Indie - Nepal

Fascynujący dziennik z egzotycznej podróży

16 sierpnia Delhi

Samolot rumuńskich linii Tarom wylądował na lotnisku w New Delhi o 7.50 rano.

Jesteśmy zaskoczeni jakością usług. Można się przyczepić jedynie do jedzenia.

Przy wyjściu z sali przylotów, zaraz po drugiej stronie szklanych drzwi, znajdujemy autobus do centrum w cenie 20 Rs za osobę + 10 Rs za bagaż. Taksówkarze proponują nam kurs za 400 Rs.

Autobus dowozi nas do New Delhi Railway Station. W tej okolicy, po zachodniej stronie stacji, znajdują się najbardziej popularne i najtańsze w mieście hotele. Ceny na Main Bazaar Street kształtują się w granicach 150 Rs za dwójkę. Ciężko znaleźć coś lepszego i tańszego. Zatrzymujemy się w Hotel Down Town, w wąziutkiej uliczce naprzeciwko dobrze oznaczonego Hotel Star Palace. Jest bardzo czysto i choć pokoiki są dość ciasne, są warte swojej ceny. We wspólnych łazienkach jest ciepła woda.

W okolicznych sklepach można kupić wszystko. Zaopatrujemy się w grzałkę do wody ze specjalną, brytyjskiego typu wtyczką.

17 sierpnia Delhi

Na New Delhi Railway Station, na górze w Tourist Booking Office można zarezerwować miejsca na każdy pociąg i wykupić bilety. Można płacić w dolarach lub w rupiach. Obsługa jest powolna, kolejka dolarowa krótsza. Ceny przeliczane są według kursu bankowego. Zarezerwowaliśmy dziś pociąg do Kanyakumari przez Thrivananthapuram (vel Thrivandrum) na drugą klasę - sleeper za 13 dolarów. Wcześniej w jakimś prywatnym Tourist Office, których tu pełno (co drugi punkt usługowy na ulicy to biuro turystyczne), gość zaśpiewał nam za taki bilet 70 USD.

Pierwsze uwagi o cenach:

Riksze motorowe są z reguły dwa razy droższe od rowerowych.

Znaczki poczty lotniczej za granicę wynoszą 6 Rs.

Ceny w restauracjach są podobne - wybierać można więc wyłącznie w jakości lokalu.

18 sierpnia Delhi

Zauważyliśmy dziś ze zdumieniem, że w rikszach są taksometry. Rzadko jednak się zdarza, żeby turyści płacili według wskazań taksometru. Przepłacają trzykrotnie. Dlatego warto cenę ustalić przed kursem.

Ponieważ jest niedziela i Foreign Tourist Booking Office na stacji jest zamknięte, nie udaje nam się kupić biletów do Agry. W agencjach w mieście zaproponowali nam za nie 25 USD za osobę!!!

Stołujemy się w knajpce w Hotelu Vivek na Main Bazaar. Jest super.

19 sierpnia Delhi

Nie uwierzyliśmy dziś naganiaczom z Tourist Office, że Taj Mahal w Agrze zamknięty jest w poniedziałek. Nie piszą o tym w przewodnikach, nie wiedzą o tym w informacji turystycznej na stacji kolejowej w Delhi. Pojechaliśmy więc i pocałowaliśmy kołatkę. Bilet na sleeper (choć to tylko cztery godziny, to jednak jest tu więcej przestrzeni, niż w "klasie popularnej") kosztował 48 Rs.

Przy rezerwacji miejsc na lepsze klasy trzeba przed podejściem do okienka wypełnić specjalne formularze, wpisać w nie nazwę pociągu, jego numer, klasę, nazwiska podróżnych itp.

To, co mówią o naganiaczach, to szczera prawda. Choć spieszyliśmy się dziś na stację kolejową w Agrze, by zdążyć na ostatni pociąg do Delhi, nasz rikszarz pojechał w przeciwną stronę i zatrzymał się przed sklepem z dywanami "prowadzonym przez brata".

20, 21, 22 sierpnia Delhi - Kanyakumari

Jedziemy Kerala Express z New Delhi do Thrivandrum. Potem przesiadamy się w pociąg wieczorny do Kanyakumari. Łącznie spędzamy w podróży 57 godzin.

Podróż sleeperem jest OK. Najgorsze miejsca są na samej górze, bo w nocy strasznie wieje od wentylatorów. Nasi hinduscy współtowarzysze podróży są ciekawscy, ale spokojni i kulturalni.

Przekonaliśmy się dzisiaj, że nie uda się przeżyć takiej podróży jedząc wyłącznie banany i popijając je wodą mineralną. Z ostrej biegunki nie wyciąga nas ani węgiel, ani sulfaguanidyna, ani leki homeopatyczne. Imodium skutkuje dopiero przy czwartej tabletce.

W Kanyakumari jedziemy najpierw do DVK Lodge, polecanego w przewodniku Lonely Planet. Jest on jednak wyjątkowo brudny i zakaraluszony. Taksówkarz zawiózł nas więc do Manickhan Tourist Home, hotelu middle range, w którym za dwójkę z łazienką płacimy tyle, co za ciasne pokoiki w Delhi.

23 sierpnia Kanyakumari

Jedną z niezapomnianych rzeczy w moim życiu będzie z pewnością targ rybny, który odbywa się tu na wybrzeżu o wschodzie słońca.

Stołujemy się w Surya Restaurant w Hotelu Samudra. Jedzenie jest genialne, a Special Naan jest naprawdę special.

24 sierpnia Kanyakumari - Kovalam

Z Kanyakumari do Kovalam autobusy odchodzą o 6.00, 9.00 (?) i 14.00. Mimo, że istnieje mnóstwo krótszych dróg, autobusy zajeżdżają najpierw do Thrivandrum. Bilet kosztuje 25 Rs. Można również pojechać taksówką za 600 Rs.

W Kovalam podszedł do nas Hindus. Powiedział nam, że jest z Surya Tourist Home, sympatycznie opisywanego w przewodniku Lonely Planet. Powiedział nam również, że jego hotel jest w przewodniku pod numerem 24, żebyśmy sobie o nim przeczytali. Zaprowadził nas jednak, niestety, do innego hotelu, ale za późno zorientowaliśmy się, że "zrobił nas w balona".

Troje z nas pada ofiarą tzw. chinese haze lub inaczej eye flu (pink eyes, według lekarza w Polsce, czyli wirusowe zapalenie spojówek). Według starego Hindusa jest to choroba bardzo popularna w Kerala. Puchną nam powieki, białka zachodzą krwią, łzawią, ropieją i szczypią. Gdy kładziemy się na wznak, czujemy, jak gałki wpadają nam do środka głowy. Dostaliśmy od lekarza z Kanyakumari, który w ogóle nie znał takiej choroby, krople o nazwie Norflox firmy Cipla (Norfloxacin USP 0,3 % w/v, Benzalkonium Chloride NF 0,01 % w/v), ale nasz znajomy tubylec twierdzi, że żadne krople nam na to nie pomogą. Choroba sama mija po 2-3 dniach. Faktycznie, Ewa czuje się już całkiem nieźle po trzecim dniu, natomiast ja i Marcin, jako że jest to nasz pierwszy dzień, męczymy się jak cholera.

25 sierpnia Kovalam

Dowiadujemy się dzisiaj, że wyprawa samolotem na Malediwy w tę i z powrotem jest do załatwienia w granicach 100 USD. Do tego dochodzą ceny noclegów.

W Kovalam można śmiało próbować całej gamy owoców morza w cenie ok. 75 Rs za danie. Wsuwałem dziś smażonego rekina za 40 Rs i blue marlina za 75 Rs.

