łódź waży razem z nami ok. 400 kg, nurt rzuca nią w górę i w dół. Ze wszystkich stron wlewa się woda, sięga już prawie do łydek. Gdybyśmy płynęli zwykłą kanadyjką, zapewne straciłaby sterowność; ale nasz Soar Inflatable - dwuosobowa hybryda pontonu i kanadyjki, produkcji tajwańskiej, kupiona w USA - jest stworzona do pokonywania rwących, górskich rzek.
W tej chwili liczy się siła naszych ramion. Nie możemy się zatrzymać, bo fale napierają, a prąd pcha nas naprzód, pomiędzy niemal prostopadłe ściany kanionu. Z trudem dopływamy do brzegu i wylewamy z łodzi pokaźne ilości wody. Jeśli pokonanie przełomów położonych poniżej wodospadów było tak trudne, to co czeka na nas w słynnej Bramie Piekieł? (jak się później okaże, to najniebezpieczniejsze bystrze wcale nie jest takie straszne).
***
Startujemy z Whitehorse, stolicy stanu Yukon (to senne miasteczko liczy ok. 30 tys. mieszkańców, ale ma bezpośrednie połączenie lotnicze z Frankfurtem). Po przeszło dwóch godzinach lotu awionetką nad górami lądujemy na turkusowym Island Lake. By dotrzeć do Nahanni, musimy przenieść ekwipunek ok. 400 m lądem, a potem przepłynąć 100 m po jeziorze Beaver's Pond. Na szczęście pogoda jest piękna.
Podczas przeprawy na małej wysepce dostrzegamy młodego łosia: stoi po brzuch w krystalicznie czystej wodzie i patrzy nas z niedowierzaniem. Prawdopodobnie po raz pierwszy widzi ludzi. Trwamy tak wspólnie w zapatrzeniu, mijają chwile. Wreszcie - człapiąc dostojnie - łoś zanurza się w pobliskich moczarach i znika. My też brodzimy po pas w grzęzawiskach, aż wreszcie naszym oczom ukazują się sine wody Nahanni. Wieczorem nad brzegiem widzimy jeszcze rysia - rzuca nam obojętne spojrzenie i biegnie dalej. Noc spędzamy w starej myśliwskiej chatce.
***
Ranek jest rześki, ale słoneczny, rozgrzewa nas gorąca herbata z termosu i uderzenia pagaja. Szybko pokonujemy pierwsze 30 km. Mgła jeszcze nie odpłynęła znad rzeki, kiedy na prawym brzegu zauważamy kuguara. Podobno od niedawna te duże koty zaczęły się zapuszczać tak daleko na północ w poszukiwaniu pożywienia. Niezwykle trudno je zobaczyć, gdyż prowadzą nocny tryb życia.
Po południu czekają nas pierwsze przełomy. Słychać je już z daleka. Wzburzona Nahanni pieni się coraz bardziej. Białe grzywy fal miotają łodzią we wszystkie strony. W pewnym momencie wpadamy na bardzo wysokie fale. Mętne wody niosą nas ze sporą prędkością, mijamy kamienne wysepki i zalesione brzegi. Czarne świerki wiszą nad lustrem rzeki, jakby kłaniając się śmiałkom, którzy postanowili spróbować sił w walce z żywiołem. Wtem dostrzegamy bobra. Wcale się nie płoszy, podpływa ku nam i bije ogonem w wodę.
Wieczorem zrywa się wichura, a potem burza. Z trudem dopływamy do brzegu i rozbijamy namiot. Za nami 90 km. Według mapy topograficznej nocujemy blisko Brintnell Creek, który jest bramą do Circle of Unclimbables - grupy trzytysięczników o prostopadłych ścianach będących wyzwaniem dla najlepszych wspinaczy skałkowych. Do ich obozowiska nad Brintnell Creek docieramy nazajutrz wczesnym rankiem. Jednak brzydka pogoda, brak GPS i ślady niedźwiedzia zniechęcają do wyprawy w góry, która zajęłaby nam jakieś dziesięć godzin.
Wpływamy do Parku Narodowego "Nahanni" (jeśli rząd kanadyjski wyda zgodę na rozszerzenie jego granic, będzie miał wielkość Szwajcarii). Jesteśmy zmęczeni po wczorajszym dniu, więc po 20 km wiosłowania rozbijamy obozowisko nad jeziorem Rabbitkettle, 900 m od rzeki (część rzeczy zostawiamy na specjalnej platformie nad wodą, służy ona do zabezpieczania jedzenia przed licznymi w okolicy niedźwiedziami).
Jedną z największych atrakcji parku są gorące źródła na szczycie Tufa Mounds, od wieków czczone przez Indian. By do nich dotrzeć, trzeba się przeprawić przez rwącą o tej porze roku rzeczkę Rabbitkettle. Służy do tego specjalny prom linowy - niestety, jest zamknięty na kłódkę, musimy zawrócić.
***
Na śniadanie mamy dziś chleb z tuńczykiem na ostro. Gratulacje dla piekarni w Whitehorse - chleb po czterech dniach jest wyśmienity! Rzeka szeroko meandruje, nurt jest spokojny. Wieje przeciwny zachodni wiatr, więc musimy pagajować cały dzień. Widoki są cudowne, góry zmieniają swój charakter co kilkadziesiąt kilometrów. Za nami ośnieżone szczyty Circle of Unclimbables, a przed nami wyrastają na horyzoncie łagodne, pozbawione roślinności zbocza Sunblood Range. Choć dochodzi północ, jest całkiem jasno. Jemy zupę i postanawiamy płynąć dalej. Podczas kolacji trzy bobry prezentują nam program skrócony w tańcu synchronicznym nad Flood Creek. Zupa parzy wargi, bo jemy zachłannie, bobry figlują w wodzie, jest cicho, jakbyśmy byli sami na świecie.
