Polska z kajaka. Dobrzyca z przygodami
25.08.2008
, aktualizacja: 21.08.2008 16:18
Dzika, tajemniczo ponura, pełna wiatrołomów Dobrzyca wymaga od kajakarzy pewnego doświadczenia. Pokonamy ją w trzy-cztery dni
Na Dobrzycę trafiliśmy przypadkiem. Po pięciu dniach na Piławie (prawy dopływ Gwdy, uroczy i łatwy szlak kajakowy opisany w "Turystyce" z 2 sierpnia) zostało nam jeszcze trochę czasu. Wtedy pan Andrzej Szeremeta, właściciel firmy Kapitan, z którą spływamy od wielu lat, zaproponował właśnie Dobrzycę, prawy dopływ Piławy...
Rzeka wypływa niedaleko wsi Łysinin, 8 km na wschód od Czaplinka, a dla kajaków jest dostępna od jeziora Machlino Duże koło wsi Machliny. Cały szlak liczy 60 km. My jednak zaczynamy w Golcach, na 20. kilometrze. W czasie II wojny światowej w okolicy toczyły się zacięte walki o Wał Pomorski, co upamiętnia pomnik w środku wsi.
Rozbijamy namioty na polu biwakowym przy rzece (toalety, wiata, ruszt do grilla, zbiornik z wodą, 7 zł/os./doba, 20 zł taczka drewna, tel. 0603 845 429) i natychmiast zabieramy się do grillowania. Na początek bakłażany i cukinie, które po zdjęciu z rusztu zalewamy aromatycznym ziołowym sosem. Potem wyborny pstrąg po kapitańsku z warzywnym farszem - potrawa, którą pan Andrzej dowozi nam na każdym spływie. Najedzeni zasiadamy przy ognisku. Niestety, deszcz przegania nas do namiotów. Zasnąć jednak trudno, bo pod wiatą trwa głośna impreza, a ze wsi dobiega żałosne ujadanie psa.
Budzę się o świcie i wciąż słyszę to nieszczęsne szczekanie. Idę za głosem - 500 m od biwaku pośrodku kartofliska cierpi przywiązany do łańcucha malutki piesek, bardzo brudny i mokry. Bez budy, bez wody i bez jedzenia. To jawne pogwałcenie ustawy o ochronie zwierząt! Interweniuję u pani sołtys i straży gminnej. Ta po kilku godzinach przyjeżdża (miło, że nie zignorowali zgłoszenia). Właściciele tłumaczą, że trzymają psa w kartoflisku, żeby odstraszał dziki!
Poranna akcja "pies" zabiera tyle czasu, że wypływamy dopiero w południe. Akurat natykamy się na ekipy XI Rodzinnego Spływu Kajakowego - co najmniej kilkanaście osób, wszyscy w okolicznościowych T-shirtach (fajnie, że ludzie podejmują takie inicjatywy). Będziemy się z nimi mijać po drodze.
***
Jakiś kilometr od Golców można dopłynąć - kanałem - do jeziora. I taki właśnie mamy zamiar. Niestety, kanał jest wąski, wygląda na zamulony, sporo wiatrołomów. Odpuszczamy w nadziei, że znajdziemy ciekawe miejsce do biwaku na rzece. Wkrótce jednak okaże się, że to niełatwe. Brzegi Dobrzycy są podmokłe, a olchy pozarastały je tak gęsto, że w tunelu drzew robi się ciemno i ponuro. Cisza. Czasem przemknie sarna, śmignie zimorodek, a nawet poderwie się do lotu bocian czarny (bardzo rzadki, pod ochroną) czy osobliwy tracz nurogęś (duży ptak z rodziny kaczkowatych). Pełna idylla, gdyby nie wiatrołomy. Zwalonych drzew są dziesiątki! Wiele jednak przecięto piłą i nie trzeba przenosić kajaków brzegiem. I dobrze to, i źle - mamy wygodniej, ale Dobrzyca traci trochę ze swej dzikości.
Ponieważ jednak stan wód jest niski, wiatrołomy i tak dają się we znaki. Co chwilę osiadamy na pniach albo z trudem się pod nimi przepychamy. Na dodatek woda jest straszliwie zimna, zmoczone dłonie wprost lodowacieją.