Lekarz w Kovalam przepisał nam dziś inne krople na Chinese Haze - Sofradex firmy Rousell (Framycetin Sulphate BP 5,0 mg/ml, Gramicidin 0,05 mg/ml, Dexamethasone < as sodium metasulphobenzoate > 0,5 mg/ml). Są dużo mocniejsze, niż te poprzednie, szczypią pioruńsko, ale przynoszą natychmiastową ulgę.

26 sierpnia Kovalam

Asia i Patrycja padły dziś w nocy ofiarą chinese haze, co przewidział nasz znajomy Hindus. Teraz już wszyscy mamy czerwone oczy i wyglądamy jak pijane szczury. Robimy sobie zdjęcia dla potrzeb ubezpieczenia.

W Kovalam można dokonać czarnorynkowej wymiany walut po kursie 35,50 (przy kursie bankowym 34,95). Niestety "cinkciarze" przyjmują tylko banknoty studolarowe.

27 sierpnia Kovalam - Madurai

Wydostać się z Thrivandrum nie jest łatwo. Do Madurai kursuje codziennie jeden pociąg o 20.35, ale miejsca zarezerwowane są do 7 września (!). Na pociąg do Madrasu jest lista oczekujących. Autobusy do Madurai są również zarezerwowane. Udaje nam się cudem wsiąść do takiego o 17.30, bo nie ma na niego wcześniejszych rezerwacji. Bilet kosztuje 70 Rs. Na miejscu jesteśmy o 0.20. Naganiacze prowadzą nas do hotelu.

Od 26 do 31 sierpnia w Kerala trwa festiwal Onam. Coś w rodzaju dożynek. W restauracjach serwują wtedy specjalność regionu na liściach banana.

28 sierpnia Madurai

Hotel, w którym nocowaliśmy, nazywa się Dhanamani Hotel. Dwójka kosztuje tu 149,50 Rs, ale od rana jest taki hałas, że spać nie można. W wielu pokojach nie ma pryszniców, a Hindusi strasznie dziwili się, że ich wymagamy.

Do Bangalore odchodzi około 10 autobusów - rano co godzinę, później co dwie. Pierwszy jest o 6.30, ostatni ok. 21.00. Podróż trwa ok. 10 godzin.

Na stacji kolejowej, w Tourist Information Center wszyscy są bardzo uprzejmi. Mimo że rezerwacji dokonuje się przed godziną 11.00, potraktowano nas jako "emergency" i dostaliśmy miejsca w pociągu.

29 sierpnia Bangalore

Bangalore jest mocno przereklamowanym miastem. Faktycznie bardzo "zachodnim" pod względem architektury i mody (nawet dziewczyny chodzą tutaj w jeansowych spódniczkach), ale zatłoczonym i zadymionym. Choć wiele jest hoteli, dziś długo szukaliśmy wolnych pokoi. Dodatkowej atrakcji dostarczał fakt, że w Bangalore w dziwny sposób rozumieją znaczenie słowa "hotel". Oznacza on raczej restaurację i w wielu miejscach nazywanych "hotel" można co najwyżej zjeść thali. Dopiero słowo "lodge" w nazwie daje nieco więcej nadziei.

Gdy już znaleźliśmy wolny pokój, musieliśmy przyjąć go z dobrodziejstwem inwentarza. Śpimy więc w ośmioosobowym dormitory w sześć osób w cenie 110 Rs za osobę.

Świątynia Byka wygląda na wymarłą, a rzeczonego oglądać można jedynie przez oka w drewnianej kracie wrót. Ogród botaniczny, zatłoczony jak całe miasto, również nie jest zachwycającym miejscem. Przyjazd tutaj był chyba wielką pomyłką.

30 sierpnia Madras

Madras jest zdecydowanie dużo spokojniejszym i mniej zatłoczonym miastem niż Bangalore. Atmosfera jest całkiem miła, choć po południu trudno znaleźć wolne pokoje w hotelach. Znów śpimy (hotel Vaigai) za 142 Rs na łeb w trzy osoby w dwójkach, w pokojach, które w innych miejscach kosztowałyby 150 za cały pokój.

Nic nie jemy, aby zmieścić się w budżecie.

31 sierpnia Madras

Wykupiliśmy dzisiaj wycieczkę dokoła Madrasu za 80 Rs (+ 60 Rs wszystkie bilety wstępu) na osobę. Pośpiech w zwiedzaniu był niesamowity, ale nigdy nie objechalibyśmy tych miejsc na własną rękę. Zapłaciliśmy po 20 Rs drożej niż reszta pasażerów.

Zabiłem wczoraj w łazience całą rodzinkę karaluchów. Dziś zabiłem drugą, natykając się na okaz długości palca wskazującego. Powyższego ocaliłem jako pomnik przyrody. Ewa widziała szczury na korytarzu. Hotel Vaigai z pewnością polecimy znajomym.

1 września Madras

W niedzielę całe miasto jest wymarłe. Pracują tylko prywatne sklepy i biura turystyczne. Na szczęście w hotelach można dokonać wymiany pieniędzy. Dzisiejszy kurs: za gotówkę - 34,90, za czeki podróżne 35,15. Bardziej więc opłacają się tu czeki. Odwrotnie niż w Delhi.

Z Madrasu kursują dwa pociągi bezpośrednio do Patny przez Varanasi we wtorek i w czwartek. Do Bhubaneswaru pociągi jeżdżą dwa razy dziennie. Ceny w sleeper - 262 RS, w A/C (klimatyzacja) sleeper - 1184 Rs.

2 września Madras

Sightseeing po Madrasie wykupiony w biurze turystycznym za 40 - 50 Rs nie jest wart swojej ceny. Choć Snake Park i Muzeum Państwowe było całkiem w porządku, resztę ogląda się jedynie zza brudnych okien autobusu. Do tego jeszcze próbowali wyciągnąć od nas po 20 Rs za bilety wstępów do zwiedzanych miejsc. My na całe szczęście uparliśmy się, że będziemy płacić sami, przy obiektach. Wstępy kosztowały nas łącznie 8 Rs plus 5 Rs za robienie zdjęć w Snake Park.

W Madrasie od 15.00 do 18.00 mają przerwę w pracy wszystkie restauracje.

Z prohibicją w Tamil Nadu to już chyba nieaktualne. Na ulicach jest wiele sklepów z zachodnimi alkoholami. Widuje się także "podciętych" kolesi.

3 września Bhubaneswar

Pociąg "Howrah Mail" dojechał do Bhubaneswaru punktualnie po dwudziestu czterech godzinach. Po wschodniej stronie dworca znajdujemy taniutki hotel (dwójka za 120 + 20 Rs za dodatkową osobę). Hotel jest zaraz przy torach, jest całkiem w porządku, choć restauracja w nim nie wydaje się być wyjątkowo czysta. Jemy w niej, bo jesteśmy zmęczeni podróżą i jest nam wszystko jedno. Pijemy z brudnych szklanek i zabawiamy się czytaniem koślawego menu.

4 września Bhubaneswar - Puri

W Orissie sporo kobiet chodzi bez bluzek pod sari. Niestety, są to już stare, pomarszczone baby.

Piliśmy dzisiaj lassi z lodem. Widocznie bardziej lubimy lassi niż boimy się ameby.

Koło świątyni Mukteswar w budach z pamiątkami można kupić różne starocie - lampki oliwne, metalowe szkatułki, bransolety, po całkiem rozsądnych cenach. Mamy nadzieję, że uda nam się je przewieźć przez granicę.