Rzeka jest na tyle spokojna, że można płynąć bez obaw. Powoli zapada zmierzch, robi się bardzo zimno. Około drugiej nad ranem na lewym brzegu dostrzegamy ciemną sylwetkę. Czarny niedźwiedź! Przebudził się i umknął w krzaki. Zęby szczękają mi chyba nie tylko z zimna... To spotkanie pobudza naszą wyobraźnię - od tej chwili co drugi krzak wydaje się podobny do niedźwiedzia.
Za nami około 100 km, nie potrafię określić precyzyjnie na mapie, gdzie jesteśmy. Zmęczenie daje znać o sobie i koło piątej nad ranem rozbijamy obóz na piaszczystym brzegu ze świeżymi tropami grizzly. Duże ognisko powinno odstraszyć zwierzęta, rozpalamy zatem naprawdę spore. Rano pieczemy w żarze ziemniaki, a słysząc groźne pomruki od strony lasu, jemy je, siedząc już w łodzi.
***
Rzeka meandruje i najwyraźniej zwalnia. Krajobrazy stają się bardziej monotonne, łańcuchy górskie coraz niższe. To znak, że zbliżamy się do potężnych wodospadów. Po ośmiu godzinach mocnego pagajowania dopływamy do Virginia Falls wysokich na ponad 90 m.
Dziś wystawna kolacja: ser cheddar, whisky i pistacje. Lewa ściana kanionu, po której spływają z hukiem wody Nahanni, przypomina ogromną indiańską świątynię. Można w niej podziwiać coś na kształt scenek rodzajowych - Indianka kłóci się z Indianinem, a wodzowie tańczą lub naradzają się. Prawa ściana wygląda jak ruiny świątyni Majów w Tikal - przeważa czerń i szarość, szczyty koronują ciemne świerki. Chylimy czoła w obliczu piękna natury.
Po jednodniowym odpoczynku poświęconym na lekturę "Mistrza i Małgorzaty", obserwację wiewiórek i dzikich królików przenosimy łódź i prowiant za wodospady, po półtorakilometrowej drewnianej kładce. Od szóstego dnia wyprawy czekają nas kaniony. Ich biali odkrywcy płynęli łodziami motorowymi w górę rzeki i stąd kolejność nazwanych przez nich kanionów wydaje się niewłaściwa - zaczynamy od Czwartego, skończymy na Pierwszym.
Tymczasem pogoda się załamuje - wzmaga się wiatr, zaczyna padać. Nie ma możliwości rozbicia obozu u podnóża wodospadów. Ostre kamienie i strome zbocza Czwartego Kanionu wyglądają w deszczu mało zachęcająco, w dodatku poziom wody wyraźnie się podnosi. Zmienił się też charakter rzeki: bystrza są teraz znacznie dłuższe, a wysokie na ponad półtora metra fale - silne i nieregularne. Choć łódź waży razem z nami ok. 400 kg, nurt rzuca nią w górę i w dół. Ze wszystkich stron wlewa się woda, sięga już prawie do łydek. Gdybyśmy płynęli zwykłą kanadyjką, zapewne straciłaby sterowność; ale nasz Soar Inflatable - dwuosobowa hybryda pontonu i kanadyjki, produkcji tajwańskiej, kupiona w USA - jest stworzona do pokonywania rwących, górskich rzek.
W tej chwili liczy się siła naszych ramion. Nie możemy się zatrzymać, bo fale napierają, a prąd pcha nas naprzód, pomiędzy niemal prostopadłe ściany kanionu. Z trudem dopływamy do brzegu i wylewamy z łodzi pokaźne ilości wody. Jeśli pokonanie przełomów położonych poniżej wodospadów było tak trudne, to co czeka na nas w słynnej Bramie Piekieł? (jak się później okaże, to najniebezpieczniejsze bystrze wcale nie jest takie straszne).
1
2
następne »
-
427 km rzeką Nahanni w 8 dni
kornel-1
20.09.08, 13:55
Kraina przepiękna, bywałem tam wielokrotnie... czytając "Dolinę Ludzi Milczących"k.»
-
427 km rzeką Nahanni w 8 dni
network
21.10.08, 15:34
Świetny tekst, piękne miejsce. Już jakiś czas planuje podroż w te strony, wartododac, że z Frankfurtu leci się ok 9 godzin i są nawet do wyboru dwie linielotnicze. Ciekawostka - podobny »
-
427 km rzeką Nahanni w 8 dni
19tad19.1
20.01.10, 23:54
Mimo ze byłem w 60 krajach swiata z plecakiem na barkach to nigdy nie opisuję swoich wrażeń.Powód jest jeden.Zawsze znajda sie zazdeośnicy krórzy beda wytykac mi moje potkniecia.To jest »
- hotele
- loty
- noclegi
- Oferty Booking.com
- Oferty FRU.PL
- Oferty Meteor
Podróże.gazeta.pl na Facebooku
Aktualna oferta

Podróżuj z nami co tydzień.
Przykładowy newsletter















