Najpiękniejsze Alpy są w Słowenii?

Bez austriackiej infrastruktury na każdej skale, bez francuskiego snobizmu, bez głośnych narciarsko-dyskotekowych kurortów i autokarów pełnych turystów z aparatami. Alpy Julijskie to ziemska namiastka raju dla wszystkich, którzy szukają piękna, adrenaliny i dzikiej natury.

Rozciągający się w południowo-zachodnim zakątku Słowenii łańcuch górski w większości objęty jest Narodowym Parkiem Triglavskim. Nazwa pochodzi od najwyższego szczytu Triglav (2864 m), głównego celu lokalnych eskapad.

 

Jeżeli wspinaczka po stalowych linach i pionowych ścianach nie jest tym, co lubimy najbardziej, również jako ludzie niskopienni znajdziemy w okolicy zatrzęsienie atrakcji: piękne trasy spacerowe, które nie przyprawiają o atak astmy, wodospady z 50- metrowymi kaskadami, doliny rzeczne, pastwiska pełne owiec, kóz i krów, które nie ustępują rogatym gwiazdom z reklamy Milki.

 

Ale oczywiście najważniejszy powód, aby jechać w Alpy Julijskie to wspinaczka. Tras wystarczy na pełne adrenaliny dwa tygodnie, zaś każda góra ma swój niepowtarzalny charakter.
Na Trigalvie, do którego dostać się najlepiej z jednego z wysokogórskich schronisk, zobaczymy, co pozostało z lodowca po globalnym ociepleniu. Duże wrażenie robi wąski i spiczasty czubek Jalovca (2645 m), który zobaczyć mogą tylko najwytrwalsi. Trasa jest długa i dość mozolna, jeszcze na początku lipca w tym roku zalegały tam czapy śniegu, które ciężko przebrnąć bez raków.

 

 

Osobiście polecam niesamowicie piękne i całkiem ambitne wejście na Prisojnik (2547 m), które w najtrudniejszym wariancie biegnie ferratą (ścieżka wspinaczkowa zabezpieczona stalowymi linami, drabinkami itd.), prowadzącą przez skalny komin oraz wielkie okno - geologiczny ewenement sprawiający wrażenie, że wychodzi się ze skalnego podziemia wprost na pełne słońca niebo. Tutaj nawet zuchwalcy powinni zaopatrzyć się w kaski, bo kamień pada często i gęsto, a nierzadko trafia tursytów..

Jeszcze jeden szczyt wart polecenia to Mangart (2678 m), dający niepowtarzalna okazję obejrzenia całej panoramy słoweńskich Alp. Na wierzchołek wiodą dwie trasy - włoska (łatwiejsza) i dość wymagająca słoweńska, która przy zejściu, z urozmaiceniem w postaci śniegowych łat, zajęła nam pawie trzy godziny. Południowa ściana Mangartu to najtrudniejsza w tym zakątku Alp ferrata, wiodąca po całkiem pionowej skale - obecnie zamknięta z przyczyn technicznych i tak przyciąga śmiałków...

Ostatnia atrakcja ma już mniej wspólnego z górami, ale jest niezwykle ożywcza po intensywnym trekkingu - ukryte w głębi skalnych wzniesień, pod szczytem Vogel, Jezioro Bohińskie to pięć kilometrów krystalicznie czystej wody, której temperatura nie przekracza 15 stopni.

W Alpach Julijskich śpimy na kempingach (dość rozsądnych cenowo) oraz w wysokogórskich chatkach, gdzie miejsce za noc kosztuje ok. 15 euro. Jedzenie jest dość tanie. Lokalne piwo również nie rujnuje budżetu, zaś cena benzyny to wręcz marzenie większości Europejczyków. Ludzie są niezwykle mili, dość komunikatywni po angielsku i niemiecku. Turyści głównie z Czech, Holandii, i Niemiec.

AUTORKA: AGATA CHABIERSKA