Hotel, w którym zatrzymaliśmy się w Puri (Lodge Sagar Saikate), jest zdecydowanie najczystszy z tych, które oglądaliśmy. Dwójka z łazienką jest tu za 120 Rs + 30 Rs za dodatkową osobę. Niestety, we wszystkich hotelach w mieście doba hotelowa zaczyna się i kończy około godziny 8-9 rano!

Papier toaletowy w Indiach kosztuje ponad dolara (38 Rs) za dużą rolkę i 10 Rs za małą. Mała starcza jedynie na kilka razy niewymagającemu użytkownikowi.

5 września Puri

W Puri udało nam się zarezerwować bilety do New Japalguri z dwudniową przerwą w Kalkucie. Okazało się, że jeżeli rezerwuje się bilety od razu na dłuższą trasę z połączeniami, wychodzi dużo taniej. Oszczędziliśmy ok. 130 Rs na bilecie; nie udałoby się, gdybyśmy bilet do New Japalguri kupowali dopiero w Kalkucie.

Wysłanie stąd faxu do Polski kosztuje ok. 120 Rs, można również podać numer zwrotny i otrzymać fax z Polski za opłatą 10 Rs.

Mickey Mouse Restaurant ma całkiem pokaźne menu i rozsądne ceny. Obsługa potrafi powiedzieć po polsku "dobranoc", "dziękuję" i "dzień dobry".

Słońce nad oceanem jest bardzo zdradliwe. Tu, gdzie promienie słoneczne padają bardziej pionowo niż w Polsce, słońce opala szybciej i nawet mleczka z filtrem 18 nie uchronią przed poparzeniem. Warto mieć Fenistil gel na oparzenia i kremy po opalaniu.

6 września Puri

Umówiliśmy się z managerem hotelu, że wymeldujemy się wieczorem, nie rano. Kosztowało nas to 30 Rs na głowę, ale mamy gdzie trzymać plecaki i wykąpać się przed wyjazdem.

Z Puri do Konark (Świątynia Słońca) autobusy i minibusy jeżdżą w tę i z powrotem co 10 minut.

7 września Kalkuta

Kalkuta nie jest taka straszna, jak ją malują. Co prawda w dżdżyste dni brnie się po kostki w kałużach, ale tak jest w wielu miastach. Jest tu dużo czyściej niż w Delhi, ludzie są bardziej przyjaźni i więcej jest miejsc, które warto odwiedzić.

Biuro Taromu znajduje się w Vasundhara Bldg, przy 2/7 Sarat Bose Road. Otwarte jest również w soboty do godziny 13.00. W niedzielę nieczynne. Obsługa jest profesjonalna i przyjazna, udziela wszystkich dodatkowych informacji, można zamówić wegetariańskie jedzenie w samolocie. Również od nich dowiedzieliśmy się co nieco o wizach nepalskich. Można je bez problemu dostać w kilka minut na granicy, wpłacając odpowiednią sumę w dolarach: 15 dni - 15 USD, 30 dni single entry - 25 USD, 30 dni double entry - 40 USD, 60 dni multiple entry - 60 USD.

Przedłużenia wizy do 120 dni można dokonać w Immigration Office w Pokharze lub w Dept of Immigration, Tridevi Marg, Thamel, Kathmandu.

8 września Kalkuta

Nie znaleźliśmy dziś w Kalkucie Rajskich Ogrodów (Eden Gardens), choć chodziliśmy w kółko dobre półtorej godziny. Na mapie są, a znaleźć nie można. Nie udało nam się również zobaczyć Fortu William. Otoczony jest garnizonem wojskowym, do którego wstęp jest wzbroniony.

Wieczorem wybraliśmy się do kina na film Yash. Niesamowita mieszanka musicalu, komedii, melodramatu, karate i soap opery, z bardzo dobrymi zdjęciami i bardzo kiepskim wszystkim pozostałym. Warto było jednak wydać po te 25 Rs, żeby to przeżyć. Hindusi klaszczą, śmieją się na głos, śpiewają piosenki wraz z bohaterami, gwiżdżą i krzyczą.

W połowie filmu był antrakt (!), sprzedawcy chodzili między rzędami z napojami chłodzącymi i popcornem, a na ekranie wyświetlano z rzutnika do przeźroczy reklamy i teksty propagandowe, między innymi, jak rozpoznawać wczesne objawy raka piersi.

Potem pojechaliśmy do Hotelu Hindustan International, gdzie obejrzeliśmy rewelacyjny pokaz tańców klasycznych. Impreza kosztowała 50 Rs/osobę, ale była warta grzechu. Widownia składała się z 7 osób, a zespół z 6 tancerzy i 4 muzyków.

9 września Kalkuta

Pociąg Kanchenjunga Express "przełożony" dziś z 6.25 na 12.40, wystartował o 13.00. Dojechał do New Japalguri o 4.30 (10 września) z trzy i pół godzinnym opóźnieniem. Ponieważ nie była to jego ostatnia stacja, musieliśmy prawie całą noc pozostawać w stanie czuwania.

10 września Siliguri - Darjeeling

W New Japalguri na stacji kolejowej za pokoiki "retiring rooms" zażądano po 30 Rs od głowy. Ponieważ chcieliśmy po prostu posiedzieć gdzieś w spokoju do 6.00 i ruszyć dalej, zrezygnowaliśmy z tej przyjemności i przekoczowaliśmy na peronie.

Przy wyjściu ze stacji w New Japalguri należy wpisać się do zeszytu w Foreigners Check Point, z numerem paszportu i wizy.

Z dworca autobusowego w Siliguri / New Japalguri z częstotliwością co pół godziny kursują do Darjeelingu osobowe jeepy. Bilet kosztuje 42 Rs.

Hotel Buddhist Lodge w Darjeelingu oferuje dwójki za 150 Rs + 10% tax. Pokoje są OK., w czystych łazienkach gorąca woda jest 24 godziny na dobę. Ciśnienie jest jednak znikome.

Sam Darjeeling nie robi zbyt dobrego wrażenia. Centrum jest zadymione spalinami i bardzo zatłoczone, ale wystarczy zejść kawałek w dół, by odnaleźć ciszę, spokój i zapach krzewów herbaty.

Zezwolenie do Sikkimu jest bezpłatne, nie potrzeba również zdjęć paszportowych, ale załatwienie go tutaj wymaga nie lada cierpliwości. Najpierw należy zejść na dół, za dworzec autobusowy. Na drugiej uliczce w lewo jest drogowskaz "Sikkim Permit". Tą uliczką dociera się do biura DM, gdzie urzędnicy wskazują odpowiedni pokój. W pokoju każą pokazać paszport, wypełnić kwestionariusz, z którym należy pójść do Foreigners Registration Office (w centrum miasta), gdzie miły pan spisze numery okazanych paszportów do zeszytu, postawi swoją pieczątkę na kwestionariuszu, z którym to trzeba wrócić do DM, gdzie do okazanych po raz trzeci paszportów wstęplują pieczątkę i wydadzą odpowiednie zezwolenie.

Najtańsze bilety do Kathmandu typu "package tour" (260 Rs) znaleźliśmy w biurze Diamond Travels w pobliżu dworca autobusowego. Oczywiście dużo taniej jest, gdy załatwia się to wszystko samemu. Najpierw należy wrócić do Siliguri, stamtąd załapać się na jeepa do granicy, a z granicy, już za rupie nepalskie, wsiąść do autobusu do Kathmandu.

W State Bank of India w Darjeelingu za wypisanie dowodu wymiany pieniędzy (tzw. encashment receipt) pobierają 20 Rs opłaty manipulacyjnej.

