Acapulco. Perła Pacyfiku za 200 dolarów

Każdego roku Acapulco przyjmuje cztery miliony gości
Dochodziła północ, kiedy opóźniony samolot z Toronto dotknął pasa lotniska. Choć Acapulco reklamuje się jako miasto, które nigdy nie śpi, o tej porze jest cicho i pusto jak na kolejowej stacyjce gdzieś na głębokiej prowincji. Może dlatego, że lotnisko od granic miasta dzieli 30 kilometrów?

Objuczeni bagażami klienci biur podróży szybko znikli w luksusowych autokarach. Ja miałem tylko bilet lotniczy w obie strony kupiony okazyjnie za 200 kanadyjskich dolarów i mgliste plany na siedem dni wakacji w Acapulco. A zamiast paszportu - kartę obywatela Kanady. Czy nie zawrócą mnie z granicy z takim dokumentem? Meksykański celnik machnął tylko przyjaźnie ręką.

***

Przez chwilę upajam się ciepłem tropikalnej nocy i bogactwem egzotycznych zapachów - kanadyjska zima stała się nagle czymś nierzeczywistym Taksówkarz proponuje kurs do miasta za 270 pesos, czyli 45 kanadyjskich dolarów! Na szczęście są colectivos (minivany), które zabierają 6-8 pasażerów i za 60 pesos od osoby zawożą pod wskazany adres.

Ruszamy. Miasto pojawia się nagle. W dole widać tysiące roziskrzonych punkcików, które z trzech stron otaczają ciemną zatokę. Droga opada zakolami w kierunku nadmorskiego bulwaru. Jedziemy teraz szeroką aleją w tunelu z palm i kwitnących krzewów - La Costera ciągnie się kilkanaście kilometrów wzdłuż plaży. Mimo późnej pory tętni życiem. Po obu stronach przepięknej promenady dziesiątki hoteli, restauracji i sklepów. Każdego roku Acapulco przyjmuje cztery miliony gości.

Colectivo wjeżdża do starej części miasta. Kierowca zostawia mnie na wymarłej, pokrytej kocimi łbami uliczce. Pukam w ciemne okno hoteliku, którego adres znalazłem w przewodniku. Na próżno - stare miasto dawno śpi. Ponad godzinę wędruję z duszą na ramieniu po krętych uliczkach w poszukiwaniu noclegu. Wreszcie ktoś lituje się nade mną, otwiera kutą żelazną bramę i zaprasza w swoje progi.

***

Budzi mnie pianie kogutów i ujadanie psów. Promienie porannego słońca wkradają się do pokoju. Z balkonu widać dziesiątki skromnych domków przyklejonych do stoku wyniosłego wzgórza, każdy z tarasem. Na najbliższym ktoś je śniadanie, na sąsiednim bawią się dzieci, nieco dalej leniwie przeciąga się kot, wyżej kobieta rozwiesza pranie, a jeszcze dalej ktoś ucina sobie poranną drzemkę w cieniu palmy. Godzinami mógłbym patrzeć na ten żywy teatr. Z zadumy wyrywa mnie świdrujący w uszach jęk silnika garbusa. Zdezelowany "żuczek" z trudem wspina się stromą uliczką biegnącą pod balkonem na urwisty brzeg oceanu w kierunku skały La Quebrada. Za nim pojawiają się następne taksówki. Wkrótce przekonałem się, że jak nieprzebrana chmara owadów krążą po całym mieście. Wystarczy stanąć na skraju chodnika i zaraz podjeżdża mocno zużyty garbus; polowanie na klientów trwa niemal całą dobę. Te taksówki zwożą turystów na pierwszy tego dnia pokaz skoków ze słynnej skały.

Za garbusami wloką się wycieczkowe autokary. Silniki wyją na wysokich obrotach kilka razy dziennie, aż do późnego wieczora - ostatni spektakl przewidziano na godzinę 22.30.

Zmieniam hotel. Nowy, o wdzięcznej nazwie Santa Lucia, stoi zaledwie kilka przecznic dalej. Jest cicho i przytulnie, no i płacę tylko 70 pesos za noc. Spotykam kilku emerytów rezydentów ze Stanów Zjednoczonych i Kanady. Co roku spędzają w tym hotelu zimę. Zachwalają lokalne przysmaki: tacos, buritos i enchiladas. W Meksyku jest 100 potraw z chili oraz dziesiątki z czerwonej i czarnej fasoli. Najlepsze serwują małe knajpki wokół Zocalo - trzydaniowy posiłek kosztuje tylko 20-24 pesos.

