Rafał Szczepanik*
01.09.2008
, aktualizacja: 28.08.2008 13:47
Serce zostało w brutalny sposób rozdarte pomiędzy rejonami polarnymi i górskimi
ZOBACZ TAKŻE
- Ewa Wachowicz, Miss Polonia 1992 i Miss Świata Studentek 1993, producentka programów telewizyjnych o tematyce poradnikowo-kulinarnej (21-07-08, 06:00)
- Iwona Kaliszewska, etnolog, informatyk, fotograf* (08-09-08, 06:00)
- Stefan Kałuski* geograf (18-08-08, 06:00)
- Agnieszka Kicińska*, malarka (11-08-08, 06:00)
- Krzysztof Varga, pisarz, redaktor działu kultury "Gazety Wyborczej", właśnie wydał książkę o Węgrzech "Gulasz z turula" (04-08-08, 06:00)
- Romuald Deja, inżynier podróżnik (28-07-08, 06:00)
- Katarzyna Boni, studentka, podrózniczka (22-09-08, 06:00)
Kawałek został wysoko w Andach, drugi - w Tybecie, odrobina w Himalajach, reszta na Antarktydzie i w Arktyce. Jak widać - wszędzie tam, gdzie termometr jest na większym minusie niż konto państwowego szpitala. Moja koleżanka, która twierdzi, że mam serce zimne jak lód, ma więc absolutną rację.
Niezapomniany dzień miał miejsce, gdy...
doszliśmy na biegun północny. Właściwie nie wiem dlaczego, bo to po prostu jedno wielkie pole lodu. Nic tam nie ma - ani punktu widokowego, ani budki z hot dogami, nawet tabliczki informującej o tym, że "to miejsce jest wyjątkowe - tutaj globus ma uchwyt". Życie na biegunie jest prostsze. Wszędzie jest na południe, a rano nie trzeba wstawać - z braku rana. Wycieczkę dookoła świata można tu odbyć w minutę, i to piechotą. Jedyny minus - nie ma prysznica. Pewnie dlatego rok przed naszą wyprawą pewien facet wyrąbał tam przerębel i wskoczył do niego. W gazetach pisali, że bił rekord Guinnessa. Ale my znaleźliśmy w tym miejscu resztkę mydła Kajtek. Rozumiemy człowieka - po miesiącu bez mycia się
Ciekawe jest tam to, że...
biegun stale ucieka. Dryfowanie zamarzniętego oceanu powoduje, że stojąc, poruszamy się z prędkością ok. 3-5 m na minutę. Pozornie niewiele, ale w ciągu doby daje to kilka kilometrów. Idąc na biegun, 10 km od celu, spotkaliśmy obóz innej wyprawy. Zdziwieni, że w środku dnia ludzie siedzą w namiocie, podeszliśmy do nich. A tam impreza, okrzyki, brzęk szkła. "Zrezygnowaliście i urządzacie stypę?" - pytam. "Nie, świętujemy sukces!" - słyszę w odpowiedzi. "Wczoraj tu był biegun".
W Arktyce zaskakuje jeszcze jedno - łatwiej się spocić, niż przemarznąć. Gdy człowiek przez dziesięć godzin dziennie ciągnie sanie ważące 50 kg, przegrzewa się mimo 30 stopni mrozu.
Najlepsze wakacje spędziłem w...
Gwatemali, choć pojechałem tam na staż zawodowy. W tym kraju takie pojęcia jak "szybko", "natychmiast" czy "teraz" znajdziemy tylko w słowniku wulgaryzmów i poradniku nadgorliwca. Niestety, ja, będąc dużo młodszym i głupszym niż dziś, nie miałem o tym pojęcia. Przydzielony mi w poniedziałek tygodniowy plan pracy realizowałem do środy, po czym szedłem do szefa i zadawałem durne pytanie: "Co mam teraz robić?". Przerażony kierownik dawał mi więc urlop na czwartek i piątek, co skrzętnie wykorzystywałem, podróżując do indiańskich wiosek, starych miasteczek w kolonialnym stylu, dżungli i piramid Majów. Jako osobnik zatrudniony na tamtejszym uniwersytecie mogłem udawać, że prowadzę badania naukowe. Pozwalało mi to wchodzić tam, gdzie uzbrojeni po zęby policjanci i wojsko nie wpuszczali turystów.
Mój ulubiony hotel...
to mały przytulny obiekt należący do sieci żółtych hotelików North Face. Lubię go, bo zawsze jest tam, gdzie akurat zastanie mnie zmrok, i ma wolne miejsca nawet w szczycie sezonu. Co prawda na Antarktydzie zepsuło mu się ogrzewanie i w pokoju było minus 20 st., ale przynajmniej nie przeszkadzał nam brak chłodzącego barku.