Znienacka NAD naszym kajakiem przelatuje człowiek! Ki czort?! Okazuje się, że mijamy park linowy w Rudnicy, jeden z największych w Polsce (www.rudnicapark.pl ). Ma 777 m długości i 48 przeszkód o różnym poziomie trudności (m.in. tyrolki, mosty trzylinowe, most birmański, skok indiański; bilet rodzinny 50 zł). I dzieci, i dorośli znajdą tu coś dla siebie. Można przejść jedną z czterech tras - od zielonej, łatwej, po czerwoną, trudną. Stajemy tu „na popas” i z podziwem obserwujemy śmigające między drzewami 12-latki. Zachowują zimną krew, nawet gdy wiszą dziesięć metrów nad taflą Dobrzycy. Upewniamy się, że żadne z nas nie ma ochoty na linowe emocje, i ruszamy dalej.
***
Wciąż podmokłe brzegi, wiatrołomy, wysokie zarośla, no i te niesamowite dęby. Wielkie, kilkusetletnie. I martwe (ponoć to sprawka bobrów). Suche ramiona wyrastają z potężnych pni - przejmujący widok. Niestety, ani śladu miejsca na biwak. Nagle nisko zawieszony nad rzeką mostek i przenoska. Czyżby na którymś z brzegów dało się rozbić namioty? Nic z tego, okolica zbyt podmokła.
Jakiś kilometr dalej betonowy most i leśna droga do Wałcza. Przy brzegu przeogromny, prawie pięćsetletni, na dodatek żywy, dąb - pomnik przyrody. W małej dziupli kapliczka z obrazkiem Matki Boskiej Częstochowskiej i sztucznymi kwiatami. Obok - co dziwne - miejsce na ognisko z ławeczkami. Dalej połać idealna na rozbicie naszych trzech namiotów. Nie zastanawiamy się ani chwili, zwłaszcza że znów zaczyna kropić deszcz, a jeden kajak nabiera podejrzanie dużo wody.
Oglądamy dąb, czytamy tablicę z nakazami i zakazami i wciąż nie możemy się nadziwić, że pozwala się tu palić ogniska (są wyraźne ślady). Skoro tak, to i my rozpalamy nieśmiały ogień - byle upiec kiełbaski...
Po chwili zjawia się samochodowy patrol leśnych strażników. Na nasze tłumaczenie, że ktoś tu przecież urządził miejsce piknikowe, odpowiadają, że to bezprawne (skoro tak, dlaczego nikt tego nie uprzątnął?!). Przekonywanie, że nie niszczymy przyrody i staramy się o nią dbać, zajmuje nam prawie godzinę. Na szczęście kończy się na upomnieniu (ważnym argumentem była dziura w kajaku).
Wieczorem zjawia się gość. Pan Andrzej Szeremeta, prosto z Wałcza, na rowerze (na drodze obowiązuje zakaz poruszania się pojazdów mechanicznych poza wyjątkami). Zjadamy razem kolację. Niestety, nadciąga kolejna fala deszczu i płoszy naszego "Kapitana".
Już w ciemnościach dokonujemy wieczornych ablucji (woda w rzece przeraźliwie zimna), popijamy herbatę, niektórzy idą spać. Koło północy od strony wody dobiegają słabe nawoływanie. - Halo, halo!
Czyżby ktoś w kajaku? Nie do wiary! Ciemno, choć oko wykol, więc jak tu płynąć krętą, pełną zwalonych drzew Dobrzycą, która i za dnia sprawia sporo kłopotów?!
Wyławiamy z kajaka dwóch chłopaków - 19- i 21-latka. Kompletnie przemoczeni, buty utopili gdzieś po drodze. Trzęsą się z zimna. To członkowie XI Rodzinnego Spływu. Dajemy im suche ubrania, szykujemy herbatę z cytryną, coś na ząb. I - wybaczcie, strażnicy - znów rozpalamy ognisko, zbierając po ciemku rozrzucone wcześniej na wasz rozkaz gałęzie (by mogli się ogrzać).
Niefortunni kajakarze podobno wyruszyli późno, mieli wywrotki. Tłumaczą, że często pływają po nocy i że reszta zazwyczaj się o maruderów nie niepokoi, imprezując na biwaku (sic!).
Wydzwaniamy wreszcie organizatorów Rodzinnego Spływu (chłopcy nie mieli komórek). Dopiero po dwóch godzinach zjawia się auto i zabiera zguby. Żółty kajak wypełniony do połowy wodą zostaje na brzegu. Odbiorą go nazajutrz.