***

Zaczynam jednak od skały. Po pięciu minutach wspinaczki brukowaną uliczką otwiera się niepowtarzalny widok na ocean i urwisty brzeg. Z prawej strony strzela w górę legendarna La Quebrada, z lewej na skalnej półce wije się szosa. Od 1934 r. pięć razy dziennie na szczyt La Quebrady wdrapują się śmiałkowie i na oczach setek widzów nurkują w kipiel oceanu - w 45-metrową przepaść. Nic dziwnego, że przed skokiem modlą się w małej kapliczce pod szczytem urwiska. Taras obok La Quebrady jest również wspaniałym miejscem do oglądania spektakularnych zachodów słońca.

Położone o krok stare miasto nie zachowało wielu śladów swej bogatej przeszłości. Hiszpańscy konkwistadorzy przybyli tutaj w 1532 r. i założyli port, który przez trzy stulecia służył wymianie handlowej z odległymi Filipinami. W 1616 r. zbudowali fort Fuerte de San Diego dla ochrony miasta przed piratami. Dziś twierdza położona na wzgórzu na wschód od Zocalo jest siedzibą muzeum historycznego.

Sercem starego miasta jest katedra i otaczający ją plac. Wieże katedry, której styl trudno określić, przypominają polukrowane lody, jakie w wielkim wyborze sprzedają pobliskie cukiernie.

Centralną część Zocalo wypełnia park. Przyjemnie jest usiąść w cieniu cedrów i obserwować toczące się niespiesznie życie. Wieczorem do parku ściągają całe rodziny, słychać gorące południowe rytmy amatorskiej orkiestry, uwijają się pucybuci. Upał łagodzi bryza - zgodnie z hiszpańską tradycją plac nie jest zabudowany od strony morza. Aby dostać się z Zocalo do małego portu rybackiego i zacisznej plaży z ładnym widokiem na zatokę, wystarczy przejść przez bulwar La Costera. Graniczy to jednak niemal z cudem. Nadmorską promenadą sunie bowiem potok pojazdów, które lekceważą pieszych.

***

Z portu wczesnym rankiem wyruszają na połów kutry. Za kilkanaście dolarów można dołączyć do załogi i spróbować szczęścia, zarzucając jedną z ogromnych wędek zamocowanych do nadburcia. Koło południa rybacy wyrzucają ogromne tuńczyki wprost na betonowe nabrzeże i zręcznie oprawiają je na oczach tłumu gapiów (za to w pobliskim supermarkecie ekspedientki ważą sery i wędliny w maskach na ustach). Rybacy nie są wyjątkiem. W Acapulco drobni handlarze wykładają żywność na chodnikach i instalują garkuchnie. Nie dziwią połówki kurczaka rozłożone na gazecie obok krawężnika. Im dalej od morza, tym więcej takich obrazków, a dzielnice stają się uboższe. Przygnębiająco wyglądają zwłaszcza przedmieścia milionowej metropolii, gdzie mieszkają najbiedniejsi. To drugie, prawdziwe oblicze Perły Pacyfiku, jak kiedyś nazwano Acapulco.

Przy nadmorskiej promenadzie w pobliżu Zocalo znajdziemy małe sklepiki z pamiątkami i odzieżą. Oferują najlepsze ceny w mieście. Stąd blisko również do Mercado, dużego targowiska z wyrobami lokalnego rzemiosła (szczególne wzięcie ma ceramika i skórzana odzież). Koniecznie trzeba się targować, bo straganiarze rzucają ceny prosto z nieba. Na tych, którzy boją się samotnie zapuścić w labirynt zatłoczonych uliczek wokół bazaru, polują natrętni "przewodnicy" - za 10 pesos zaprowadzą na Mercado, pomogą w zakupie narkotyków lub zaaranżują seks z nastolatką ("600 pesos za pół godziny" - kuszą, pokazując ciemną przepastną bramę).

***

Luksusowa dzielnica turystyczna rozpoczyna się niespełna kilometr na wschód od Zocalo, za fortem i przystanią dla ogromnych statków wycieczkowych, zawijają tu niemal codziennie. Najlepiej wybrać się tam pieszo. Po prawej stronie mamy zatokę niemal z czterech stron otoczoną wzgórzami, tak że do złudzenia przypomina ogromne jezioro. Po lewej sznur hoteli i promenadę, a za nimi rozrzucone na wzgórzach miasto.