Niebo w gębie poczułem...
w Gwatemali, gdy w końcu podali mi butelkę z wodą. Drugiego dnia stażu udałem się na obiad do spelunki udającej restaurację. Złożyłem zamówienie i już po godzinie nastoletni wyrostek udający kelnera przyniósł mi garść owoców udających agrest. "Przystawka" - pomyślałem. Chwilę później poczułem, jakbym połknął chilli mieszane z żyletkami. Półtoralitrową butelkę wody opróżniłem w kilkadziesiąt sekund. Na pełny posiłek zabrakło mi już sił.
Owoc ten kelner nazwał po angielsku "chilli fruit". Był to rodzaj pikantnej przyprawy - należało wycisnąć odrobinę soku z owocu na mięso, podobnie jak to się robi np. z limonką lub cytryną.
Na wyprawę zawsze zabieram...
bidon. Bynajmniej nie po to, by z niego pić. Wręcz przeciwnie. Wszyscy mnie zawsze pytają: "Jak wy tam przy minus 30 st. robicie..., no wiesz co?". Odpowiadam: bidon to najlepsza przenośna toaleta, można ją postawić w każdym namiocie. Bez niego lepiej nie myśleć o wyprawach w wysokie góry albo rejony polarne. Chyba nikt nie chciałby zaliczyć groźnego odmrożenia w tak newralgicznym miejscu?
Wkrótce będę w drodze do...
miejsca, gdzie wszystko stoi na głowie. To biegun południowy. Z grupą zaprzyjaźnionych polarników i alpinistów chcemy zdobyć go na nartach. W grudniu i styczniu zamienię się więc w konia pociągowego i wyruszę z saniami dopiętymi do plecaka.
Wymarzony cel podróży:
himalajski ośmiotysięcznik. Przy moim wzroście (nieco wyższy od jamnika w pozycji "waruj") nie powinno to nikogo dziwić. W końcu będzie szansa spojrzeć z góry na tych wszystkich dwumetrowych facetów, którzy w pięć minut podrywają każdą długonogą dziewczynę. A kiedy już zejdę na dół, też zostanę macho. Wyczytałem w pewnym tygodniku, że zdaniem tysiąca ankietowanych kobiet alpinista to jeden z trzech najbardziej seksownych zawodów. Chyba zacznę chodzić z czekanem przy pasku.
*Rafał Szczepanik - przedsiębiorca i szkoleniowiec, współzałożyciel portalu Pracuj.pl. Prowadzi treningi menedżerskie i integracyjne. Prywatnie podróżnik, polarnik i alpinista. Zdobył najwyższe szczyty Europy, Afryki i Ameryki Południowej. W tym roku doszedł na nartach na biegun północny.
Niezapomniany dzień miał miejsce, gdy...
doszliśmy na biegun północny. Właściwie nie wiem dlaczego, bo to po prostu jedno wielkie pole lodu. Nic tam nie ma - ani punktu widokowego, ani budki z hot dogami, nawet tabliczki informującej o tym, że "to miejsce jest wyjątkowe - tutaj globus ma uchwyt". Życie na biegunie jest prostsze. Wszędzie jest na południe, a rano nie trzeba wstawać - z braku rana. Wycieczkę dookoła świata można tu odbyć w minutę, i to piechotą. Jedyny minus - nie ma prysznica. Pewnie dlatego rok przed naszą wyprawą pewien facet wyrąbał tam przerębel i wskoczył do niego. W gazetach pisali, że bił rekord Guinnessa. Ale my znaleźliśmy w tym miejscu resztkę mydła Kajtek. Rozumiemy człowieka - po miesiącu bez mycia się
Ciekawe jest tam to, że...
biegun stale ucieka. Dryfowanie zamarzniętego oceanu powoduje, że stojąc, poruszamy się z prędkością ok. 3-5 m na minutę. Pozornie niewiele, ale w ciągu doby daje to kilka kilometrów. Idąc na biegun, 10 km od celu, spotkaliśmy obóz innej wyprawy. Zdziwieni, że w środku dnia ludzie siedzą w namiocie, podeszliśmy do nich. A tam impreza, okrzyki, brzęk szkła. "Zrezygnowaliście i urządzacie stypę?" - pytam. "Nie, świętujemy sukces!" - słyszę w odpowiedzi. "Wczoraj tu był biegun".
W Arktyce zaskakuje jeszcze jedno - łatwiej się spocić, niż przemarznąć. Gdy człowiek przez dziesięć godzin dziennie ciągnie sanie ważące 50 kg, przegrzewa się mimo 30 stopni mrozu.