11 września Darjeeling

Wybraliśmy się w góry bez płaszczy przeciwdeszczowych. Dostaliśmy za swoje. Przemoczyło nas do cna, choć ostatnie dwie godziny deszczu przesiedzieliśmy w kucki w mokrej jamie.

Do miejscowości Ghoom można dojechać jeepem, który regularnie kursuje na tej trasie za 8 Rs, lub taksówką w tę i z powrotem za 200 Rs. Po dojechaniu do stacji kolejki w Ghoom trzeba wrócić się kawałek w kierunku Darjeelingu i odbić w lewo. Uliczka jest oznaczona drogowskazem. Po 1,5 km dochodzi się do klsztoru Ghoom.

12 września Gantok

W Hotelu Norbu Samphel na ulicy MG Marg udało nam się dostać pokój za 30 Rs od głowy. Jest to jeden z najczystszych hoteli, w których spaliśmy do tej pory. Ciepła woda jest dostępna w kubełku bez dodatkowych opłat. Manager naszego hotelu zaprowadził nas wieczorem do rodziny tybetańskiej, prowadzącej malutką tawernę. Podano nam tam kodo - tybetańskie wino z ryżu, które sączyliśmy bambusowymi rurkami ze starych, drewnianych kufli (12 Rs).

13 września Gantok

W Gantoku w biurach turystycznych można wynająć czteroosobowy minibus za 400 Rs i objechać dwanaście miejsc w okolicy wartych zobaczenia, łącznie z klasztorem Rumtek. Nie zdążylibyśmy w tak krótkim czasie objechać tych wszystkich miejsc sami. Należy również pamiętać, że Gantok jest górskim miastem i uliczki wiją się tu pod górę i z góry, dlatego dotarcie do wszystkich tych miejsc na piechotę zajęłoby sporo czasu.

W żadnym hotelu w Indiach nie zaopiekowano się nami tak serdecznie jak w Norbu Samphel. Manager załatwił nam jeepa do Siliguri o 5.30, który ma podjechać pod nasz hotel, żebyśmy nie musieli chodzić z plecakami. Pierwsze regularne jeepy do Siliguri odchodzą dopiero o 6.00.

14 września Gantok - granica w Kakarvitta

Jesteśmy tu już tyle dni i jeszcze nie nauczyliśmy się, że nie istnieją tu rozkłady jazdy autobusów. Wszelkie pojazdy komunikacji publicznej, autobusy, taksówki, jeepy czy bryczki ruszają wtedy, gdy są napchane pasażerami do granic możliwości. Tak było zarówno ze startem z Siliguri (1 godzina z hakiem opóźnienia), jak i z granicy do Kathmandu.

W przygranicznych knajpach po stronie nepalskiej (Kakarvitta) można płacić w rupiach indyjskich. Ponieważ na granicy jest tylko jeden bank, w dodatku państwowy, ma najniższy kurs. Jeśli więc nie ma potrzeby, pieniądze można wymienić dopiero w Kathmandu. Kurs banku państwowego wynosi dziś 56,75 do dolara. Czeki podróżne są w tej samej cenie.

15 września Kathmandu

Podróż autobusem z Kakarvitty do Kathmandu trwała 18 godzin (od 17.30 do 11.30). Było sporo zamieszania z naszymi bagażami. Najpierw kazano nam położyć je na dach. Zanim zdążyliśmy mrugnąć, konduktor zezwolił nam wnieść je do środka. Gdy już je wtaszczyliśmy, tubylcy zmienili zdanie i zaproponowali, żebyśmy jednak wynieśli je na dach. Wyniosłem. W środku nocy, na którymś kolejnym przystanku, gdy panowie załadowywali dach koszami z trzciną cukrową i workami z bliżej nieokreśloną zawartością, przyszedł gość i chciał, żebym plecaki przeniósł z powrotem do środka. Wkurzyliśmy się nieźle, tym bardziej, że w środku nie było gdzie szpilki włożyć. Tak więc ostatecznie nasze plecaki pozostały na górze przywalone brudnymi worami. W nocy lał deszcz.

Naganiacz hotelowy znalazł nas już na przystanku 2 km przed Kathmandu. Ustaliliśmy cenę na 5 USD za pokój dla trzech osób. Oczywiście po doliczeniu "taxu" cena była mniej interesująca. Po południu znaleźliśmy pokój za 220 NRs za trzy osoby. Przenosimy się jutro.

Przy okazji odkryliśmy technikę targowania ceny w hotelach. Należy w tym celu chodzić po hotelach bez plecaka i pytać o cenę. Na cenę usłyszaną od managera w recepcji należy odpowiedzieć, że w hotelu, w którym właśnie się mieszka (sic!), cena jest bardziej interesująca i wynosi (tu należy podać cenę, jaką chce się zapłacić za hotel). W tym momencie przeważnie manager proponuje nocleg u siebie za taką samą cenę, lub cenę niższą od podanej. Zrobią wszystko, by pozyskać klienta.

16 września Kathmandu

W hotelu Green Peace Guest House dali nam pokój z dwoma łóżkami dla trzech osób za 220 (włączając tax). Mają tu dosyć dobre ceny za usługi pralnicze, pomagają rezerwować bilety i jest całkiem miło.

Dziś w Kathmandu w świątyni Pashupatinath odbywa się kolorowy festiwal, podczas którego kobiety proszą Siwę o zdrowie dla swych mężów.

Na Freak Street przy Durbar Square ciuchy są faktycznie dwa razy tańsze niż na Thamelu.

Ewa dostała dziś gorączki 39 stopni, co w połączeniu z trwającą od trzech dni biegunką bardzo ją przeraziło. Poszła do dobrej kliniki, gdzie zaopiekowano się nią troskliwie, przeprowadzono wszystkie analizy na miejscu i wykryto dezynterię (czerwonkę). Na szczęście nie amebiczną, a bakteryjną. Wszystko jedno, mycie zębów w wodzie z kranu z pewnością jej w tym pomogło. Dostała leki, po których od razu poczuła się lepiej. Musi pozostać przy diecie beztłuszczowej.

Zestaw leków

Rhinex (decongestant tablets) made in Nepal: Paracetamol, Phenylephrine Hydrochloride

Flagyl (metronidazole) made in India

Festal (digestive enzymes) made in Nepal: Pancreatin 0,192 mg

Hemicellulose 50 mg

Extract Fellis Bovis 25 mg

Ciprodac 500, made in India: Ciprofloxacin Hydrochloride 500 mg.

17 września Kathmandu

Autobusy do Budhanilkantha (Śpiący Wisznu) odchodzą ze skrzyżowania Lekhnath Marg i Kantipath. Autobus oznaczony jest numerem 5 i kosztuje 4 NRs. Wysiada się na ostatnim przystanku. Taksówka w/g taksometru powinna kosztować nie więcej niż 50 Rs, ale jest pewne, że taksówkarz zarząda kilku stów.

Polacy, których dziś spotkaliśmy, opowiadali nam o swojej złej przygodzie po przylocie do Delhi. Nie wiem, jak to się stało, ale nie mogli znaleźć autobusu z lotniska do miasta. Taksówkarz zaproponował im, że zawiezie ich do centrum za 20 Rs. Wsiedli do samochodu, a po przejechaniu 5 kilometrów kierowca poinformował ich, że on nie jest instytucja charytatywna, że 20 Rs to jest od osoby na kilometr, i że już teraz nabiło im 200 Rs. Wysiedli, ale zapłacili mu ile chciał i zostali w szczerym polu, kilkanaście kilometrów od granic miasta. Na szczęście znaleźli inną taksówkę, która "uczciwie" za 150 Rs dowiozła ich do Delhi. Taksówkarz polecił im hotel, prowadzony przez jego rodzinę, za 8 USD od głowy, mówiąc, że są to normalne ceny tutaj. Uwierzyli.