Rzeka wypływa niedaleko wsi Łysinin, 8 km na wschód od Czaplinka, a dla kajaków jest dostępna od jeziora Machlino Duże koło wsi Machliny. Cały szlak liczy 60 km. My jednak zaczynamy w Golcach, na 20. kilometrze. W czasie II wojny światowej w okolicy toczyły się zacięte walki o Wał Pomorski, co upamiętnia pomnik w środku wsi.
Rozbijamy namioty na polu biwakowym przy rzece (toalety, wiata, ruszt do grilla, zbiornik z wodą, 7 zł/os./doba, 20 zł taczka drewna, tel. 0603 845 429) i natychmiast zabieramy się do grillowania. Na początek bakłażany i cukinie, które po zdjęciu z rusztu zalewamy aromatycznym ziołowym sosem. Potem wyborny pstrąg po kapitańsku z warzywnym farszem - potrawa, którą pan Andrzej dowozi nam na każdym spływie. Najedzeni zasiadamy przy ognisku. Niestety, deszcz przegania nas do namiotów. Zasnąć jednak trudno, bo pod wiatą trwa głośna impreza, a ze wsi dobiega żałosne ujadanie psa.
Budzę się o świcie i wciąż słyszę to nieszczęsne szczekanie. Idę za głosem - 500 m od biwaku pośrodku kartofliska cierpi przywiązany do łańcucha malutki piesek, bardzo brudny i mokry. Bez budy, bez wody i bez jedzenia. To jawne pogwałcenie ustawy o ochronie zwierząt! Interweniuję u pani sołtys i straży gminnej. Ta po kilku godzinach przyjeżdża (miło, że nie zignorowali zgłoszenia). Właściciele tłumaczą, że trzymają psa w kartoflisku, żeby odstraszał dziki!
Poranna akcja "pies" zabiera tyle czasu, że wypływamy dopiero w południe. Akurat natykamy się na ekipy XI Rodzinnego Spływu Kajakowego - co najmniej kilkanaście osób, wszyscy w okolicznościowych T-shirtach (fajnie, że ludzie podejmują takie inicjatywy). Będziemy się z nimi mijać po drodze.
***
Jakiś kilometr od Golców można dopłynąć - kanałem - do jeziora. I taki właśnie mamy zamiar. Niestety, kanał jest wąski, wygląda na zamulony, sporo wiatrołomów. Odpuszczamy w nadziei, że znajdziemy ciekawe miejsce do biwaku na rzece. Wkrótce jednak okaże się, że to niełatwe. Brzegi Dobrzycy są podmokłe, a olchy pozarastały je tak gęsto, że w tunelu drzew robi się ciemno i ponuro. Cisza. Czasem przemknie sarna, śmignie zimorodek, a nawet poderwie się do lotu bocian czarny (bardzo rzadki, pod ochroną) czy osobliwy tracz nurogęś (duży ptak z rodziny kaczkowatych). Pełna idylla, gdyby nie wiatrołomy. Zwalonych drzew są dziesiątki! Wiele jednak przecięto piłą i nie trzeba przenosić kajaków brzegiem. I dobrze to, i źle - mamy wygodniej, ale Dobrzyca traci trochę ze swej dzikości.
Ponieważ jednak stan wód jest niski, wiatrołomy i tak dają się we znaki. Co chwilę osiadamy na pniach albo z trudem się pod nimi przepychamy. Na dodatek woda jest straszliwie zimna, zmoczone dłonie wprost lodowacieją.
Znienacka NAD naszym kajakiem przelatuje człowiek! Ki czort?! Okazuje się, że mijamy park linowy w Rudnicy, jeden z największych w Polsce (www.rudnicapark.pl ). Ma 777 m długości i 48 przeszkód o różnym poziomie trudności (m.in. tyrolki, mosty trzylinowe, most birmański, skok indiański; bilet rodzinny 50 zł). I dzieci, i dorośli znajdą tu coś dla siebie. Można przejść jedną z czterech tras - od zielonej, łatwej, po czerwoną, trudną. Stajemy tu „na popas” i z podziwem obserwujemy śmigające między drzewami 12-latki. Zachowują zimną krew, nawet gdy wiszą dziesięć metrów nad taflą Dobrzycy. Upewniamy się, że żadne z nas nie ma ochoty na linowe emocje, i ruszamy dalej.
