Ewa Wachowicz, Miss Polonia 1992 i Miss Świata Studentek 1993, producentka programów telewizyjnych o tematyce poradnikowo-kulinarnej

21.07.2008 06:00

Fot. Sayyid Azim / AP

Serce zostało w RPA. Po raz pierwszy pojechałam tam na wybory miss świata w 1992 r. Nie licząc wakacji w NRD, z których pamiętam jedynie kemping, i studenckiego wyjazdu na truskawki do RFN, to była moja pierwsza poważna wyprawa za granicę
Wybory odbywały się w Sun City - cudownym mieście zbudowanym na pustyni, prawdziwym królestwie kiczu (jest on posunięty do takiego absurdu, że aż staje się ładny). Można znaleźć tam wszystko, co tylko człowiek jest w stanie wymyślić: sztuczną falę do surfingu, sztuczne skały, wiszące mosty, pola golfowe, baseny, kasyna...

Drugi raz wybrałam się do RPA sama (dziś już nie polecam, bo zrobiło się niebezpiecznie) - wynajęłam samochód i jechałam, gdzie mnie oczy poniosły. Pokonałam tak 13 tys. km. Wiele miejsc odkrywałam przypadkowo albo za sprawą przewodników. Trafiłam np. do miejscowości Clark w środkowej części kraju, XIX-wiecznego miasteczka w stylu kolonialnym, czystego i wypielęgnowanego - miałam wrażenie, jakbym przeniosła się sto lat wstecz. Nigdy też nie zapomnę małego gospodarstwa bed&breakfast, w którym zatrzymałam się na noc: w ogrodzie był grill i porąbane drzewo na opał, w lodówce zamarynowane mięso, a rano pod drzwiami czekało świeże pieczywo i mleko prosto od krowy. Takiej gościny jak tam nie zaznałam nigdzie na świecie. Wciąż tęsknię za RPA, za przyjaciółmi i za wspaniałą przyrodą. Odgłosy puszczy są tam zupełnie takie same jak w opisach Sienkiewicza!

Lubię też...

Australię - z powodu klimatu, ale i za sprawą miłych ludzi, którzy mają niesamowicie spokojne podejście do życia; Tajlandię - za smaki (dla mnie to jedna wielka kuchnia, nawet w przydrożnej jadłodajni za jednego dolara wszystko smakuje wybornie, no i pachnie świeżą kolendrą, którą uwielbiam); Urugwaj - za jego bezkresną pampę z samotnymi estancjami.

Nigdy więcej...

nie zjem koreańskiego przysmaku, którego nazwy już nie pamiętam. Przypominał stonkę i choć nie wyglądał apetycznie, z czystej ciekawości postanowiłam spróbować. Jednak chityna wchodząca między zęby skutecznie mnie zniechęciła.

Niemiła przygoda spotkała mnie.

w RPA, gdy jeździliśmy tropami rdzennych plemion. Raz spotkaliśmy na drodze kobiety ze szczepu Kosa - twarze miały pomalowane białą miką, a siekiery niosły nie w ręku, ale dosłownie przewieszone przez czubek głowy (trzonek huśtał się tuż przy uchu, a ostrze dotykało głowy). Wrażenie było tak niesamowite, że bez pytania zaczęłam je fotografować. Kobiety w krzyk. Zaczęły nas odganiać, szarpać za aparat. Nie znając ich języka, nie mogłam wytłumaczyć, że nie miałam złych intencji (wiele plemion wierzy, że robiąc zdjęcie, zabiera się komuś duszę). Szybko uciekliśmy do samochodu i odjechaliśmy... z wyrzutami sumienia.

Niezapomniany środek lokomocji...

Wóz drabiniasty ciągnięty przez dwie wychudzone krowy. Jechałam nim w RPA do jednej z zuluskich wiosek. Droga była strasznie wyboista i dłużyła się w nieskończoność. Krowy zwierzętami pociągowymi raczej nie są, więc szarpały niemiłosiernie, a że wóz nie miał resorów, bolały mnie wszystkie kości.

Nigdy nie zapomnę wycieczki do.

klasztoru w Korei Południowej, w 1995 r. Byłam wtedy jurorem wyborów Miss World Universe w Taygen. Po konkursie ambasador Polski zabrał mnie do jednego z najstarszych buddyjskich klasztorów. Mogliśmy wejść do miejsc nieudostępnianych zwiedzającym, m.in. tam, gdzie przechowywane są tablice z pierwszą zapisaną historią życia Buddy. Dawno uleciała mi z głowy nazwa klasztoru, nie pamiętam też dokładnie jego historii, ale nadal czuję mistyczną aurę tej świątyni.

Na wyprawę zawsze zabieram...

aparat fotograficzny (noszę go nawet na co dzień w torebce), małe drobiazgi-upominki z Polski (np. krakowskie czapeczki), bo bardzo lubię obdarowywać nimi spotkanych za granicą ludzi, oraz notesik i długopis - bo gdy zawodzi język, przydaje się pismo obrazkowe.

W każdym kraju, który odwiedzam, staram się...

zobaczyć wschód i zachód słońca. Jest w tym coś magicznego. Najpiękniejszy wschód widziałam na Półwyspie Helskim o 4.15 rano, a zachód - na Przylądku Dobrej Nadziei. Ale miło wspominam też zachód słońca na Ibizie, w znanym barze Café del Mar w San Antonio, gdzie w czasie wakacji ściągają turyści z całego świata i gdzie widowisku towarzyszy podniosła muzyka.

W Polsce lubię...

Moje serce skłania się ku górom, bo pochodzę z Małopolski (w Tatry jeżdżę zawsze w październiku, nigdy w sezonie!). Duży sentyment mam też do Kiermusów na Podlasiu (pamiętam czasy, kiedy stał tam tylko jeden dom!) i do Pojezierza Drawskiego, gdzie swego czasu organizowaliśmy spływy kajakowe. Myślę, że nie doceniamy bogactwa naszej przyrody. Niedawno gościłam przyjaciół z Grecji i nic nie zrobiło na nich takiego wrażenia - żaden Kraków, Gdańsk czy Warszawa - jak lasy, łąki i jeziora.

Marzę, by zobaczyć...

Kubę, jeszcze za życia Fidela Castro...

Zobacz także
Skomentuj:
Ewa Wachowicz, Miss Polonia 1992 i Miss Świata Studentek 1993, producentka programów telewizyjnych o tematyce poradnikowo-kulinarnej
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

  • Hotele
  • Hotele Zurych
  • Hotele Bazylea
  • Szukaj hotelu

  • Szukaj hotelu w Zurychu

  • Szukaj hotelu w Bazylei