Najlepsze wakacje spędziłem w...
Gwatemali, choć pojechałem tam na staż zawodowy. W tym kraju takie pojęcia jak "szybko", "natychmiast" czy "teraz" znajdziemy tylko w słowniku wulgaryzmów i poradniku nadgorliwca. Niestety, ja, będąc dużo młodszym i głupszym niż dziś, nie miałem o tym pojęcia. Przydzielony mi w poniedziałek tygodniowy plan pracy realizowałem do środy, po czym szedłem do szefa i zadawałem durne pytanie: "Co mam teraz robić?". Przerażony kierownik dawał mi więc urlop na czwartek i piątek, co skrzętnie wykorzystywałem, podróżując do indiańskich wiosek, starych miasteczek w kolonialnym stylu, dżungli i piramid Majów. Jako osobnik zatrudniony na tamtejszym uniwersytecie mogłem udawać, że prowadzę badania naukowe. Pozwalało mi to wchodzić tam, gdzie uzbrojeni po zęby policjanci i wojsko nie wpuszczali turystów.
Mój ulubiony hotel...
to mały przytulny obiekt należący do sieci żółtych hotelików North Face. Lubię go, bo zawsze jest tam, gdzie akurat zastanie mnie zmrok, i ma wolne miejsca nawet w szczycie sezonu. Co prawda na Antarktydzie zepsuło mu się ogrzewanie i w pokoju było minus 20 st., ale przynajmniej nie przeszkadzał nam brak chłodzącego barku.
Niebo w gębie poczułem...
w Gwatemali, gdy w końcu podali mi butelkę z wodą. Drugiego dnia stażu udałem się na obiad do spelunki udającej restaurację. Złożyłem zamówienie i już po godzinie nastoletni wyrostek udający kelnera przyniósł mi garść owoców udających agrest. "Przystawka" - pomyślałem. Chwilę później poczułem, jakbym połknął chilli mieszane z żyletkami. Półtoralitrową butelkę wody opróżniłem w kilkadziesiąt sekund. Na pełny posiłek zabrakło mi już sił.
Owoc ten kelner nazwał po angielsku "chilli fruit". Był to rodzaj pikantnej przyprawy - należało wycisnąć odrobinę soku z owocu na mięso, podobnie jak to się robi np. z limonką lub cytryną.
Na wyprawę zawsze zabieram...
bidon. Bynajmniej nie po to, by z niego pić. Wręcz przeciwnie. Wszyscy mnie zawsze pytają: "Jak wy tam przy minus 30 st. robicie..., no wiesz co?". Odpowiadam: bidon to najlepsza przenośna toaleta, można ją postawić w każdym namiocie. Bez niego lepiej nie myśleć o wyprawach w wysokie góry albo rejony polarne. Chyba nikt nie chciałby zaliczyć groźnego odmrożenia w tak newralgicznym miejscu?
Wkrótce będę w drodze do...
miejsca, gdzie wszystko stoi na głowie. To biegun południowy. Z grupą zaprzyjaźnionych polarników i alpinistów chcemy zdobyć go na nartach. W grudniu i styczniu zamienię się więc w konia pociągowego i wyruszę z saniami dopiętymi do plecaka.
Wymarzony cel podróży:
himalajski ośmiotysięcznik. Przy moim wzroście (nieco wyższy od jamnika w pozycji "waruj") nie powinno to nikogo dziwić. W końcu będzie szansa spojrzeć z góry na tych wszystkich dwumetrowych facetów, którzy w pięć minut podrywają każdą długonogą dziewczynę. A kiedy już zejdę na dół, też zostanę macho. Wyczytałem w pewnym tygodniku, że zdaniem tysiąca ankietowanych kobiet alpinista to jeden z trzech najbardziej seksownych zawodów. Chyba zacznę chodzić z czekanem przy pasku.
*Rafał Szczepanik - przedsiębiorca i szkoleniowiec, współzałożyciel portalu Pracuj.pl. Prowadzi treningi menedżerskie i integracyjne. Prywatnie podróżnik, polarnik i alpinista. Zdobył najwyższe szczyty Europy, Afryki i Ameryki Południowej. W tym roku doszedł na nartach na biegun północny.
- hotele
- loty
- Oferty Booking.com
- Oferty FRU.PL
Podróże.gazeta.pl na Facebooku
Aktualna oferta

Podróżuj z nami co tydzień.
Przykładowy newsletterZaplanuj wakacje
Polska na weekend
Kontakt z redakcją
- ul. Czerska 8/10
- 00-732 Warszawa
- redakcja.podroze@gazeta.pl




więcej zdjęć









