Z pasją o podróżach, wycieczkach i wyjazdach

Pontonem po jeziorach i Krutyni

  • Pin It
Witold Borkowski
11.08.2008 , aktualizacja: 07.08.2008 13:40
A A A Drukuj
Staktek spacerowy na jeziorze Guzianka Wielka Fot.Witold Borkowski Staktek spacerowy na jeziorze Guzianka Wielka
Najpiękniejszy, ponad 100-kilometrowy szlak kajakowy Europy można także pokonać canoe, rowerem lub pieszo. Ja wybrałem ponton. Mój napęd to pragnienie przygody i dwa drewniane wiosła...
Szlak Krutyni. Widok z największej wyspy na jeziorze Zyzdrój
Fot.Witold Borkowski
Szlak Krutyni. Widok z największej wyspy na jeziorze Zyzdrój
Stanica Sorkwity
Fot.Witold Borkowski
Stanica Sorkwity
Ranczo Zielony Koń
Fot.Witold Borkowski
Ranczo Zielony Koń
Powalone drzewo w Krutyniu koło ośrodka Syrenka
Fot.Witold Borkowski
Powalone drzewo w Krutyniu koło ośrodka Syrenka
W Sorkwitach wyskakuję z warszawskiego autobusu (odjazd z Dworca Zachodniego o godz. 6.15) i pędzę nad Jezioro Gielądzkie. Po drodze zakupy (koniecznie pyszna konserwa turystyczna Mazury!), bo do najbliższego sklepu w Borowie są dwa-trzy dni drogi. Nadmuchuję czterokomorowy ponton Passat 4 K firmy Stomil Grudziądz o wyporności 240 kg (niestety, już się ich nie produkuje) i dwa materace (jest zimny maj). Mój napęd to pragnienie przygody i dwa drewniane wiosła. Na tym pięknym szlaku, jakim jest Krutynia, stosuję zasadę: im wolniej, tym lepiej.

Dzień 1. i 2. Z Gielądzkiego na Lampackie

Wita mnie popołudniowe słońce, błękit i szum Jeziora Gielądzkiego. Pierwsze pchnięcie wioseł, pierwszy wiatr na twarzy, pierwsze zmrużenie oczu od blasku fal pędzonych północnym wiatrem. Skręcam w lewo, w ścianę trzcin, które rozstępują się, ukazując wąską wodną drogę.

Pierwsza rzeczka prowadzi pod mostem kolejowym i ruchliwą drogą Olsztyn - Mrągowo. Czym prędzej przepływam pod hałaśliwą przeszkodą i znikam w bagienno-leszczynowych chaszczach. Płynę powoli, podziwiając nabrzeżne paprocie. Mijam wędkarza - jak on wszedł na te bagienne ostępy?

Nagle rzeczka zwęża się jeszcze bardziej. Pode mną płyciutkie kamieniste dno, woda zwiększa tempo. Prawdziwie górska jazda! Wyskakuję koło pałacu von Mirbachów, wprost do Jeziora Lampackiego, gdzie witają mnie jak w piosence o Krutyni „rozkołysane łany trzcin” (posłuchamy jej na: www.sorkwity.pttk.pl ). Płynąc przy brzegu, docieram do PTTK - stołówka o strzelistym dachu i zielone hangary to wizytówka tego miejsca. Dalej wzdłuż trzcin, po 40 minutach skręt w lewo. Ostatnie spojrzenie do tyłu na znikającą stanicę w Sorkwitach i jestem w przejściu łączącym Jezioro Lampackie z jeziorem Lampasz. Wtem błękit nieba zaciąga się bielą, po chwili pojawiają się złowróżbne ołowiane chmury. Dobijam do pierwszego biwaku, którego... nie ma, bo zniknął w gęstwinie pokrzyw. Wycinam je, kładę folię, ustawiam namiot. Gdy chowam w nim ostatni bagaż, z nieba spadają pierwsze krople. Za chwilę to już ulewa, na szczęście krótkotrwała.

Zachodzi słońce. Dopadają mnie komary - nic to! Rozstawiam statyw i fotografuję. Co za uczta dla oczu! Niebo szaleje nade mną czerwienią, w końcu powoli gaśnie. Jem kolację w namiocie, patrząc z satysfakcją, jak roje latających bestii usiłują przedostać się przez moskitierę. Wskakuję w zimowy śpiwór - tu nawet w lipcu temperatura może spaść do kilku stopni. Zasypiając, postanawiam spędzić w tym miejscu jeszcze jeden dzień.

