Z pasją o podróżach, wycieczkach i wyjazdach

Iwona Kaliszewska, etnolog, informatyk, fotograf*

  • Pin It
not. Agnieszka Hoppe
08.09.2008 , aktualizacja: 05.09.2008 15:06
A A A Drukuj
Serce zostało w Dagestanie na Kaukazie, przepięknej i gościnnej, choć prawie nie odwiedzanej republice Federacji Rosyjskiej

Fot. Archiwum Iwony Kaliszewskiej
Nie cieszy się dobrą sławą - w mediach można usłyszeć jedynie o kolejnych wybuchach, islamskich ekstremistach i porwaniach. Przewodniki ograniczają jej opis do stereotypów i ostrzeżeń, skutecznie zniechęcając turystów. Zagubione w górach kamienne auły, częściowo opuszczone, niedostępne. Święte miejsca, góry i jaskinie, wioski słynące z wyrobu srebrnej biżuterii, pięknych kobierców lub np. z chodzenia po linie. Awarowie, Lezgini, Lakowie to tylko niektóre z ponad 30 grup etnicznych zamieszkujących republikę. Ta mieszanka kulturowa i językowa, znana mi początkowo tylko z książek, zachęcała do podjęcia tam etnograficznych badań terenowych. Nie byłyby one możliwe bez życzliwości i otwartości ludzi, którzy na zawsze pozostaną w moim sercu.

Dojechałam tam...

pociągiem, tzw. plackartą, w wagonie bez przedziałów z miejscami do leżenia. Mając do wyboru samolot, wybrałam trzydniową podróż pociągiem, która powoli wprowadza mnie w dźwięki i zapachy Kaukazu. Raki, ryby różnych rozmiarów, wędzone na ciepło i zimno, jedzone na gazecie i zapijane piwem. Hałaśliwy handel obnośny chińskimi towarami, zegarkami, zabawkami, które masowo kupują wracający z pracy w Moskwie, którzy nie zdążyli jeszcze nabyć obowiązkowych prezentów dla krewnych. I step - melancholijna przestrzeń, szum wiatru... Wnikliwe oko może nawet wypatrzyć wielbłąda...

Najlepsze wakacje spędziłam...

latem 2007 r. w podróży wokół Kaukazu z moją siedmiomiesięczną córeczką Leną, która ładą niwą, na plecach rodziców (pieszo i konno) przemierzała góry wąwozu Pankisi, odwiedzała naszych dagestańskich przyjaciół i miejscowych Polaków. W Dagestanie prowadziliśmy badania etnograficzne, poszukując potomków polskich zesłańców, kolejarzy, inżynierów z Kongresówki, których los rzucił na te ziemie. Odwiedziliśmy Kabardyno-Bałkarię i Elbrus - częściowo kolejką, częściowo pieszo dotarliśmy na 4 tys. m. Lenka doskonale znosiła wysokość, ale z dalszej wędrówki musieliśmy zrezygnować, bo spacer po lodowcu w tenisówkach nie był zbyt mądrym pomysłem. Dłużej zatrzymaliśmy się w wąwozie Pankisi zamieszkanym przez Kistów. Choć "oficjalnie" wyznają islam, wielu z nich odwiedza chrześcijańskie świątynie i obchodzi Wielkanoc. W wąwozie zbieraliśmy materiały do internetowego przewodnika po regionie, którego celem jest zachęcenie turystów do odwiedzania go. Podróż z dzieckiem, choć czasami męcząca, otwierała serca spotykanych ludzi i... kaukaskiej milicji, która zatrzymywała nasz samochód na każdym kroku.

W Polsce lubię...

piękno i spokój nadbużańskich wiosek, kajakowe przeprawy przez narwiańskie zarośla i wiosenne wypady z plecakiem i namiotem po lasach i puszczach wschodniej Polski, z dala od turystycznych szlaków, muzeów i atrakcji.

Mój ulubiony hotel...

to namiot: cisza, spokój, brak komarów... Jeśli hotel, to domowy, niewielki, jakie można spotkać wzdłuż wybrzeża Morza Czarnego w Turcji. Trzymam się z daleka od hoteli sieciowych z jednolitym wystrojem - mam wrażenie, że nocuję w McDonaldzie.

Niebo w gębie poczułam...

w Chinach, w podrzędnych restauracjach, gdzie w menu losowo wybierałam kolejne dania lub wchodziłam do kuchni i pokazywałam kucharzowi, na co mam ochotę. Stoły przykryte ceratą, obok codzienni bywalcy rzucający resztki kurczaka i zużyte serwetki pod stół. Coś, co drażniłoby mnie w Polsce, tam pozostawiałam bez oceny, koncentrując się na mistrzowskiej kuchni: bogactwie sosów, przypraw i receptur. Kuchni, która nie potrzebuje drogich restauracji i białych obrusów.

Na wyprawę zawsze zabieram...

minimalną ilość rzeczy, nie więcej niż 10 kg (nie licząc jedzenia na wyprawy górskie), z czego połowę stanowi sprzęt fotograficzny. Nie zapominam również o dyktafonie przydatnym nie tylko w badaniach etnograficznych, ale również do nagrania dźwięków bazaru czy wezwania muezina ma modlitwę.

Nigdy więcej nie powrócę do...

Nie ma takiego kraju, ale jest kilka miejsc, które niezbyt dobrze zapisały się w mojej pamięci, np. przygraniczne gruzińskie miasteczko Lakodeki. Początkowo rzecz wyglądała niewinnie. Poznany w busiku jegomość ok. pięćdziesiątki z córką (jak myśleliśmy) barwnie opowiadał o Gruzji, zatrzymał busik, abyśmy mogli obejrzeć kachetyjską świątynię. Nic nie wzbudzało naszych podejrzeń aż do momentu, gdy pod wieczór zaprosił nas do domu. Dziewczyna (okazało się, że sąsiadka) znikła, a pojawiło się pięciu podpitych mężczyzn, w tym policjant bawiący się pistoletem. Z niezręcznej sytuacji uratował nas gruziński przyjaciel, który przez telefon wyjaśnił "dżygitom", że przyjaźni się z największym mafiosem w regionie - będą mieli z nim do czynienia, jeśli włos nam z głowy spadnie... Reakcja była natychmiastowa. Zamiast wulgarnych pytań, mężczyźni zaczęli "interesować się" naszą rodziną, krajem i pogodą...

Wkrótce będę w drodze do...

Armenii i Górnego Karabachu, miejsca zamrożonego konfliktu. Choć trudno oprzeć się wrażeniu, że Ormian i Azerów więcej łączy niż dzieli, trudno dziś mówić o zbliżającym się rozwiązaniu konfliktu...

Wymarzony cel podróży...

zimowa eskapada samochodowa na syberyjską północ po zamarzniętych rzekach zamieniających się w tym okresie w autostrady.

* Koordynatorka i uczestniczka projektów fundacji Kaukaz.net, projektów wolontariackich Service Civil International, m.in. na Białorusi, w Kirgizji, Finlandii, Francji i Polsce. W latach 2004-07 prowadziła badania terenowe w Gruzji i Dagestanie (www.kaukaz.net).

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • hotele
  • loty
  • Oferty Booking.com
  • Oferty FRU.PL

Podróże.gazeta.pl na Facebooku

Aktualna oferta