Dawnych podróży czar. Trzy tygodnie za 130 dolarów

Przede mną daleka, samotna wyprawa, pełna niebezpieczeństw. - Widzimy się chyba ostatni raz w życiu - mówi ojciec. Jest rok 1975, wybieram się do Włoch...
Ilekroć czytam reklamowe anonse zachęcające do podróży po świecie, staje mi przed oczami scena sprzed 30 lat. Plecak jest tak ciężki, że aż się zginam. Przede mną daleka wyprawa, wiozę więc kilkanaście puszek wołowiny po bolońsku (tylko takie udało się kupić w pustych sklepach), blok techniczny, by na jego kartach pisać nazwy miejscowości, do których planuję dojechać autostopem, trochę lekarstw. No i plastikową butelkę do wody - we Włoszech będą upały, a mnie nie będzie stać na kupno czegokolwiek do picia. W torebkę schowaną na piersiach włożyłam największe skarby: paszport, inhalator (choruję na astmę) i 130 dolarów, cały mój majątek. Boję się, ale pragnienie poznania świata jest silniejsze. Wyruszam sama w daleką podróż, pełną niebezpieczeństw...

***

W latach komunistycznej propagandy nasłuchaliśmy się wiele o tym, jak niebezpieczny jest Zachód: kradną, mordują, handlują żywym towarem. Włosi wyrywają turystkom torebki i gwałcą. Grecy przechwytują młode dziewczyny i sprzedają do Turcji. Można zasłabnąć na ulicy i nikt człowiekowi nie pomoże.

Polska była odizolowana od Zachodu, nieliczne wycieczki zagraniczne były tak drogie, że mogli się na nie udać tylko bogaci lub mający tam rodzinę. Przeciętna pensja wynosiła kilkanaście dolarów, licząc po czarnorynkowym kursie. Najłatwiej było wyjechać do Bułgarii lub do Związku Radzieckiego "Pociągiem Przyjaźni". Wprawdzie w szkołach uczono angielskiego, francuskiego czy niemieckiego, ale niewiele osób władało biegle obcym językiem.

Pierwszy sekretarz Edward Gierek nieco uchylił "żelazną kurtynę" oddzielającą nas od Zachodu. Wprowadzono tzw. przydział dewiz, o który można się było starać raz na trzy lata, wypełniając rozmaite formularze i składając je w Wydziale Kultury Fizycznej i Turystyki (handel walutą był zabroniony, a posiadanie dolarów karane). Dewizy do kupienia w banku za niewielką cenę przydzielano wybranym, zasłużonym i... znajomym (zresztą wiele osób przekraczało granicę i zaraz wracało z dolarami do kraju, by sprzedać je na czarnym rynku). Należałam do tej ostatniej kategorii i przez krewnego udało mi się załatwić przydział. Koleżance dewiz nie przyznano, musiałam więc jechać sama.

Teraz należało postarać się o paszport, wypełniając obszerne formularze, z podaniem nazwisk i adresów wszystkich krewnych za granicą oraz miejsc pracy najbliższej rodziny. Jaki jest cel wyjazdu, dlaczego udajemy się właśnie tam? - pytano w kwestionariuszu. Paszportu można było nie dostać, toteż każdy, po odczekaniu wyznaczonego terminu, z niepokojem stawał przed drzwiami Wydziału Paszportowego Komendy Milicji i czekał na decyzję. Potem jeszcze tylko kilka dni w kolejce po bilet kolejowy i można było szykować się do podróży...

Mój bilet do Rzymu (w dolarach) pochłonąłby prawie cały przydział dewiz, udam się więc pociągiem do Wiednia, a stamtąd autostopem na południe, przez Alpy.

Przez kilka miesięcy studiowałam przewodniki i mapy, czytałam książki z historii sztuki. Będę zdana wyłącznie na siebie i mój kulawy angielski, muszę więc wiedzieć, jak się poruszać po obcych miastach, co zobaczyć, gdzie spać. Konsultowałam się z każdym, kto choć raz przekroczył granicę PRL-u i dotarł nieco dalej niż do NRD (takich ludzi było niewielu). Pożyczałam plany miast. Postanowiłam zatrzymywać się w schroniskach młodzieżowych, ich adresy spisałam z katalogu Polskiego Towarzystwa Schronisk Młodzieżowych (nocleg ze skromnym śniadaniem kosztował wtedy 1,5 dol.).

***

Pierwszych wrażeń z Zachodu nie zapomnę do końca życia - kontrast z siermiężną komuną był ogromny. To był zupełnie inny świat, z ogromnymi sklepami (można było godzinami wystawać przed witrynami), kolorowymi opakowaniami i ludźmi ubranymi inaczej. Wszystko zadbane, czyste i pachnące.

Na zawsze utkwiła mi w pamięci migotliwa Wenecja, długie godziny spędzane w jej labiryncie i chwile sjesty nad kanałami, z nogami w wodzie i butelką taniego wina u boku (w cenie wody mineralnej). Raz nawet fala zabrała mi sandały. Miały korkową podeszwę, więc nie utonęły. Zaalarmowany moim krzykiem wyłowił je gondolier i podał na wiośle, kłaniając się dwornie. Podziękowałam posyłając całusa, a gondolierzy klaskali. Tam wszystko było teatrem.

Popłynęłam na Murano i przyglądałam się artystom wyczarowującym szklane figurki nad gazowymi palnikami. Kąpałam się na Lido, powierzywszy obcym osobom paszport i pieniądze.

