Z pasją o podróżach, wycieczkach i wyjazdach

Ukraina z kajaka. Z nurtem Prypeci i Stochodu

  • Pin It
Anna Dębicka, Bartłomiej Drozd
11.08.2008 , aktualizacja: 12.08.2008 17:20
A A A Drukuj
Postój w Oleninie nad Stochodem Fot. Anna Dębicka, Bartłomiej Drozd Postój w Oleninie nad Stochodem
Wyprawę kajakiem na Wołyń polecamy wszystkim, którzy chcą pobiwakować w leśnej głuszy, podziwiać stada galopujących koni i wioski całe z drewna, skosztować wędzonej słoniny i przez 120 km spływu nie spotkać ani jednego turysty!
Chata w Buczynie
Fot. Anna Dębicka, Bartłomiej Drozd
Chata w Buczynie
Pychówki na Stochodzie
Fot. Anna Dębicka, Bartłomiej Drozd
Pychówki na Stochodzie
Nasza kajakowa ekipa tuż przed startem we wsi Wielki Obzyr
Fot. Anna Dębicka, Bartłomiej Drozd
Nasza kajakowa ekipa tuż przed startem we wsi Wielki Obzyr
Przez kilka lat przemierzaliśmy kajakiem polskie rzeki: Gwdę, Piławę, Słupię, Łupawę, Łebę, Drawę, Drwęcę, Wdę, Łynę, Wel. Im więcej ich pokonywaliśmy, tym bardziej kusiła wyprawa za wschodnią granicę. I tak w lipcu 2005 r. wybraliśmy się na Litwę. Bardzo udany spływ w towarzystwie czeskich przyjaciół, z biegiem Niemna, Uły i Mereczanki, zadecydował o kolejnym - w lipcu 2007 ruszyliśmy na Ukrainę. Postanowiliśmy "zbadać" Prypeć i jeden z jej dopływów Stochód (tu dodajmy, że motorem tej, jak i wszystkich innych wypraw, był Krzysztof Dędek, który 11 lat temu zaraził nas kajakarstwem).

***

Chełm, ciepła, lipcowa noc. Opuszczamy pociąg wraz z plecakami, namiotami, zapasem jedzenia i nieodzownymi na spływach wodoszczelnymi workami na śmieci. Tu umówiliśmy się z czeskimi przyjaciółmi i stąd ruszymy w stronę granicy. Sznur czekających na odprawę ciężarówek widać już kilkadziesiąt kilometrów przed Dorohuskiem. Sprawnie pokonujemy zawiłości ukraińskiej biurokracji tylko dzięki panu Andrzejowi Bielonce z firmy Kaylon, który wypożycza nam kajaki i przewozi nad Stochód. Po czterech godzinach na granicy jesteśmy wreszcie na Ukrainie!

3 rano, przed nami 150 km. Z każdym kilometrem coraz większe wyboje. Drogi w tej części kraju bywają w tak złym stanie, że wzdłuż głównego traktu ciągnie się na polu pas ziemi wyjeżdżony przez miejscowych kierowców.

Po 130 km od granicy odbijamy w lewo, na Maniewicze, dalej prosto. Świta, przed nami Stochód. Przejeżdżamy most i skręcamy w lewo. Koniec asfaltu. Ostatnie kilka kilometrów to szutrówka z kawałkami asfaltu. Po bokach drewniane chaty i koślawe płoty.

Do wsi Wielki Obzyr docieramy o 5 nad ranem, w pobliżu resztki zabudowań kołchozu - tu chyba diabeł mówi dobranoc. Pan Andrzej życzy nam powodzenia i wręcza komplety radzieckich map sztabowych z 1989 r.

Padamy z nóg, ale nie warto już rozbijać obozowiska. W półśnie koczujemy do rana. Wokół unoszą się mgły, powietrze jest bardzo wilgotne. O ósmej rano (jak nigdy!) jedenaście załadowanych po burty kajaków jest już na wodzie. Zwyczajowo ustawiamy się do wspólnego zdjęcia na dobry początek.

***

Na Stochodzie spędzimy pierwsze trzy dni. Nizinna rzeka o niewielkim spadku toczy wody leniwie, pomagamy sobie wiosłami. Wokół bagniste brzegi i płaski krajobraz. Po wyspie utworzonej przez rzeczne rozlewisko biega stado koni. W tej części Ukrainy to bardzo częsty widok - mieszkańcy poleskich wiosek wspólnie wypasają konie, pilnuje ich pastuch. Po chwili całe stado przebiega przez rzekę tuż przed naszymi kajakami. Mimo skrępowanych kończyn wyglądają pięknie i dziko.