18 września Kathmandu

Do Patanu można dojść na piechotę lub dojechać z ulicy Kantipath autobusem nr 26 za 3 NRs. W Patanie można kupić wiele rzeczy, ale raczej nic z ciuchów i "miękkich" pamiątek. Przede wszystkim wyroby z metalu, ale również figurki i maski. Piękne, ale drogie. Sklepy opisywane przez Lonely Planet są droższe niż podobne w Kathmandu.

W stolicy prężnie rozwija się czarny rynek dolarowy. W sklepach z dywanami można wymienić walutę po 60 NRs za duże banknoty (100 USD) i po 59 za małe (np. 10, 20 USD). Wobec kursu państwowego 56,75 jest to dosyć korzystne (325 NRs więcej na 100 USD). Transakcje przeprowadzane są z reguły uczciwie.

19 września Pokhara

Autobusy do Pokhary odchodzą o różnych porach. Jednak najwygodniejsze są te poranne (np. o 7.00). Warto zarezerwować miejsca po prawej stronie przy oknie ze względu na piękne widoki za oknem.

Zaraz po władowaniu się do autobusu przyszedł do nas jakiś starszy gość i kazał nam zapłacić za bagaż na dachu po 20 NRs. Kazaliśmy mu iść do diabła tłumacząc, że bagaż wliczony jest w cenę biletu, że tak nam powiedzieli w biurze podróży, gdzie kupowaliśmy bilety. Było to wierutne kłamstwo, ponieważ nawet nie widzieliśmy na oczy tego biura podróży (bilety załatwiliśmy przez managera hotelu), ale gość się odczepił i więcej już nie przyszedł. Mamy podejrzenia, że był to jeden z kolejnych oszustów. Nie zauważyliśmy, by pojawił się później w autobusie i nagabywał kogokolwiek innego.

Naganiacz do hotelu w Pokharze dopadł nas już w Kathmandu, jednak giełda naganiaczy, która odbywała się na dworcu autobusowym w Pokharze, była bardziej efektowna niż ta z Wall Street. Choćby po to warto tu przyjechać, by na własne oczy zobaczyć, co się tu dzieje. Zatrzymaliśmy się w Welcome Guest House za 67 NRs/os. Wieczorem znaleźliśmy lepszy standard w tej samej cenie. Zasadą chyba jest, że nie należy się na hotel decydować zbyt wcześnie. Walka o klienta jest tak zażarta, że ceny spadają w ciągu kilku minut na łeb. Najlepiej dojechać na miejsce, zrzucić plecaki w knajpie i samemu połazić po hotelikach. Plusem naszego hotelu jest całkiem niezła kuchnia, choć minusów ma nieco więcej: grzyb na ścianie, pająki i daleko od turystycznego centrum.

Zarówno w Kathmandu, jak i w Pokharze, można zakupić, wypożyczyć i sprzedać cały potrzebny sprzęt turystyczny i trekkingowy. Ceny są dwa lub nawet trzy razy niższe niż w Polsce, a sprzęt jest nowy.

20 września Pokhara

Wybraliśmy się dziś na rowerach nad jeziora Bengas. Wypożyczenie roweru na cały dzień kosztuje 30 NRs. Sama trasa jest dosyć ciężka, jeśli nie jest się wytrawnym cyklistą. Choć kąt nachylenia drogi nie jest duży, ale w drodze powrotnej trzeba się nieźle napedałować. Do tego spaliło nas słońce. Wydaliśmy po drodze na napoje chłodzące tyle, co zwykle na jedzenie w knajpie. Gdybyśmy pojechali autobusem byłoby szybciej, taniej i wygodniej. Jednak te 30 km w obie strony było przyjemną odmianą po tych wszystkich pociągach i autobusach. Wypożyczenie łódki na jeziorze Bengas kosztuje 150 NRs. Jeżeli wsiada więcej osób, cena rozkłada się na wszystkich. W przybrzeżnych chaszczach są pijawki, trzeba więc założyć wysokie buty, jeśli chce się połazić. W przypadku ugryzienia, pijawkę trzeba posypać solą lub przypalić papierochem. Można również oderwać na siłę, co nie jest proste, ze względu na wyjątkową oślizłość stwora, ale wtedy łatwo zainfekować rankę. Krew leci jeszcze przez dobre kilka minut. Pierwszą pomoc (spirytus i plaster) można uzyskać w każdym punkcie aptekarskim, nawet w najbardziej zabitej wiosce, za ok. 10 NRs.

21 września Pokhara

Najtańsze bilety do Chitwan znaleźliśmy w Standard Travel na przeciwko Pyramid Restaurant. Kosztowały 120 NRs, wobec 150 lub 180 w innych biurach.

Wejście na górę Sarangkot (znany punkt widokowy) od strony Lakeside jest dosyć trudne i łatwo się zgubić. Cała trasa około 2-3 godzin. Już na dole można wynająć dzieciaka-przewodnika, który doprowadzi do szczytu (każde napotkane dziecko zaoferuje swoje usługi - stawka jest umowna). Podejście z drugiej strony jest łagodniejsze. Trzy czwarte drogi pokonuje się asfaltem. Można ten dystans podjechać taksówką. Na szczycie jest możliwość zatrzymania się na noc, jeśli ktoś pragnie podziwiać Himalaje o wschodzie słońca. Nocleg kosztuje ok. 30 NRs za dwójkę.

22 września Pokhara

Wybraliśmy się dzisiaj rano (o 5.30) na szczyt widokowy Kahun Dunda. Taksówka podwiozła nas za 150 NRs do podnóża, skąd wspięliśmy się na szczyt w godzinkę z hakiem. Widzieliśmy stamtąd o wschodzie słońca wszystkie wielkie góry w okolicy: Annapurny, Machhapuchharę i Dhaulagiri. O 8.30 już było po przedstawieniu - śnieżne szczyty skryły się za chmurami.

Wynajęliśmy w Pokharze łódkę po jeziorze Plewa. W różnych miejscach są różne ceny. W naszej "przystani" dopłynięcie do wysepki na jeziorze i z powrotem kosztowało 15 NRs od głowy, 100 NRs za godzinę pływania łódką samemu, 150 tak samo z wioślarzem i 250 za czarter całodzienny. Znajomi w innym miejscu zapłacili 200 za 4 godziny, ale bez wioślarza. W jeziorze można się kąpać (to znaczy nie ma formalnego zakazu).

23 września Pokhara - Sauraha

Z agencją Standard Travel, u której kupiliśmy bilety do Sauraha (Chitwan National Park), było nieco problemów. Ewa miała nosa i poszła upewnić się, czy przyjadą po nas pod hotel. Okazało się, że w ogóle nie ma nas na liście pasażerów. Zrobiła więc dziką drakę. Panowie długo przyglądali się biletom, które sami dwa dni temu wypisali. Skutek był taki, że autobus zatrzymał się dziś rano pod naszym hotelem i załadowaliśmy się jako pierwsi pasażerowie.