***

Dzień 3., 4. i 5. Ranczo Zielony Koń

O 3.50. budzi mnie koncert setek ptaszków. Wychodzę przed namiot, przestawiam ślimaki wielkie jak czołgi - jest ich tu pełno. Na śniadanie obowiązkowa jajecznica. Zwijam mokry namiot, sprawnie pakuję wszystko (aktywną turystykę uprawiam od dzieciństwa) i w drogę! Znowu pomyślny wiatr w plecy. Płynę po jeziorze Lampasz, mijając tabliczki przy pomostach: "Teren prywatny", "Wstęp wzbroniony". Mijam pensjonat Wilamówek, gdzie kursuje mały prom przewożący gości. Tu dość szerokie jezioro skręca nieco w prawo, zwęża się, brzegi są coraz bardziej strome. Po obu stronach strzeliste sosny, istna ściana lasu.

Na horyzoncie widnieje Ranczo Zielony Koń z pensjonatem prowadzonym od 18 lat przez gościnnych państwa Hanke. Rozbijam namiot na zielonej łące pełnej stokrotek. Wspinam się na wzgórze. Piękny widok: w dole podłużne jezioro, po obu stronach wspaniałe lasy. To najpiękniejsze miejsce na całym szlaku. Idę do domu właścicieli, którzy przez lata włożyli wiele serca i pracy, by uczynić ranczo tak wspaniałym (mają piwniczkę zbudowaną z autentycznych głazów z epoki lodowcowej, w której zawsze panuje chłód).

Noc spędzam w namiocie, słuchając szumu przepływającej tuż obok płyciutkiej rzeczki Sobiepanki. Budzi mnie deszcz. Leje, leje i leje. Po śniadaniu spacer po lesie. Na jezioro patrzeć nie chcę, bo ołowiane chmury przyprawiają mnie o depresję. Ptaki milkną, ulewa trwa 24 godziny. Leżę w namiocie (jest świetny, nie przepuszcza ani kropli), ale i tak wyczuwa się wszechobecną wilgoć. Zasypiam ogłuszony milionami kropel.

***

Dzień 6. Przez Kujno do Bobrowa

SŁOOOŃCEEE!!! Świat znów jest piękny. Pakuję rzeczy, gorąco dosłownie mnie wypędza mnie z namiotu, który jest już suchuteńki.

Chwilę płynę, ale przed mostkiem muszę wyjść z pontonu. Trzymając cumę, puszczam go do przodu; prąd ciągnie gwałtownie, zapieram się o kamieniste dno, by go nie stracić. Jeszcze jakieś 50 m i za mostkiem wsiadam na mój okręt. Płynę pod parasolem wysokich drzew. Kilka uschniętych legło w poprzek nurtu, ostre konary pod wodą są bardzo niebezpieczne (tak będzie też za Spychowem, za Krutyniem i za Uktą). Przepływam małe jezioro Kujno i już jestem na rzeczce Grabówce, z pomostami prywatnych działek.

Przed mostem dobijam do baru Bobry (jeszcze zamknięty), robię zakupy w pobliskim sklepie. Rozbijam się zaraz za Borowem, po lewej stronie. Nocą trwają tu zaciekłe walki byków, a ja - chcąc nie chcąc - muszę wystąpić w roli toreadora, odpędzając je od namiotu i pontonu. Więcej tu nie stanę!

***

Dzień 7. Jezioro Białe

Zrywam się o brzasku i czym prędzej odpływam. Wiatr mam pomyślny, więc błyskawicznie mijam wioskę Dłużec nad jeziorem Dłużec. Na pogodnym niebie pojawia się mała chmura - wkładam foliowy płaszcz i dodatkowo opatulam siebie i bagaże wielką folią, którą na biwakach rozkładam pod namiot. Już kropi. Wpływam na krótką rzeczkę, która wije się pod konarami starych, wysokich drzew. Świetny parasol.

Deszcz ustaje, a ja jestem na jeziorze Białym, które dzięki białym chmurom w górze jest naprawdę białe. Trzymając się lewej strony docieram do największej wyspy z rozległym polem biwakowym. Rozbijam się niemal na samym brzegu. Co prawda wiatr tu nieźle hula, ale dzięki temu mam spokój z komarami. Jestem oczarowany urokiem miejsca, widokiem na rozległe jezioro i złotopomarańczowym zachodem słońca. Nigdy nie zapomnę ogromnych obłoków napływających niczym międzygalaktyczne statki kosmiczne. W nocy słucham koncertu żab i pohukiwań sowy.

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • Pontonem po jeziorach i Krutyni tepisarek 22.07.09, 06:30

    Ślicznie! A teraz krótkie podsumowanie: co było najpiękniejsze?-brak tłoku,dzika przyroda i samotność. Co zrobił wędrowiec?- podał to wszystko do jaknajpubliczniejszej wiadomości. Co »

  • hotele
  • loty
  • Oferty Booking.com
  • Oferty FRU.PL

Podróże.gazeta.pl na Facebooku

Aktualna oferta