Rzeka jest bardzo kręta, płyniemy powoli. Brak emocjonujących przeszkód, jak np. bystrza, kamienie, zatopione kłody czy wartki nurt, co jakiś czas trzeba tylko pochylić głowę, przeprawiając się pod niskimi, drewnianymi mostkami (pod wyższymi zatrzymujemy się, gdy doganiają nas deszczowe chmury).

Największą atrakcją pierwszego dnia jest przystanek we wsi Olenino (Olenyne), gdzie na łące nieopodal rozłożyło się akurat targowisko. Na maskach leciwych ład żiguli pończochy, metalowe wiadra i konewki.

***

Drugiego dnia wpływamy w prawdziwy rzeczny labirynt. Rozlewiska Stochodu dają się we znaki (warto wspomnieć, że okolice Prypeci i Stochodu to jeden z ostatnich nieuregulowanych obszarów wodnych Europy; rzeki wylewają już wiosną, wody stoją aż do lata). Kilka razy pakujemy się w złą odnogę. Miejscami płyniemy wąskim tunelem wśród trzcin. Na nieco szerszych odcinkach wiosłowanie utrudniają nenufary, które oplatają wiosła. Nawigacja z pomocą mapy zdaje się na nic, pozostaje intuicja, nasłuchiwanie odgłosów i wypatrywanie - na stojąco ponad trzcinami - koryta rzeki. Mimo usilnych prób i próśb, by pozostawać w kontakcie z najbliższym kajakiem, gubimy się na dłużej. Po dwóch godzinach kluczenia i błądzenia cudem spotykamy się wszyscy w jednym miejscu!

Trzeciego dnia dopływamy do Lubieszowa, gdzie mieści się siedziba Parku Narodowego Prypeć-Stochód (w 1995 r. powstał park krajobrazowy, od sierpnia 2007 zyskał status narodowego). Mamy pozwolenia załatwione jeszcze przez pana Andrzeja (15 hrywien od osoby, płatne tylko w siedzibie parku w Lubieszowie).

Park zajmuje 44 ha, prócz rzek chroni jeziora Lubiaź i Nobel (przez które przepływamy) oraz Skoriń, Nigowyszcze i Omyt. Bagnista dolina Prypeci jest ostoją ptactwa. Można tu spotkać chronione okazy: czaplę białą, puchacza, perkoza, pliszkę.

Lubieszów to senne miasteczko nad Stochodem, stolica rejonu w obwodzie wołyńskim. Przed drugą wojną światową mieszkali tu Ukraińcy, Polacy i Żydzi. Polacy chętnie odwiedzają Kolegium Pijarów, do którego uczęszczało wielu znanych rodaków, m.in. naczelnik Tadeusz Kościuszko, filozof Kazimierz Narbutt, botanik Stanisław Jundziłł. Miało ono opinię jednej z najlepszych szkół II Rzeczypospolitej. Budynek o prostej bryle podziwiamy tylko z zewnątrz, nad wejściem tablica upamiętniająca lata 1755-59, kiedy uczył się w Stochodzie Kościuszko.

Za Lubieszowem rzeka znowu płata nam figla - wpływamy w ślepą odnogę. Żeby wrócić do punktu wyjścia, wiosłujemy godzinę pod prąd. W dobrych humorach późnym popołudniem dopływamy do wsi Buczyn. To ostatni popas nad Stochodem. Rozbijamy biwak tuż nad rzeką, niedaleko drewnianej cerkwi. Za nami 50 km. Jutro przetransportujemy kajaki na Prypeć.

Rano spacerujemy po wiosce w towarzystwie odważnego bociana. Podziwiamy małe, drewniane domki pomalowane na kolorowo, kryte strzechą lub eternitem. Wokół nich ogródki kwiatowe i warzywniki. W głębi podwórek widać studnie z żurawiem. Na dachach bez liku bocianich gniazd.

Po śniadaniu, spakowani, smażymy się na pastwisku, które przed chwilą było naszym polem namiotowym - czekamy na przewóz kajaków. Na nogi podrywa nas warkot motocykla marki Dniepr. W bocznym wózku zapas słoniny, wędzone ryby, czerstwy chleb i kilka butelek umiarkowanie kosztownego słodkiego wina. Dostajemy zaproszenie na degustację. Za chwilę dołączają sympatyczni koledzy motocyklisty. Domowa słonina jest przepyszna, jej smaku nie psuje nawet ciepławe wino i twardy jak skała chleb. Gdy butelki zostały opróżnione, oglądamy popisową jazdę ciężkim motocyklem w warunkach terenowych. W końcu zjawia się pan Wiktor, umówiony wcześniej pracownik parku narodowego, by nas przetransportować. Żegnamy się z przemiłymi gospodarzami i jazda nad Prypeć.

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • hotele
  • loty
  • Oferty Booking.com
  • Oferty FRU.PL

Podróże.gazeta.pl na Facebooku

Aktualna oferta