W Tadi Bazaar (stacja końcowa nieopodal wioski), jak zwykle, odbyła się giełda naganiaczy przy autobusie. Wybraliśmy Sauraha Jungle Lodge, bo proponowali nam trójki z łazienką za 60 NRs. Na miejscu okazało się oczywiście, że nie trójki, nie z łazienką i nie za 60 NRs. Mają tu dwuosobowe lepianki z gliny za 60 NRs, bez łazienki (łazienki są wspólne w "budynku" obok) oraz bungalowy w lepszym standardzie z łazienkami za 150 za dwójkę. Ponieważ wcisnęli nam kit, stargowaliśmy na 90 NRs w bungalowie, za 3 osoby. Nie żałujemy. Jest to jedyna rozsądna cena w wiosce. Manager hotelu oprowadził nas za darmo po okolicy - widzieliśmy, jak karmi się słonie, odwiedziliśmy wioskę ludu Tharu. Dowiedzieliśmy się wielu ciekawych rzeczy o życiu miejscowych, bo nasz przewodnik nie ukrywał niczego.

24 września Sauraha

Wybraliśmy się dziś na safari na słoniach. Cena słoni rządowych wynosi 650 NRs za osobę i safari odbywa się na terenie parku, co oznacza, że dodatkowo należy wykupić tzw. permit na wejście do parku, który kosztuje również 650 NRs. Daje to łącznie 1300 NRs. Permit ważny jest 2 dni, więc warto go wykupić, gdy planuje się wzięcie udziału w jeszcze innych atrakcjach, np. spływie kajakiem, spacerze po dżungli, podglądaniu ptaków itp. Jeśli chce się wyłącznie pojeździć na słoniu, można to równie dobrze zrobić poza terenem parku. Nie trzeba wtedy wykupować permitu, a prywatni przewoźnicy gwarantują, że podczas safari można będzie zobaczyć dzikie nosorożce. Cena przejazdu również kształtuje się w granicach 600 NRs, ale przed wykupieniem biletu należy pochodzić po agencjach i zorientować się, gdzie jest taniej. Safari w parku trwa około 2-2,5 godziny, mimo że w hotelach i agencjach przekonują, że tylko godzinę i przewoźnicy rządowi patrzą wyłącznie na zegarek i nie obchodzi ich, czy klient jest zadowolony (czyli czy widział nosorożce), czy nie. U tych prywatnych ma być inaczej - jeżeli klient jest niezadowolony, oferuje mu się jeszcze jeden, darmowy wyjazd. Nie sprawdziliśmy!

Zdecydowanie nie można wierzyć w 100% nikomu, kto chce na nas zarobić. Zawsze należy sprawdzać ceny konkurencji.

25 września Sauraha

Coraz mniej podoba mi się w Sauraha Jungle Lodge. Dwa dni temu chcieli 450 NRs za spływ łódką i jungle walk. Kiedy udało nam się załatwić sobie to samo za 380 NRs w innym biurze stwierdzili, że oni również mogą nam zorganizować wszystko w tej samej cenie, że ich cena była wyższa, bo chcieli nam dać dwóch przewodników, ponieważ w dżungli jest niebezpiecznie. Dziś rano starali się nam wmówić, że ich cena od samego początku była 350 i śmiali się z nas, że przepłacamy. Mówili również, żebyśmy nigdzie nie jechali, bo zanosi się na deszcz i nie zobaczymy żadnych zwierząt, żebyśmy odwołali wycieczkę i pojechali z nimi wieczorem itp. Podejrzewamy, że za słonie również u nich przepłaciliśmy. Za załatwienie biletów do Birganj wzięli 130 NRs tłumacząc, że nadwyżka to koszt rezerwacji biletu. Jeśli doda się do tego problemy z pierwszego dnia, gdy proponowali nam dwójki z łazienką za 60 NRs, managerowie hotelu nie sprawiają wrażenia uczciwych ludzi. Hotel nie może być rekomendowany.

By pochodzić po dżungli nie trzeba wynajmować aż dwóch przewodników, a każdy, kto mówi inaczej, chce po prostu nadmiernie zarobić na turystach. Najlepszym terminem do odwiedzin w parku jest luty - marzec, gdy wieśniacy wycinają trawy i wszystko widać jak na dłoni. Teraz las jest mocno zarośnięty i choć małpy skaczą po drzewach, to nosorożce jedynie słychać, kiedy buszują w dwumetrowej trawie. Wchodzenie do parku (i co za tym idzie, płacenie permitu za wstęp) jest więc zupełnie bezsensowne. Chyba, że stać kogoś na rozrzutność.

Do Elephant Breeding Center wejście jest za darmo, 20 NRs kosztuje jedynie przepłynięcie łódką przez rzekę do ośrodka. Nie trzeba również mieć wykupionego permitu.

Na terenie parku żyje tylko jeden dziki słoń. Uciekł kiedyś treserom i żyje teraz samotnie w dżungli. Podchodzi nieraz do Breeding Center i bije inne słonie - samców, a zaleca się do słonic.

26 września Sauraha - Patna

Oczywiście, jak można było przypuszczać, nasi managerzy wsadzili nas do pierwszego lepszego autobusu, który mógł kosztować najwyżej 50 NRs (zapłaciliśmy 130 za rzekomą rezerwację). Siedzieliśmy stłoczeni na twardych siedzeniach razem z kozami. Broń nas Boże, byśmy jeszcze kiedyś mieli nocować w podobnym hotelu.

Przejście graniczne między Birganj i Raxaul ciągnie się z 5 km. Jedyna możliwość, to przejechać tę odległość rikszą. Po dwóch kilometrach od przystanku autobusowego w Birganj natykamy się na nepalską odprawę celną. Wierzą nam na słowo, że nie mamy nic do oclenia. Po następnych 700 m jest odprawa paszportowa, później 500 m mostu i indyjska odprawa celna, gdzie ani w ząb nie rozumieją po angielsku, po 300 m odprawa paszportowa, gdzie ani w ząb nie umieją czytać i pisać, a inteligencją z ledwością doganiają Forresta Gumpa. Stąd jest jeszcze 2 km do dworca autobusowego w Raxaul, gdzie czeka na nas autobus do Patny. Ma odjechać, gdy będzie pełen, lecz zanim zbierze się komplet, już przesadzają nas z bagażami do mniejszego. Nie kaprysimy, bo większy komfort. Cieszymy się nim jednak tylko połowę trasy, bo po drodze wysiada większość pasażerów i naszemu nie opłaca się dalej jechać. Przepchnięto nas jeszcze raz do innego autobusu z kompletem pasażerów i w ścisku o 1.00 w nocy dojechaliśmy do Patny.

Jak można się było spodziewać, o tej porze nie było już miejsc w tańszych hotelach, nie mówiąc o tym, że większość hoteli była na noc zamknięta. Zanocowaliśmy więc w Hotel Republic za 300 w dwójce + 7% tax, w warunkach nieco gorszych od przyzwoitych.

27 września Patna - Gaya

Oczywiście Hindusi wepchnęli nas do niewłaściwego autobusu, zapewniając jednocześnie, że nie tylko do Gayi, ale do samej Bodhgayi nim dojedziemy. Konduktor wypytał nas dokładnie dokąd jedziemy, sprzedał bilety za 35 Rs, a my szczęśliwi, że za 3 godziny będziemy na miejscu, usadowiliśmy się wygodnie w fotelach. Po trzech godzinach autobus dojechał do Ramchandrapur i okazało się, że tu kończy bieg, a konduktor, który sprzedawał nam bilety, wysiadł gdzieś na trasie. My zaś sterczeliśmy gdzieś zupełnie nie po drodze. Na szczęście za kilka minut odjeżdżał autobus do Gayi. Przeładowaliśmy się doń z bagażami, zapłaciliśmy kolejne 20 Rs i po pięciu i pół godzinie (zamiast trzech) dojechaliśmy na miejsce.

Zatrzymaliśmy się w hotelu Saluja, nieopodal dworca kolejowego. Dwójka kosztuje tu 210 Rs + 30 Rs za dodatkową osobę. W okolicy są hotele za 110 Rs za dwójkę. Rzadko kto w tym regionie mówi po angielsku.

