Z pasją o podróżach, wycieczkach i wyjazdach

Pięć rynków Popradu

  • Pin It
Franciszek Rapacki
18.08.2008 , aktualizacja: 13.08.2008 14:47
A A A Drukuj
Stary Poprad Fot. Narodowe Centrum Turystyki Słowackiej w Polsce Stary Poprad
Każdy jest sercem jednego z miast spiskich, które Rzeczpospolita dostała w zastaw od Węgier
Kryte gontem kamieniczki
Fot. Narodowe Centrum Turystyki Słowackiej w Polsce
Kryte gontem kamieniczki
Kolumna mariacka w Maciejowcach
Fot. Franciszek Rapacki
Kolumna mariacka w Maciejowcach
Gotycki kościół świętego Jerzego z renesansową dzwonnicą na rynku w Spiskiej Sobocie
Fot. Narodowe Centrum Turystyki Słowackiej w Polsce
Gotycki kościół świętego Jerzego z renesansową dzwonnicą na rynku w Spiskiej Sobocie
ZOBACZ TAKŻE
Tysiące polskich turystów przyjeżdżających w słowackie Tatry odwiedza Poprad. Na ogół spędzają kilka godzin na centralnym placu św. Idziego. Poza nim miasto wydaje się smutne i szare, zupełnie bezbarwne. Bloki, fabryki, brzydkie domki, krzywe chodniki, tu jakieś tory, tam grządki. Tatry w oddali też nie wyglądają pięknie, bo przestrzeń, która oddziela je od Popradu (miasta i rzeki) zmieniła się przez ostatnich 150 lat. Znikły lasy (w 2004 r. wichura pozbawiła drzew nawet najściślejsze podnóże gór), schludne spiskie miasteczka i wsie roztopiły się w morzu kanciastych, pudełkowatych domostw.

Niedaleko placu św. Idziego otwarto kilka lat temu Aquapark Poprad. Wielki, wciąż rozbudowywany kompleks, nastawiony w znacznej mierze na naszych rodaków, pozwala wygrzać się w ciepłych basenach zmarzniętym narciarzom i obolałym turystom. Czy to zatem wszystko, co można tu robić podczas tych kilku godzin, na które zjeżdżamy prosto z gór?

***

Odkrycie tajemnicy Popradu może zabrać trochę czasu. Gdy z basenów przejdziemy kilkaset metrów wzdłuż rzeki, odkryjemy zabytkowy rynek. Gdy jadąc w Tatry, do Smokowca i Łomnicy, popatrzymy w boczne uliczki, zobaczymy stare kościoły i mieszczańskie kamieniczki. A jeśli zajrzymy do przewodnika, okaże się, że spiskich placów-rynków jest w Popradzie aż pięć! Wyglądają podobnie, a jednak każdy ma niepowtarzalne cechy. Każdy jest sercem jednego z miast spiskich, które Rzeczpospolita dostała w zastaw od Węgier.

W listopadzie 1412 r. król Węgier Zygmunt Luksemburski w zamian za 37 tys. kop groszy praskich oddał w zastaw Władysławowi Jagielle 16 miast Spiszu. Poprad, Maciejowce, Wielka, Straże i Spiska Sobota to część owego zastawu, który Rzeczpospolita straciła w wyniku pierwszego rozbioru w 1772 r.

***

Stary Poprad to dziś tylko jedna z dzielnic liczącego ponad 50 tys. mieszkańców Popradu. Jego korzenie sięgają XIII w. Wizytówką miasta jest plac św. Egidia (Idziego), charakterystyczny dla spiskich rynków. Dwie zbiegające się ulice, prawie zawsze rozdzielone gotyckim kościołem katolickim, często renesansową dzwonnicą i kolumną mariacką. Pośrodku rynku albo w jego pierzei między kamienicami (na ogół klasycystyczne, ale i gotyckie) jest też ratusz i kościół ewangelicki. Ewangelicy najpierw mogli budować tylko w drewnie, ale w początkach XVIII w. Lubomirscy, polscy starostowie Spiszu, zezwalali na wznoszenie świątyń kamiennych.

Katolicki kościół św. Idziego tak jak miasto pochodzi z XIII w. Jego wnętrze z XV-wiecznymi malowidłami sakralnymi z widokiem Tatr można obejrzeć, jeśli świątynia jest akurat otwarta. Obok stoi dzwonnica i kościół ewangelicki, a w pierzei placu - stara synagoga. Partery kamienic zajmują knajpki, cukiernie i sklepy. Sport Rysy (tani sprzęt turystyczny), księgarnia Christiania (duży wybór książek i albumów, także polskich), Gazda (m.in. sery owcze).

Cukiernie - często stylowe - to spadek po CK Monarchii. Oczyma duszy widzę niemieckich czy węgierskich mieszczan, którzy w dniu wolnym od obowiązków nagradzają swoje dzieci za pilność, przyprowadzając je na taką samą jak dziś kremówkę.