Piasek na plaży rozczarowuje - jest żółtawy, gruboziarnisty, szorstki (w każdym przewodniku pisze się o "białych plażach Acapulco"). Najładniejsza jest Playa Hornos. Nie ma przy niej hoteli, tylko palmowe zagajniki z małymi knajpkami. O wschodzie słońca rybacy wypływają stąd w morze, by zarzucić sieć. Potem z ogromnym mozołem wyciągają ją na plażę. Na piasku trzepoczą się drobne rybki - zazwyczaj niewiele jest do podziału.

Za miastem aż po horyzont ciągną się wypalone słońcem wzgórza. Nic dziwnego, że wielką atrakcją jest park Papagayo, między Playa Hornos i Playa Hornitos. Pełno w nim egzotycznych drzew, krzewów i kwiatów. Niestety, jest również bardzo popularne wesołe miasteczko. Niektórzy mówią, że to brama do królestwa komercji. Stąd właśnie, po drugiej stronie ruchliwego skrzyżowania zaczyna się miasto w mieście, czyli ciągnące się przez kilka kilometrów centrum turystyczne i handlowe. Wzdłuż plaży stoją ciasno jeden przy drugim wysokie hotele, zaś przy samym bulwarze niezliczone restauracje, fast foody, butiki i dyskoteki. Są duże domy towarowe i centrum wystawowe z galeriami, kinami i salami koncertowymi. Na publicznych plażach (nie ma plaż hotelowych) wylegują się w słońcu tłumy, które wieczorem zaleją promenadę La Costera. Biada temu, kto szuka odrobiny prywatności - najbliższe spokojniejsze miejsce to Zocalo.

***

Alternatywą jest również "ucieczka" na przeciwny kraniec zatoki. Na zachód od Zocalo wrzyna się w morze wąski półwysep - Penisula de las Playas - z zachwalaną przez przewodniki plażą Caleta. Domy oblepiają tam szczelnie zielone wzgórza, które wyrastają niemal prosto z morza. La Costera przebija się tędy z trudem, to wznosząc się zakrętami na kolejny pagórek, to opadając w dół do następnej małej zatoczki z plażą. Na koniec - już pod nazwą Lopez Mateos - dociera po skalnych półkach nad otwartym oceanem do La Quebrady.

Penisula de las Playas zachowała swój naturalny urok. Nieliczne małe hotele wkomponowano zgrabnie w zabudowę jednorodzinną, nie ma dyskotek i dużych sklepów, cicho tu i sielsko jak w śródziemnomorskim miasteczku. Niektóre hotele wyglądają na opustoszałe, inne, których budowę przerwano, straszą oczodołami pustych okien.

***

Poruszanie się po Acapulco nie sprawia żadnych kłopotów. Oprócz wszechobecnych i głośnych garbusów taksówek, co krok widać stada kopcących i nie mniej hałaśliwych autobusów. Wyglądają jak muzealne eksponaty wymalowane na różne kolory. Zatrzymują się niemal w każdym miejscu, żeby zabrać lub wysadzić pasażerów i, co ważne, są bardzo tanie - całą La Costerę można przejechać za 3 peso (kierunek jazdy wypisano białą farbą na przedniej szybie). W stale otwartych drzwiach stoi konduktor naganiacz i zachęca do wsiadania. Z wielkich głośników ustawionych koło kierowcy ryczy muzyka; lepiej usiąść z tyłu, żeby docenić piękno latynoskich rytmów. To fenomen na skalę światową - w Meksyku niemal nie słychać amerykańskich wykonawców, za to popularne są własne stare przeboje i muzyka ludowa. Kiedy ruszamy, kierowca podkręca radio jeszcze głośniej (to cud, że pracując w takich warunkach, lawiruje między samochodami bez stłuczki).

Odmienne warunki jazdy proponują autobusy dalekobieżne wyruszające z dworca Estrella de Oro. Większy bagaż trzeba oddać wcześniej. Po kontroli wykrywaczami metalu obsługa ładuje go do bagażnika. Przed wejściem do autobusu sprawdzana jest zawartość bagażu podręcznego, także pasażerów poddaje się kontroli wykrywaczami metalu, a nawet obszukuje. To na wypadek, gdyby ktoś chciał przemycić broń lub ostre narzędzie, a potem sterroryzować i obrabować ludzi, co podobno zdarza się czasami na mniej uczęszczanych trasach.

Kiedy po tygodniu colectivos zabiera mnie na lotnisko, trzymam bagaż na kolanach, na wszelki wypadek

1 meksykańskie peso = 0,23 zł. Uwaga! - ceny często są oznaczane symbolem $ lub Mex$ - dla odróżnienia od amerykańskiego dolara (1 dol. = 10,82 peso)

W sieci

www.acapulco.com/en/index.html

www.allaboutacapulco.com

www.travel-acapulco.com