28 września Gaya

Wyczarterowaliśmy dziś riksze do Bodhgayi. W jedną stronę zapłaciliśmy 120, a w drugą już tylko 90 Rs. Oczywiście można dostać się tam taniej. Riksze chodzą tu jak autobusy. Za kilkanaście rupii można załapać się jako dwunasty pasażer w czteroosobowej rikszy. My mieliśmy jednak dzisiaj gest i pojechaliśmy jak paniska. Mogliśmy się w środku bawić w chowanego.

Jeśli ktoś twierdzi, że Bodhgaya jest spokojnym i cichym miasteczkiem, to chyba nigdy tam nie był. Roi się tam od turystów z całych Indii i żebraków, a ulice zastawione są kramami z pamiątkami wątpliwego sortu. Jednak nie przyjechać tu, to jak nie być w ogóle w Indiach. To właśnie tu znajduje się najświętsze drzewo Azji i 25-metrowy, oszołamiający posąg Buddy.

W Bank of India w Bodhgayi (nie mylić ze State Bank of India) wymieniliśmy dziś czeki podróżne po 35,30! Okazuje się, że State Bank of India, tak jak u nas PKO, jako państwowy bank ogólnokrajowy, ma najmniej korzystny kurs. Kursy w mniejszych bankach są dużo korzystniejsze. W jednym z luksusowych hoteli w Gayi proponowali nam śmieszne 34,40 Rs za dolara.

29 września Gaya - Varanasi

Z Gayi do Varanasi wyjechaliśmy o 6.02 rano. Bilet kosztował 76 Rs. Po sześciu godzinach byliśmy na miejscu.

W Varanasi są dwa hotele o podobnych nazwach: Vishnu Rest House, opisywany w Lonely Planet, i Old Vishnu Guest House, hotel nowy, czysty i tani. Płacimy w nim 150 za dwójkę + 50 za dodatkową osobę. Ceny w okolicy są podobne. Manager hotelu nie omieszkał zaproponować nam taniego sklepu z jedwabiem, prowadzonego przez "jego ojca".

30 września Varanasi

Uzupełniajmy informacje o hotelach tutaj: w okolicy jest kilka hoteli, które mają w nazwie Vishnu. Jest znany z LP Vishnu Rest House, którego wschodnia ściana stoi nad samym brzegiem Gangesu, jest Old Vishnu Guest House, w którym my się zatrzymaliśmy, jest Real Vishnu Guest House i jeszcze pewnie ze dwa inne, przy czym słowa typu "old" i "real" itp. napisane są małymi literkami w mało widocznych miejscach. Trzeba się więc dobrze przypatrzeć nazwie, jeśli szuka się konkretnego hotelu.

Dziś rano odkryliśmy hotel Yogi Lodge, po północnej stronie Dasaswamedh Ghat, nieopodal Golden Temple. Hotelik zapakowany jest białymi, obsługa przyjazna i kompetentna, ceny niskie, choć do standardu można się przyczepić. Jest za to gorąca woda w publicznych łazienkach, świetna knajpa i usługi pralnicze. Jest to również jedyny hotel w Indiach spośród tych, w których nocowaliśmy, gdzie wyraźnie i szczerze określone jest, jaką prowizję od łebka pobierają, załatwiając np. bilety kolejowe. To robi wrażenie w tym kraju.

Udało nam się wynająć rikszę za 100 Rs na cztery osoby i objechać wszystkie ważniejsze zabytki w Varanasi.

Nad Ganges warto przejść się o różnych porach dnia. O świcie (5.30), gdy pojawiają się pierwsi kąpiący, około 9.00-11.00, gdy robi się kolorowo od wielobarwnych sari i wieczorem, gdy nad miejscami kremacyjnymi unosi się łuna ognia.

Na stacji kolejowej w Varanasi w biurze rezerwacji dla turystów jest bardzo nieprzyjemna obsługa. Jeden facet tu czuje się jak Stwórca Wszechrzeczy i lubi wykorzystywać władzę. Wrzeszczy na turystów, nabija się z nich, poucza cynicznie lub wyrzuca z biura, jeśli mu się nie podobają. Z drugiej strony, jest skuteczny i wiele można u niego załatwić, jeżeli zagra się zagubionego i potrzebującego pomocy szaraczka.

Dla żądnych wrażeń: w Varanasi można odwiedzić astrologa - wróża, który z gwiazd lub z ręki potrafi przepowiedzieć przyszłość i dużo powiedzieć o teraźniejszości. Jednym z bardziej znanych jest Nila Baba, wysoko wyedukowany guru, który potrafi zaskoczyć wiedzą o Polsce, a to, co potrafi wyczytać z ręki i jest weryfikowalne, sprawdza się prawie we wszystkim. Nila Babę zna większość miejscowych w okolicy Dasaswamedh Ghat. Przyjemność kosztuje 200 Rs i pozostaje przyjemnością, jeżeli traktuje się seans jako rodzaj miejscowego folkloru i pewnego rodzaju nowe doświadczenie.

Znaleźliśmy kilka pcheł w naszych pokojach w Yogi Lodge. Jest to jednak chyba zwierzę charakterystyczne dla całego Varanasi i okolic.

1 października Varanasi

Udało nam się wyczarterować rikszę do Sarnath za 100 Rs w cztery osoby. Cena wydaje się być niewygórowana, bo w kilku miejscach rikszarze mówili to samo i nie chcieli zejść niżej. Jeśli przyjąć, że do Sarnath jest prawie 20 km z centrum Varanasi, a litr benzyny kosztuje 22,41 Rs, zarobek rikszarza za podróż w tę i z powrotem oraz czekanie na nas 2 godziny na miejscu jest raczej skromny. Muzeum archeologiczne w Sarnath jest bardzo ciekawe, choć ubogie w eksponaty. Jest jednocześnie najczystszym muzeum w Indiach, jakie widzieliśmy. Do reszty należy chodzić z własnym płynem do mycia szyb.

Ceny pokoi w Yogi Lodge (Rs): dormitory 25, 1-osobowy 50, mały 2-osobowy 60, duży 2-osobowy 80, 3-osobowy 105, 4-osobowy 140, 5-osobowy 160.

2 października Varanasi - Amritsar

Pociąg do Amritsaru spóźnił się trzy godziny i zamiast odjechać o 18.35 odjechał po 21.00. I całe dla nas szczęście, bo choć wyszliśmy z hotelu odpowiednio wcześniej, utknęliśmy rikszą w gigantycznym korku, który wydaje się być rzeczą normalną wieczorem w Varanasi. Na pociąg o 18.35 z pewnością byśmy nie zdążyli. A tak mieliśmy jeszcze nieco czasu, by schłodzić wywieszone języki porcją pepsi.

Nieuchronną konsekwencją wydarzeń było to, że pociąg przybył do Amritsaru o 0.12. Nauczeni doświadczeniem w szukaniu hotelu nocą i mając świadomość, że bramy Golden Temple otwierają o 4.00 rano, wpakowaliśmy się do poczekalni dla pierwszej klasy, wpisując do zeszytu gości zmyślony numer biletu. Na szczęście nikt tego nie sprawdzał.

Tak zwane "retiring rooms" na dworcu w Amritsarze są w cenie 160 Rs za dwójkę. Zbyt wiele luksusu jak na kilka godzin spania.