***
Wciąż podmokłe brzegi, wiatrołomy, wysokie zarośla, no i te niesamowite dęby. Wielkie, kilkusetletnie. I martwe (ponoć to sprawka bobrów). Suche ramiona wyrastają z potężnych pni - przejmujący widok. Niestety, ani śladu miejsca na biwak. Nagle nisko zawieszony nad rzeką mostek i przenoska. Czyżby na którymś z brzegów dało się rozbić namioty? Nic z tego, okolica zbyt podmokła.
Jakiś kilometr dalej betonowy most i leśna droga do Wałcza. Przy brzegu przeogromny, prawie pięćsetletni, na dodatek żywy, dąb - pomnik przyrody. W małej dziupli kapliczka z obrazkiem Matki Boskiej Częstochowskiej i sztucznymi kwiatami. Obok - co dziwne - miejsce na ognisko z ławeczkami. Dalej połać idealna na rozbicie naszych trzech namiotów. Nie zastanawiamy się ani chwili, zwłaszcza że znów zaczyna kropić deszcz, a jeden kajak nabiera podejrzanie dużo wody.
Oglądamy dąb, czytamy tablicę z nakazami i zakazami i wciąż nie możemy się nadziwić, że pozwala się tu palić ogniska (są wyraźne ślady). Skoro tak, to i my rozpalamy nieśmiały ogień - byle upiec kiełbaski...
Po chwili zjawia się samochodowy patrol leśnych strażników. Na nasze tłumaczenie, że ktoś tu przecież urządził miejsce piknikowe, odpowiadają, że to bezprawne (skoro tak, dlaczego nikt tego nie uprzątnął?!). Przekonywanie, że nie niszczymy przyrody i staramy się o nią dbać, zajmuje nam prawie godzinę. Na szczęście kończy się na upomnieniu (ważnym argumentem była dziura w kajaku).
Wieczorem zjawia się gość. Pan Andrzej Szeremeta, prosto z Wałcza, na rowerze (na drodze obowiązuje zakaz poruszania się pojazdów mechanicznych poza wyjątkami). Zjadamy razem kolację. Niestety, nadciąga kolejna fala deszczu i płoszy naszego "Kapitana".
Już w ciemnościach dokonujemy wieczornych ablucji (woda w rzece przeraźliwie zimna), popijamy herbatę, niektórzy idą spać. Koło północy od strony wody dobiegają słabe nawoływanie. - Halo, halo!
Czyżby ktoś w kajaku? Nie do wiary! Ciemno, choć oko wykol, więc jak tu płynąć krętą, pełną zwalonych drzew Dobrzycą, która i za dnia sprawia sporo kłopotów?!
Wyławiamy z kajaka dwóch chłopaków - 19- i 21-latka. Kompletnie przemoczeni, buty utopili gdzieś po drodze. Trzęsą się z zimna. To członkowie XI Rodzinnego Spływu. Dajemy im suche ubrania, szykujemy herbatę z cytryną, coś na ząb. I - wybaczcie, strażnicy - znów rozpalamy ognisko, zbierając po ciemku rozrzucone wcześniej na wasz rozkaz gałęzie (by mogli się ogrzać).
Niefortunni kajakarze podobno wyruszyli późno, mieli wywrotki. Tłumaczą, że często pływają po nocy i że reszta zazwyczaj się o maruderów nie niepokoi, imprezując na biwaku (sic!).
Wydzwaniamy wreszcie organizatorów Rodzinnego Spływu (chłopcy nie mieli komórek). Dopiero po dwóch godzinach zjawia się auto i zabiera zguby. Żółty kajak wypełniony do połowy wodą zostaje na brzegu. Odbiorą go nazajutrz.
1
2
następne »
-
Polska z kajaka. Dobrzyca z przygodami
fc_pl
28.08.08, 12:06
he... Drawe to pamietam, z 5 czy 6 razy plynalem. genialna rzeka.»
- hotele
- loty
- Oferty Booking.com
- Oferty FRU.PL
Podróże.gazeta.pl na Facebooku
Aktualna oferta

Podróżuj z nami co tydzień.
Przykładowy newsletterZaplanuj wakacje
Polska na weekend
Kontakt z redakcją
- ul. Czerska 8/10
- 00-732 Warszawa
- redakcja.podroze@gazeta.pl