Pamiętam uczucie absolutnej wolności, gdy stałam przy szosie i czekałam na samochód, który zabierze mnie dalej. Bardzo szybko pozbyłam się strachu. Ludzie okazali się uprzejmi i życzliwi; wystarczyło, bym na ulicy rozłożyła plan miasta, a już słyszałam pytanie, czy można w czymś pomóc. Bez obaw wsiadałam do dużych ciężarówek (autostopem podróżowały nawet zakonnice). Ich kierowcy, znudzeni długą podróżą, lubili rozmowy i byli ciekawi egzotycznego dla nich komunistycznego świata. Dziwili się, że po studiach podróżuję w taki sposób, że nie zdecydowałam się na wycieczkę lub nie pojechałam własnym wozem. Myśleli, że to kaprys. Nawet nie przypuszczali, ile starań włożyłam w ten wyjazd i jakiego wysiłku ode mnie wymagał.

***

W Rzymie spotkałam orbisowską wycieczkę z Polski. Dziwili się, że przyjechałam sama tak daleko, i zaprosili na autokarowy objazd miasta. Zobaczyłam katakumby i wiele kościołów. Świątynie zwiedzane w takim tempie i w takiej ilości nałożyły się na siebie, tworząc jeden wielki zabytek. Dopiero po kilku dniach, gdy sama - według planu - docierałam do każdej z nich, zapamiętałam wszystkie. Do tej pory nie lubię zwiedzania autokarowego, ale nic nie wymaże z mojej pamięci smaku obiadu, na który mnie zaproszono. Wygłodniała pochłonęłam wszystko. To był mój jedyny obiad w czasie trzech tygodni.

Schroniska młodzieżowe nie okazały się "siedliskiem rozpusty", jak mnie ostrzegano, ale miejscem, gdzie można było spotkać ludzi z całego świata (błyskawicznie podciągnęłam się w angielskim!). Wprawdzie panujący tam luz i swoboda były wtedy w Polsce nie do pomyślenia, lecz o "rozpuście" trudno mówić. Co najwyżej z łazienki do pokoju przemknęła półnaga dziewczyna albo młody Amerykanin, korzystający ze wspólnej umywalni, myjąc zęby, bez skrępowania wyjął z ust sztuczną szczękę (wprawiło mnie to w osłupienie).

Schroniska zamykano na cały dzień, więc wcześnie wyruszałam na miasto, z dużą torbą przewieszoną przez ramię. Były tam przewodniki, plany, konserwa, otwieracz i butelka na wodę. Kupowałam jedynie chleb, niekiedy najtańsze wino. Wodę nabierałam z rzymskich akweduktów. Siadywałam w południe na Hiszpańskich Schodach lub szłam na Forum Romanum otworzyć puszkę w zacisznym miejscu z widokiem na Curię, na której stopniach zamordowano Cezara. Raz otoczyło mnie tyle dzikich kotów, że uciekłam, nie skończywszy obiadu. Gdy siadałam na trawie w parku, przysiadali się Włosi, skłonni do flirtu i rozmowy. Też musiałam się ewakuować.

Wobec cudzoziemców nie odczuwałam jednak kompleksów. Potrafiłam na Forum Romanum wyrecytować po łacinie mowy Cezara i Cycerona, podczas gdy spotkanym tam młodym Amerykankom nazwa Forum nic nie mówiła (zachodniej młodzieży zazdrościłam jedynie łatwości, z jaką może jeździć po świecie, i tego, że stać ją na obiady).

Od rana do wieczora przemierzałam miasto, zwiedzając muzea i kościoły, zaglądając na targi. Chlapałam się w fontannach i wdrapywałam na wzgórza. Z Awentynu, przyłożywszy oko do dziurki w klasztornej furcie, oglądałam panoramę Wiecznego Miasta z górującą Bazyliką św. Piotra. Byłam w miejscu, z którego Neron obserwował płonący Rzym, i w klasztornej celi, w której umarł św. Stanisław Kostka.

Nie obyło się bez przygód. Pewnego dnia w różnych miejscach zatrzymywała się przede mną czarna limuzyna. Wysiadał z niej mężczyzna w czarnym garniturze i za każdym razem, bez słowa, wręczał mi wizytówkę sklepu... z perskimi dywanami. Mam je do dziś: "Tapetti persiani Via Margutta 7". Jak mogłam w długiej kwiecistej spódnicy, w skromnym podkoszulku i z płócienną, własnoręcznie uszytą torbą, wyglądać na nabywcę perskich dywanów?

Innym razem, gdy zdecydowałam się na kupno małej kopii rzeźby Canovy przedstawiającej Paulinę Bonaparte, sprzedawca długo odwodził mnie od tego zamiaru, przekonując, że była to straszna ladacznica. Gdy przyznałam się, że kupuję figurkę w prezencie dla ojca, zaczął głośno krzyczeć "puttana, puttana!" (dziwka, dziwka). Ale rzeźbę kupiłam. To było moje finansowe szaleństwo, drugim było wypicie kawy w Wiedniu.

W Rzymie spędziłam tydzień. Wracając, zwiedziłam Florencję i przez Innsbruck dojechałam do Wiednia. Stąd pociągiem z lekkim plecakiem dotarłam do Polski.

Przez trzy tygodnie wyprawy schudłam 10 kg. Zdana wyłącznie na siebie, nauczyłam się zaradności, przedsiębiorczości, umiejętności radzenia sobie w każdej sytuacji. To była moja prywatna szkoła przetrwania. W podobny sposób trzy lata później zwiedziłam Grecję.

PS Z podróży do Włoch przywiozłam 5 dolarów chowanych na czarną godzinę.