3 października Amritsar

O szóstej rano zwlekliśmy się z podłogi w poczekalni dworcowej i "porikszowaliśmy" do Golden Temple. Gdy jeszcze w Varanasi decydowaliśmy się na desperacki odruch i, robiąc samym sobie na złość, wsiedliśmy do pociągu do Amritsaru, zamiast strudzeni dwumiesięcznym jeżdżeniem powrócić pokornie do Delhi, nie przypuszczaliśmy nawet, że Golden Temple będzie miejscem, dla którego warto było się męczyć całe dwa miesiące.

Amritsar jest najtańszym miejscem w Indiach. Nocleg w budynkach naprzeciw bocznego wejścia do świątyni jest darmowy. Darmowy, choć mało urozmaicony jest również posiłek. Od pielgrzymów co prawda oczekuje się datku na świątynię, ale wysokość sumy jest zupełnie dowolna i nikt nie patrzy na ręce, gdy wrzuca się pieniążki do pudełka. Na ścianie dormitorium napisano jednak, że goście proszeni są o niepozostawanie dłużej niż 3 dni i

3 noce.

Riksza motorowa na stację kolejową kosztuje 25 Rs, rowerowa 10 Rs. Pociąg do Delhi odjeżdża o 21.30. Bilet na sleeper kosztuje 167 Rs.

4 października Delhi

Pociąg przyjechał do Delhi nadzwyczaj punktualnie (7.40).

Najtańszymi hotelami na Main Bazaar zdają się być Hotel Bright (90 Rs za dwójkę) i Welcome Guest House. Inne hotele ustaliły cenę w granicach 150-200 Rs za dwójkę, przy czym standard jest podobny.

5 października Delhi

Dzisiaj mieliśmy pechowy dzień, a zaczęło się całkiem niewinnie. Wykupiliśmy w agencji Aa Bee Travels w Hare Rama Guest House na Main Bazaar wycieczkę do Agry (180 Rs), aby pożytecznie spędzić przedostatni dzień w Indiach. Pan zainkasował pieniądze i zapowiedział, że przyjdzie po nas do hotelu o 6.00 rano. Stawiliśmy się w recepcji o wyznaczonej porze, a o 7.30 zaniepokojeni nieobecnością pana zaczęliśmy podążać w kierunku agencji. Spotkaliśmy go po drodze. No cóż, spóźnił się autobus, więc on jest bez winy.

Drogę do Agry (199 km) pokonaliśmy w rekordowym tempie 6 godzin. Już w Agrze, na jednym ze skrzyżowań wsiadł jakiś gość z wygolonymi bliznami na głowie, jak po trepanacji czaszki i zaproponował nam, że ponieważ autobus ma kilka godzin opóźnienia i wróci do Delhi ok. 24.00, to jego biuro załatwi nam zwiedzanie w rikszy motorowej i bilety na pociąg powrotny, a wszystko oczywiście za darmo. Wypełzliśmy z autobusu, gość wsadził nas do riksz i polecił rikszarzom zawieźć nas do agencji w celu zarezerwowania biletów na pociąg. Sam został na skrzyżowaniu.

Gdy podjechaliśmy pod agencję Global Travels okazało się, że nie ma już miejsc na pociąg do Delhi i że musimy dogonić swój autobus.

Grupę, złożoną wyłącznie z Hindusów, złapaliśmy pod Czerwonym Fortem. Tam pokłóciliśmy się z przewodnikiem, który kazał nam płacić za wstęp do zabytku - powiedzieliśmy mu, że za wstępy zapłaciliśmy już w Delhi w Aa Bee Travels. Niewiele zdziałaliśmy.

Po zwiedzeniu Taj Mahalu miała być przerwa na lunch. Jakoś wyleciała wszystkim z głowy.

W drodze powrotnej do Delhi zatrzymaliśmy się w Mathurze, miejscu narodzin Kryszny. Do świątyni nie można wnosić toreb, aparatów, długopisów, kalkulatorów i żadnych urządzeń elektronicznych. Świątynia otoczona jest wojskiem, a przy wejściu przechodzi się kontrolę osobistą. Podziękowaliśmy za gościnę.

A gdy myśleliśmy, że mamy już wszystko za sobą, zatrzymaliśmy się jeszcze w mieście, którego nazwy nie pomnę, a które nasz przewodnik nazwał "Krishna's playground", słynącego z 5500 przepięknych, marmurowych świątyń. Buty musieliśmy zostawić już w autobusie. Przewodnik przegonił boso trzódkę po zasłanych krowim łajnem ciemnych uliczkach (było już dobrze po zmroku) i podprowadził do jakiejś kamieniczki, w której to - w ciasnym pomieszczeniu - pokazano nam trzy plastikowe kukły przyodziane w bogate szaty, wysłuchaliśmy 15-minutowego kazania w Hindi, jak powinniśmy naszym życiem naśladować Krysznę (domyślaliśmy się sensu po gestykulacji), po czym za odpowiednią cenę zaproponowano nam wyrycie naszych nazwisk na marmurowych płytkach i wyklejenie nimi ścian. Mieliśmy nie być pierwszymi - cały pokoik wyłożony był płytkami z hinduskimi nazwiskami, niczym glazurą. Żadnej z 5500 świątyń nie zobaczyliśmy. W drodze powrotnej do Delhi, kilkanaście kilometrów przed celem, zatrzymaliśmy się na ponad godzinny postój w przydrożnej restauracji. W hotelu byliśmy o 24.00.

6 października Delhi

Autobus na lotnisko odchodzi sprzed dworca kolejowego New Delhi, co 20 minut. Jest dobrze oznakowany i jeździ przez całą dobę. Trzeba jednak pamiętać, że pierwszy aerodrom, na który zawija, jest lotniskiem krajowym. Lotnisko międzynarodowe im. Indiry Gandhi jest jego ostatnim przystankiem. O mały włos nie wysiedliśmy za wcześnie.

Na lotnisku należy uiścić opłatę w wysokości 300 Rs. Pasażerowie linii Tarom dokonują tego w oddziale banku na prawo od wejścia. Na teren terminalu mają wstęp tylko posiadacze ważnych biletów lotniczych. Odprowadzający muszą pozostać przed drzwiami.

Epilog

Po powrocie do domu zaskoczyła nas pogoda. Wyskoczyliśmy na lotnisko w Warszawie w koszulkach z krótkimi rękawami, a temperatura powietrza wynosiła 13 stopni. Od razu nas przewiało. Przez kilka dni pociągaliśmy nosami. Potem, gdy dostaliśmy wysokiej gorączki i powiększyły nam się węzły chłonne, poszliśmy do internisty. Stwierdził, że to jakiś wirus z Indii, przepisał antybiotyki (jedne w pastylkach, inne w zastrzykach) i jakieś tabletki wzmacniające, za które w aptece zapłaciliśmy ok. 100 PLN za dwie osoby. Gdy po dwóch dniach brania nic nie pomagało, zgłosiliśmy się do przychodni chorób tropikalnych w Wolskim Szpitalu Zakaźnym w Warszawie, gdzie położono nas na oddział i rozpoznano denga, czyli wirusową chorobę przenoszoną przez komary. Właśnie w Delhi panowała epidemia. Żadne antybiotyki na to nie działają (wydaliśmy niepotrzebnie kasę i daliśmy się pokłuć po ). Trzeba przeleżeć. Inne objawy: po pięciu dniach wystąpiło dokuczliwe swędzenie - świeżbienie dłoni i stóp. Spadły drastycznie białe ciałka krwi (do 2500) i wystąpiło powiększenie wątroby. Gorączka spadła po pięciu dniach, swędzenie ustąpiło w dniu ósmym (trwało trzy dni), zmiany wątrobowe zaczęły ustępować po dwóch tygodniach od pojawienia się pierwszej gorączki.

Artykuł pochodzi z serwisu www.travelbit.net