Grzegorz Szyszkowski, student V roku automatyki i robotyki na wydziale ETI Politechniki Gdańskiej

Serce zostało w Norwegii, krainie tysiąca fiordów. To była moja pierwsza duża wyprawa rowerowa, w 2003 r. W podróż wyruszyłem sam, chociaż plan był zupełnie inny
Znajomi, rodzina, chyba nawet ja - nikt nie wierzył, że uda się zrealizować tak szalony pomysł. Moim celem był przylądek Nordkapp, najdalej na północ wysunięty punkt Europy. Miałem 19 lat, żadnego doświadczenia w takich wyjazdach, a planowałem podróż w nieznane - 700 km za koło polarne. Udział w wielu maratonach rowerowych uświadomił mi skalę trudności, jakie mnie czekają. Ale nie mogłem sobie nawet wyobrazić, jak się czuje człowiek, który dzień po dniu przejeżdża dystans maratonu, z bagażem, śpiąc w namiocie, marznąc i jedząc mniej niż wynosi zapotrzebowanie energetyczne. Udało się jednak - w ciągu 36 dni przejechałem 5 tys. km po bardzo trudnych, górskich drogach, z 40-kilogramowym bagażem. Schudłem ponad 10 kg (przed wyjazdem ważyłem 68 kg, a mam 186 cm wzrostu), trochę czasu minęło, zanim doszedłem do siebie, ale warto było. To była magiczna podróż, która potwierdziła, że jedyne bariery, jakie istnieją, to te w naszych głowach. The sky is the limit...

Niezapomniany dzień miał miejsce...

w czasie mojej największej wyprawy rowerowej w 2006 r. do Ameryki Południowej - na płaskowyż Altiplano i pustynię Atacama. O godz. 4 w nocy ostatni raz odezwał się rozstrój żołądka, którego nabawiłem się dwa dni wcześniej, a o godz. 6 byłem już w drodze na wulkan Uturunco. Ruszałem z wysokości 4000 m, a cel leżał ponad 6000 m n.p.m., 35 km od miejsca startu. Zabrałem rower z przyczepką i, częściowo go prowadząc, niosąc, ciągnąc, pchając, potwornie odwodniony, po 12 godzinach walki równo z zachodem słońca stanąłem na szczycie wulkanu (rower zostawiłem 350 m niżej). Była to niesamowita chwila. Patrzyłem na zachód słońca i zastanawiałem się... jak zejść w dół, bo zrobiło się bardzo ciemno. Temperatura ok. - 20 stopni C, byłem potwornie zmęczony i przestraszony tym, że to dopiero połowa drogi. Po 17 godzinach walki, z zamarzającymi spodniami i butami (po drodze wpadłem do rzeki), byłem tak wycieńczony, że do namiotu wchodziłem na czworaka. Nazajutrz sam nie wierzyłem, że mi się udało.

Najlepsze wakacje spędziłem w...

Norwegii. Poznałem wielu sympatycznych i ciekawych ludzi, a przyroda Półwyspu Skandynawskiego oszołomiła mnie swym pięknem. Każdy fiord jest inny, nie ma mowy o monotonii. Zmieniali się też ludzie - im dalej na północ, tym bardziej byli życzliwi, doskonale rozumieli, że jechać tam rowerem i spać w namiocie nie jest lekko. Mijając mnie, zatrzymywali samochody i podawali jedzenie lub picie przez otwarte szyby. Czasami zapraszali do wspólnego posiłku, pomagali wybrać optymalną trasę czy naprawić rower. Skutecznie neutralizowali chłodny, północny klimat.

W Polsce lubię...

to, że jestem u siebie. Polska jest niesamowita. Można u nas znaleźć wszystko - od pustyni, przez bagna i lasy, po piękne góry o zróżnicowanej wysokości. Szczególnie lubię region, w którym mieszkam - Kaszuby. Są naprawdę wyjątkowe, mają własną kulturę, język, specyficzną architekturę. No i są przepiękne - dużo lasów, jezior, małych górek, malownicze pejzaże, bliskość morza. To jedno z moich ulubionych miejsc na wypady rowerowe i treningi.

Mój ulubiony hotel...

ma ściany i podłogę z nylonu, wieczorem słychać w nim śpiew chrząszczy, rano koncert ptaków, a w nocy przez jego ściany przesącza się blask gwiazd.

Niebo w gębie poczułem w...

namiocie po całym dniu jazdy. Nie ma znaczenia, co jesz i gdzie, kiedy jesteś bardzo głodny i zmęczony. Błogostan, jaki osiąga się, trzymając menażkę z czymś ciepłym do jedzenia po dniu pedałowania w zimnie i na wietrze, nie da się z niczym porównać. Przez trzy czwarte jazdy myślę o tym, co zjem wieczorem i jak bardzo chciałbym, żeby to było już za chwilę...

Na wyprawę zawsze zabieram...

dużo wspomnień o najbliższych i otwartą głowę.

Nigdy więcej nie powrócę...

Chyba nie ma takiego miejsca.

Wkrótce będę w drodze...

na Islandię. Na przełomie lutego i marca wybieramy się z Rafałem Królem w to niesamowite miejsce. Planujemy pierwszy pieszy, zimowy trawers Islandii, od Oceanu Atlantyckiego do Morza Grenlandzkiego. W planach mamy przejście trzeciego lodowca świata Vatnajokull, zdobycie najwyższego szczytu Islandii Orefajokull, przejście pustynnych terenów centralnej części wyspy oraz gór Trollaskagi. Całość chcemy pokonać w trzy tygodnie, długość trasy - ok. 300 km.

Wymarzony cel podróżny:

Syberia. Niedawno czytałem książkę Jacka Pałkiewicza - "Syberia. Wyprawa na biegun zimna" - o jego wyprawie reniferowym zaprzęgiem. Wybrać się tam na nartach, to by było coś! Może kiedyś uda mi się zrealizować to marzenie.