***

Spiska Sobota niemal zawsze jest pusta. Przed samym rynkiem chodnik wiodący od starego Popradu i kompleksu basenów nagle się urywa. A potem wkraczamy w miejsce baśniowe. Zadbane domy z kamiennymi obramowaniami (jak na krakowskiej Kanoniczej) i spadzistymi dachami krytymi gontem (jak spichlerze w Kazimierzu Dolnym nad Wisłą), gdzieniegdzie drewniane belki. Plac na lekkim wzniesieniu wyłożono kostką. Na środku tradycyjnie, po spisku, gotycki kościół i renesansowa dzwonnica. Obok figura Niepokalanej, ratusz i rzucające cień drzewa. Rynek jest trójkątny, domy po południowej (prawej, jadąc od Popradu) stronie, są mniejsze i w każdym ktoś prowadzi interes. Jest kilka pensjonatów z restauracjami, stylowa apteka, sklep z antykami, muzeum i oczywiście cukiernia.

Stary kościół otwarty jest stale tylko w lecie, w dzwonnicy można zapłacić za zwiedzanie, kupić przewodnik. Ten kościół to prawdziwa perełka. Intryguje i zadziwia romańskie przyziemie i kilka późnogotyckich drewnianych ołtarzy. Przynajmniej dwa z nich pochodzą z lewockiej pracowni mistrza Pawła, który rzemiosłem ustępował tylko Witowi Stwoszowi. Patron kościoła św. Jerzy przebija smoka na płaskorzeźbie zakrywającej główny ołtarz, a obok, na jednym ze skrzydeł, malowidło ze św. Stanisławem - bliski przecież Kraków promieniował jako miejsce kultu na dolinę Popradu.

W Spiskiej Sobocie wszędzie czają się wspomnienia i nieopowiedziane historie. W kamienicy tuż obok cukierni mieszkała Zuzanna Hönschova, żona króla Madagaskaru Maurycego Beniowskiego. W parku, jako pamiątka słynnych niegdyś na cały Spisz targów (sobotnich, rzecz jasna) - stara zbożowa miara. W restauracji obok muzeum ze spiskim rzemiosłem - stary kominek i sczerniałe drewniane belki. Na końcu rynku zamknięty na głucho kościół ewangelicki. Zbita szyba, z tyłu bardzo stary mur - część dawnych miejskich blanków.

Spiska Sobota od początku lat 50. XX w. to miejski rezerwat architektury. W ciągu ostatnich dwóch dekad za sprawą renowacji nabrała trochę nierzeczywistego wyglądu. Mamy uczucie, że to jakby skansen nastawiony na turystów. Bliżej wschodniej strony rynku kamienice są mniejsze, nowsze i bardziej zniszczone od tych wokół św. Jerzego. Śmieci i wrak samochodu pod murem za ewangelicką świątynią odcinają się od odnawianej części miasteczka. Z tyłu za rynkiem stoją współczesne wille z ogródkami. Ale zwykłego sklepu i karczmy nie uświadczysz.

***

Wielka. Z popradzkiego dworca jest tu chyba nie dalej niż na plac św. Idziego. Mijamy sklep Billa, pokonujemy wiadukt nad torami i oto na słupie herb Wielkiej: kobieca ręka trzyma złoty kielich, z którego wynurza się smok (czy może bazyliszek?).

Po paru minutach zanurzamy się w tę elegancką, zieloną dzielnicę. Kamieniczki są bogate i zdobne, klasycyzujące, w kilku miejscach starsze. Miasto i jego rynek rozłożyły się wokół Wielickiego Potoku. Zbliżając się do torów, nad samą wodą widzimy w zieleni kościół ewangelicki. Drzwi zabite na głucho, ale wisi tablica z ogłoszeniami, więc ewangelicy na pewno tu mieszkają.

Przechodzimy przez mostek nad rwącym potokiem i skręcamy w stronę katolickiej świątyni. Wzdłuż ulicy kamieniczki, sklepy, warsztaty. Krzywe chodniki, przy nich stare samochody. W kościele św. Jana Ewangelisty z XIII w. akurat trwają modły. Masywne podpory w krużganku świadczą o romańskich korzeniach. Na środku jedynej nawy jedyna kolumna, a pod nią brązowa chrzcielnica - liczące 650 lat dzieło niemieckiego mistrza. Inne elementy wyposażenia barokowe. Gdy stajemy na zewnątrz, pod kolumną mariacką, spomiędzy dachów na północy widać ośnieżoną Łomnicę.

Przechodzimy na drugą stronę potoku i dalej w stronę dworca, by domknąć pętlę wokół dawnego rynku. Mijamy ślepy zaułek, podziwiając pracę kamieniarzy sprzed paruset lat. Tu, gdzie kończy się dawny rynek i ulica Frańa Krála (znany na Słowacji przedstawiciel literatury proletariackiej), dajemy się skusić restauracji Kolovratok. Wystrój góralski, jedzenie też. Po chwili pojawia się zimne piwo Bażant, bryndzowe pierogi i ser - czyli to, co Polacy lubią na Słowacji najbardziej (zestawy od 79 koron).

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • hotele
  • loty
  • Oferty Booking.com
  • Oferty FRU.PL

Podróże.gazeta.pl na Facebooku

Aktualna oferta